UTWÓR LEPI SIĘ JAK Z GLINY

Teatr Miejski w Gliwicach_ O Józku który grał bigbit_ fot Patrycja WróbelO tym, jak skomponować muzykę dobiegającą „wprost z czyjejś głowy” i dlaczego w spektaklu „O Józku, który grał bigbit” słyszymy tylko pianino opowiada kompozytor Łukasz Forest Piechota.

Agata Skrzypek, Agnieszka Skowronek: Co to znaczy, że w spektaklu „O Józku, który grał bigbit” muzykę słychać tak, jak słyszy ją pianista?
Łukasz Piechota: Chodzi o sposób jej nagrania. Konkretnie o miejsce/pozycję mikrofonów przy fortepianie. Zazwyczaj na koncertach statywy z mikrofonami umieszczone są z boku fortepianu, a same mikrofony kieruje się do środka- nad strunami. Natomiast przy „Józku” wybrana została perspektywa grającego na instrumencie. Mikrofony ustawione są na wysokości uszu pianisty. I właśnie z tej perspektywy słyszymy dźwięk – bo w końcu jesteśmy w głowie Józka, głównego bohatera.

Czy ta różnica jest wyraźnie słyszalna dla słuchacza?
O tak! Bardzo. W sytuacji, gdy dźwięk słychać z perspektywy grającego na instrumencie, mamy piękny obraz fortepianowej stereofonii dochodzącej do nas z przodu.

Stereofonii?
Grając na fortepianie słyszymy bardziej to, co gra lewa ręka w lewym uchu, a to, co gra prawa – w prawym. W sytuacji, kiedy rolę naszych uszu zastąpiły mikrofony, odtwarzany dźwięk dobiega do nas z dwóch źródeł – dwóch głośników. Słyszymy wtedy w lewym głośniku to, co gra lewa ręka, ponieważ usłyszał to lewy mikrofon – analogicznie z prawej strony.

Czyli można powiedzieć, że siedząc w różnych miejscach Małej Sceny, słyszy się zupełnie co innego?
W zasadzie tak. Jak w życiu – na wszystko, co słyszymy wpływa odległość od źródła dźwięku, otoczenie czy też sama pozycja naszego ciała. Sala jest dosyć szeroka, posiadająca trzy rzędy miejsc. Najlepszy efekt oczywiście uzyskamy siedząc na środku, ale to nie znaczy, że osoby siedzące na skrajnych miejscach będą szczególnie zawiedzione. Ciekawym doświadczeniem na pewno byłoby obejrzenie spektaklu dwukrotnie, z dwóch różnych miejsc.

Czy każdy z muzycznych fragmentów „Józka” został nagrany w taki sposób?
Prawie każdy – za wyjątkiem sceny z Glennem Millerem, w jazz klubie. W tej scenie dźwięk dochodzi do nas jakby „zza drzwi”. Dzięki temu, mamy odczucie przebywania w miejscu innym niż to, w którym odbywa się jam session, za zamkniętymi drzwiami, w osobnej sali.

Co więc słyszymy jako „radio” w scenie z taksówką?
W tym przypadku w radiu przenikają się fale i co chwilę fortepian Józka zanika, wypierany przez odgłosy innych stacji, szmery i radiowe trzaski.

Dlaczego w spektaklu nie pojawiają się oryginalne wersje piosenek, chociażby podkłady pod wokale, dobrze znane ze starych nagrań?
Oryginały nie mogły być odtworzone. Moją rolą, jako osoby odpowiedzialnej za tworzenie muzyki do spektaklu było zagranie jej samodzielnie, zaaranżowanie na potrzeby scenariusza. Dlatego też nie słyszymy całego zespołu, tylko sam fortepian. Józek jest pianistą, w jego głowie gra fortepian – on „myśli” fortepianem i przekłada wszystko to, co słyszy na swój instrument. Słyszymy piosenki tak, jak Józek – pianista je słyszał lub grał. My, odbiorcy tych szlagierów, znamy je po prostu z innych, pełnych wersji. Rozszerzonych instrumentalnie, nagranych przez kilkuosobowe zespoły. Wykorzystanie nagrań oryginalnych byłoby sprzeczne z zamysłem spektaklu. To odnośnie samej muzyki, ponieważ warstwą tekstową piosenek nie ja się zajmowałem.

Czemu wydaje nam się, że piosenek jest… mało?
Samej muzyki jest procentowo dosyć sporo, patrząc na czas trwania spektaklu. Piosenek jest tyle, ile Alina Moś-Kerger – scenarzysta i reżyser – uważała za stosowne umieścić. Poza tym, pamiętajmy, że to nie jest koncert. To spektakl.

Co sądzisz o współczesnej muzyce, również tej teatralnej?
Kiedyś muzykę popularną się komponowało, dzisiaj się produkuje. To między innymi wina komputerów, które dużo dobrego wniosły, ale również dużo się przez nie zepsuło. W dobie wszechobecnego Internetu mamy we własnym domu dostęp do przeróżnych nagrań, dźwięków instrumentów współczesnych i tych sprzed lat. Wystarczy sięgnąć i już „komponujemy” albo „układamy z klocków”. Czy to wystarczy, by muzyka była dobra? Efekty tych zabiegów otaczają nas na co dzień. To, co słyszymy, jest często wyprostowane, wyczyszczone, piękne, idealne. Z tym, że… pozbawione duszy, komputerowe. Brakuje mi naturalności, gdy wszędzie słyszę podkładane sample i plastikową sztuczność. Głównie muzyka klasyczna i jazz, który uwielbiam, zachowuje naturalność brzmienia i samego wykonania. Muzyka popularna, ta z dawnych lat, którą dzisiaj często idealizujemy, wcale nie była taka równa ani czysta – posłuchajmy polskich zespołów bigbitowych, to wszystko było krzywe! Krzywe – ale żywe. Miało swoje falujące tempo, swój specyficzny nerw, ale przede wszystkim emocje. Tego życia mi dzisiaj w muzyce brakuje. W tamtych latach muzyk nie „szedł do roboty”. To było jego całe życie, pasja, filozofia. Opowiadają o tym często moi dużo starsi koledzy muzycy, którzy grali w ówczesnych czasach.
Muzyka w teatrze łączy te dwa światy. Często słyszymy muzyków grających na żywo podczas przedstawień, ale zdarza się też, że wszystko, co słyszymy zostało wcześniej nagrane. Słyszymy wtedy niejednokrotnie dźwięki z komputera i po komputerowej obróbce, a jakość artystyczna tego, co do nas trafia, uzależniona jest od człowieka, który siedział przed monitorem.

Skąd w Twojej głowie pojawia się muzyka? To impuls czy plan?
Bywa różnie – nie zawsze wiem od początku, co powstanie. Zupełnie jak w naszej rozmowie: zaczynamy dyskusję na konkretny temat, wiemy, gdzie zmierzamy, ale nie do końca wiadomo, przez co przejdziemy i na czym skończymy. Dobrze jest, gdy mam pod rękami klawiaturę, to mi pomaga, inspiruje. Kiedy pojawiają się nowe pomysły, zapisuję je. Zapisane pomysły czasami modyfikuję… utwór lepi się wtedy jak z gliny. Bywa tak, że to, co wymyśliłem wczoraj, dzisiaj nie podoba mi się wcale i odwrotnie. A czasem jest tak, że pomimo wielu prób nic nie wychodzi. I tak też musi być.

Dziękujemy za rozmowę!
Dziękuję!

Spektakl do zobaczenia:
22 i 23 kwietnia – bilety online