WYMYŚLANIE JÓZKA

Teatr Miejski w Gliwicach_ O Józku, który grał bigbit_fot. Patrycja WróbelO teatralnej kuchni Aliny Moś – Kerger, czyli wszystko czego nie wiedzie o spektaklu pt. „O Józku, który grał bigbit” – fragment wywiadu jaki przeprowadziła z reżyserką Agata Skrzypek.

(…) formuła „Józka” budzi spore kontrowersje – począwszy od nielinearnej fabuły, przez rozłożenie źródeł dźwięku po niekonwencjonalnie zaaranżowaną przestrzeń Małej Sceny przy Nowym Świecie. Zacznijmy może od tej ostatniej – skąd pomysł na podłużny układ sceny względem widowni?
Gdy weszłam w tę przestrzeń i Łukasz Czuj przedstawił mi możliwości Małej Sceny, otworzył mi się umysł. Od razu zobaczyłam wybieg i trzy długie rzędy widowni naprzeciwko niego. Jeszcze wtedy nie było nawet projektu scenografii, ale kiedy opowiedziałam o moim pomyśle Ani Kaczkowskiej, zainspirował ją również. W rezultacie widzowie, którzy siądą po prawej, mają niektóre sceny na wciągnięcie ręki, ale na te dziejące się po drugiej stronie sceny muszą wytężać wzrok. Uzyskujemy w ten sposób efekt podglądania. Trochę jak wtedy, gdy siedzi się w knajpie i obserwuje, co się dzieje na ulicy – to, co jest bliżej, widzi i słyszy się lepiej, a żeby wychwycić coś, co dzieje się dalej, trzeba zdobyć się na pewien wysiłek. Jednocześnie chyba nie sposób, nawet siedząc w najwyższym rzędzie, objąć wzrokiem całą scenę, więc jeśli skupiamy się na tym, co dzieje się po lewej stronie, wiemy, że omija nas coś, co rozgrywa się na drugim jej krańcu. To nie znaczy oczywiście, że omijają nas rzeczy kluczowe, nie. Zazwyczaj jest tak, że Kasia Kostrzewa i Maciek Piasny wykonują po obu stronach sceny ten sam układ albo robią coś względem siebie, uzupełniając się dialogicznie. Myślę, że podobnie jest z dźwiękiem, który dochodzi z dwóch stron i łączy się pośrodku. Ważna jest świadomość tego, że nie jesteśmy w stanie objąć naraz całości i próbować się tym bawić.

Ta przestrzeń jest trudna również dla aktora.
Przede wszystkim zdradliwa! Z jednej strony, stoi się pół metra od widza, ale z drugiej, głosem trzeba operować jak na dużej scenie.

Ale za to możemy wybierać, na co chcemy patrzeć i za kim podążać. Podobają mi się bardzo te wyciszone, intymne sceny Józka i Miłości, czyli Maćka i Kasi, rozgrywające się z boku sceny, równolegle do centralnej opowieści Dźwięków. Odnoszę wrażenie, że nic w spektaklu nie dzieje się przypadkiem i wszystko jest tak samo ważne.
Dźwięki – Gosia Pauka, Dominika Majewska i Iza Baran – zajmują centralne miejsce nie przez przypadek! Spotkałam się z opiniami, że skoro Józek jest głównym bohaterem, to historia powinna być o nim, on powinien ją nieść. Tymczasem ja uważam, że wszyscy bohaterowie są równorzędni, nawet milcząca przez większość spektaklu Miłość i pojawiający się trzykrotnie różnych rolach Grzesiu Kliś. Bo to jest historia o Józku – a nie Józka, nie przez niego opowiadana. Moim zamierzeniem było, by główny bohater był najzwyczajniejszy, najbardziej „szary” i prozaiczny. Maciek dostał trudne zadanie. Zdecydowanie łatwiej jest wykreować postać charakterystyczną i wyrazistą, podbić to wszystko kostiumem, peruką i makijażem, niż zagrać zwykłego człowieka, który jest umiarkowanie aktywny, dość nieśmiały i wycofany. To było totalnie wbrew jego warunkom! Mnie bardziej zafrapowała inna kwestia – zdarzyły się głosy, zarzucające scenicznemu Józkowi brak charyzmy, przebojowości, problem z uwierzeniem, że to postać ciekawa. Ale dlaczego on miałby być showmanem? Gwiazdą estrady? Dlaczego kompozytor musi być kolorowym ptakiem? A może to właśnie cichy, skromny chłopak, któremu się zdarzył wielki talent. No a skoro on taki cichy i skromny to po co o nim opowiadać? A no właśnie dlatego. Wystarczająco już mamy w teatrze barwnych postaci z malowniczymi życiorysami. Większość ludzi na świecie jest w odcieniach szarości, a przecież każdy jeden jest ciekawym człowiekiem, indywidualnością.

Podobne niezrozumienie wiąże się z postacią Miłości – kim jest, po co jest, dlaczego tak długo milczy? Czy od razu zaplanowałaś, że Kasia Kostrzewa pojawi się w Twoim spektaklu w podwójnej roli – choreografa i aktorki?
Z Kasią poznałyśmy się przy okazji „Krzywickiej/Krwi” i od razu zawiązała się między nami nić porozumienia. Być może wynika to z faktu, że urodziłyśmy się tego samego dnia, tego samego roku? Nie wiem, ale faktem jest, że kiedy ja opowiadam jej, o czym chciałabym mieć choreografię, to Kasia od razu wie, jak to powinno wyglądać w ciele. Bardzo podoba mi się, że wykorzystuje tu taniec współczesny. Tak więc jasne było dla mnie, że chciałabym, by ułożyła ruch sceniczny do „Józka”. Potem zaczęłam zastanawiać się nad Miłością, która od początku była pomyślana jako postać wypowiadająca tylko ten jeden jedyny monolog. Chciałam, by była inna, niż wszyscy, by pojawiła się na scenie już na samym początku i opowiadała swoją historię ruchem. I tak to mi się poskładało. Docierają do mnie sprzeczne opinie na temat tej postaci – że niepotrzebnie się przedstawia, bo od początku jest jasne, o co chodzi lub wprost przeciwnie, że nie wiadomo, kim tak właściwie jest. Dla mnie monolog, w którym Miłość ujawnia swoją tożsamość, jest potrzebny, a wszystkie niedomówienia wokół tej postaci dodają jej poetyckości i tajemnicy. To jasne, że tak pomyślana postać będzie mieć swoich przeciwników i zwolenników.

Czy znałyście się wcześniej z Anną Kaczkowską?
My nie, ale Ania znała się z Kasią i została mi przez nią polecona. Umówiłyśmy się na kawę i zatrybiło! Jestem zafascynowana jej twórczością, ale też pod wrażeniem zaangażowania, z jakim podeszła do pracy przy „Józku”. Cały tydzień przed premierą dosłownie spędziła w teatrze!

Zupełnie na kontrze do radosnej atmosfery podczas prób, historia Józka jest cholernie smutna! Dlaczego ani razu nie pojawia się promyk nadziei, że ogarnie on swoje życie?
Nadzieja powinna być w widzach, to oni powinni kibicować Józkowi tak, jak robią to wszyscy pojawiający się na scenie bohaterowie. Ale co z tego, jeśli on sam w siebie nie wierzy? Z jednej strony szalenie kocha muzykę, z drugiej znajduje sobie wymówki dotyczące rozstrojonych instrumentów. Być może na aurę smutku wpłynęło także miejsce powstania tekstu – krakowska Nowa Huta, gdzie mieszkał pierwowzór tej postaci. To dziwna dzielnica, która z jednej strony bardzo mi się podoba – ze swoimi szerokimi ulicami i dużymi domami, z drugiej, przechadzając się po niej, czułam niepokój. To jest miejsce, gdzie w zakamarkach mogą wydarzać się różne rzeczy… To po pierwsze. Po drugie, sami Czerwono-Czarni opowiadali mi różne historie, przede wszystkim zabawne i pogodne. O życiu w trasie, młodzieńczych wygłupach i o tym, że przecież wiadomo, że „bez gazu nie ma jazzu”. Jednym to mija, inni żyją tak rockandrollowo długie lata, a jeszcze inni kończą smutno. Mnie jest prywatnie, po ludzku przykro, że sam talent się jednak nie obroni, że los musi być uśmiechnięty i że szczęście w życiu to naprawdę coś co je mocno determinuje.
Wracając do inscenizacji – ciekawe, że przy pierwszym odbiorze jest to bardzo wesoły spektakl, przy którym można się głośno pośmiać – tylko że potem uśmiech zmienia się w grymas.

Nie bez znaczenia pozostaje sam początek: w niebieskim, chłodnym świetle upiorny Stefan Heine podaje informację, że Józek pośliznął się w łazience i uderzył głową o umywalkę to bardzo ustawia nam odbiór.
Stefan Heine informuje o uderzeniu, a my podglądamy, co dzieje się w głowie Józka od tego momentu. A tam kalejdoskop – miejsc, wydarzeń, dźwięków. Zależy mi, żeby widzowie wychodzili z sali teatralnej nie tyle co smutni, ale przejęci, z poczuciem, że to, z czego przed chwilą się śmiali, dotyczy również ich samych. Podobnie na etapie prób do „Józka” zdarzały się chwile, które mnie bardzo budowały – podchodzili do mnie ludzie i każdy z nich mówił: „Ja znam takiego człowieka. To mój sąsiad/wujek/znajomy cioci…”. Albo próbowano zgadywać: „czy ta historia jest tak naprawdę o tym, a o tym?” – i podawano nazwiska z historii muzyki rozrywkowej. A ja właśnie tego chciałam, chciałam by Józek był everymanem. Byśmy mogli go zidentyfikować z kim chcemy, tak jak to czujemy.

Cały wywiad: https://teatr.gliwice.pl/jestem-dzieckiem-szczescia-wywiad-z-alina-mos-kerger/

SPEKTAKL DO ZOBACZENIA: 22 i 23 kwietnia, bilety online