„TRAMWAJ ZWANY POŻĄDANIEM” ZACHWYCA W GLIWICACH (RECENZJA)

TMG_Tramwaj_zwany_pozadaniem_fot._Michal_Ramus_ afisz (1)„Tramwaj zwany pożądaniem” godny uwagi, drapieżny, hipnotyzujący. Recenzja Marty Odziomek.

09.04.2018, Marta Odziomek, Gazeta Wyborcza

„Tramwaj zwany pożądaniem” zagościł w gliwickim Teatrze Miejskim. Pożądania tu za grosz, ale spektakl godny jest uwagi. Po pierwsze – świetnie brzmi drapieżny tekst. Po drugie – reżyser Jacek Jabrzyk ciekawie eksperymentuje w swojej realizacji. Po trzecie – Mirosława Żak jako Blanche jest hipnotyzująca.
Nie ma żadnego mieszkania. Jest tylko czerń pustego proscenium, nad nim wisi lustro, w którym raz po raz coś krzywo się odbije, a w tle – sprzęty zespołu muzycznego, które od czasu do czasu zostaną wykorzystane przez aktorów. I Blanche, gwiazda tego wieczoru. Stella, Stanley, Mitch i inni – to wszystko postaci drugoplanowe, choć niezbędne Blanche do odegrania jej – kto wie – może ostatniej roli uwodzicielki. Albo nie. Raczej kobiety, której coś się w głowie pomieszało, choć ona przecież o tym nie wie.

Finał w Nowym Orleanie

Znamy, mniej lub bardziej, czarno-białą wersję filmową z boskim, bo młodym, Marlonem Brando. Ktoś może i przeczytał kiedyś tę sztukę, ewentualnie obejrzał spektakl, choć tytuł ten nieczęsto gości w repertuarach. Gliwicki „Tramwaj zwany pożądaniem” to nie jest spektakl o namiętnościach, ale o kobietach. Ich szukaniu miejsca w świecie. Marzeniach. Może i niektórych spełnionych, ale nie tak, jak to sobie w wyobraźni wymarzyły. Spójrzmy tylko. Stella, siostra Blanche. Wyszła za Stanleya Kowalskiego – brutala, z którym będzie miała dziecko. Kocha go, ale ten ją bije, wyzywa i upadla. Jaka przyszłość czeka ją i dziecko? Chyba nietrudno się domyślić. Eunice – jej sąsiadka. Prosta dziewczyna, ale wciąż młoda i atrakcyjna. Tkwi przy swoim pijaczku robotniku, mieszkając w jakieś ruderze. I Blanche, czyli kobieta po przejściach. Alkoholiczka. Była żona ukrytego homoseksualisty, którego wtedy (ponad pół wieku temu) nazywano „zboczeńcem”. Flirtująca z niedorosłym uczniem nauczycielka angielskiego. I nie tylko z nim. Bez perspektyw na przyszłość. Bezskutecznie szukająca męża. Kiedy nie uda jej się go złapać, postanawia odejść. Na finał wizyty w Nowym Orleanie czeka ją niemiła niespodzianka ze strony szwagra (gwałt?). Chyba rychło skończy w wariatkowie.

Nie potrafią się odnaleźć

Z całej tej trójki najbardziej ekspansywna jest Blanche. W tej roli gościnna Mirosława Żak – ekscytująca, bo raz oziębła i niedostępna, innym zaś razem – szalona, seksowna. Piękna, ale nietypowo, o urodzie pociągającej, ale nieoczywistej. Dojrzała i dziewczęca równocześnie. Wulkan energii, ale chyba na wyczerpaniu. Z głową w chmurach, bez szans zejścia na ziemię. Bez perspektyw na założenie białej sukni. Wykrzywiająca sobie rzeczywistość jak to lustro nad jej głową. U progu szaleństwa, które ją pogrąży. Taka jest Blanche w wykonaniu Żak i to jest rola, którą ogląda się z przyjemnością. Jako że jest to spektakl głównie o kobietach, to mężczyźni są w odwrocie, zatem Kowalski w wykonaniu Mateusza Nędzy nie zachwyca. Ale też zbytnio mnie nie razi. Widać, że nastąpił kryzys męskości – w świecie, a więc i na scenie. Mężczyźni, posiadający jeden schemat działania (praca, kobiety, rozrywka), nie potrafią odnaleźć się w dzisiejszych realiach. Mogą albo zrejterować sprzed ołtarza i wieść życie singla, albo pomiatać swoimi wybrankami.

Biało-czarny świat

Gliwickie przedstawienie tchnie energią młodych aktorów. Słychać w nim słowa, ale i muzykę, piosenki, a na końcu same dźwięki. Jest też rozchwiane, nie do końca miejscami czytelne. Bywa, że przestrzeń sceny i widowni, którą także próbują zawłaszczyć, zawłaszcza momentami ich. Lepiej by im się grało na mniejszej sali, bez wątpienia. Ale i tak jest zaskakująco. Blanche flirtuje z panem z widowni. Ten kupuje jej kwiatek. Przytulona do rampy, jedną nogą na widowni, wyznaje nam wstydliwą przeszłość. Na koniec żegna się z nami za naszymi plecami. Jest wszędzie, jej żywotność, która niepostrzeżenie zmienia się w obłęd, fruwa nad naszymi głowami. Katastrofa wisi w powietrzu. Dekonstrukcja dokonuje się w jej głowie, postaci aktorki oraz na samej scenie i w warstwie dźwiękowej. Biało-czarny świat nie pozwala na przebywanie w nim kolorowym ptakom, a taka niewątpliwie jest Blanche.

Życie nie jest łatwą grą

Jabrzyk skorzystał z nowszego, bardziej wulgarnego tłumaczenia Jacka Poniedziałka, które ukazało się w 2012 roku. Słucha się tych dialogów jakby pisane były wczoraj, a nie ponad pół wieku temu. Język bohaterów jest soczysty, pełen emocji, nie brakuje przekleństw, ciekawych porównań. Chciałoby się powiedzieć – samo życie, ale reżyser nie posługuje się realizmem tylko zderza słowo ze sztucznym światem sceny. Dramat przeplata się z rewią. Nie ma scenografii, burzy się czwartą ścianę poprzez interakcje z widownią, przesuwa granice sceny, multiplikuje bohaterów, razi oczy widzów ostrym światłem reflektora. Tu się toczy gra. Gra teatralna i gra w życie. Żeby pokazać, że życie jest niełatwą grą. I że się je przegrywa. Wiele razy, na wiele sposobów. Niestety.

źródło