Jestem dzieckiem szczęścia – wywiad z Aliną Moś – Kerger

Z Aliną Moś-Kerger, autorką i reżyserką spektaklu „O Józku, który grał bigbit” rozmawia Agata Skrzypek

Do kawiarni, w której umówiłyśmy się na rozmowę, Alina Moś-Kerger przychodzi ze studenckim poślizgiem razem ze swoją małą córeczką, Wandą. „Przepraszam, miałam bunt dwulatka!” – mówi na przywitanie. Sadza małą w wysokim krześle, wyjmuje z torebki lizaka i kolorowankę z naklejkami, do której Wanda przez dłuższą chwilę przykuwa swoją uwagę. My wcinamy bezę, mała życzy sobie rosół. I rozmawiamy.

Teatr Miejski w Gliwicach_ Alina Moś - Kerger_ fot. Patrycja Wróbel

AS: Jak udaje Ci się to wszystko pogodzić? Masz dwójkę małych dzieci, przed chwilą ukończyłaś dwumiesięczne reżyserowanie „Józka, który grał bigbit” w Teatrze Miejskim w Gliwicach, zaraz wyjeżdżasz na kolejne próby do Gorzowa, a w międzyczasie piszesz dramaty. Jesteś superbohaterką?
AMK: Na pewno, nieskromnie mówiąc, jestem superzorganizowana. Działam w myśl zasady, że im więcej ma się obowiązków, tym lepiej dysponuje się czasem. Czasem jestem mamą na pełen etat – synka trzeba odwieźć do szkoły, odebrać z niej, odrobić z nim lekcje, położyć spać. Wtedy moją pracę, czyli pisanie, wykonuję w nocy, gdy wszyscy domownicy śpią. Jeżeli deadline zbliża się niebezpiecznie szybko, potrafię przepracować całą noc. Kiedy zaczynają się próby w teatrze, zorganizowanie dnia to kwestia logistyki. Wszystko zależy też od tego, czy pracuję względnie blisko domu, na Śląsku, czy wyjeżdżam. Paradoksalnie, chyba wygodniej jest mi wziąć ze sobą Wandę i osobę do opieki i wyjechać na próby, niż dzielić czas na pół, tak jak teraz, podczas pracy przy „Józku”. Oczywiście, nic z tego nie byłoby możliwe, gdyby nie mój mąż, który świetnie się w tym szaleństwie odnajduje. Chyba rzadko zdarza się, by partner rozumiał, że przed premierą jest sieczka i trzeba być w stanie wyższej gotowości.

Czy coś zmieniło się w Twoim myśleniu o bigbicie od czasów pracy nad „Karin Stanek” w 2013 roku?
O bigbicie nie, ale o teatrze już tak. Mój stosunek do bigbitu się nie zmienił, powiększyła się jedynie wiedza, którą zyskałam dzięki znajomości z Czerwono-Czarnymi, a która rozpoczęła się już po premierze „Karin”. Zmienił się też jej charakter, bo czym innym jest czytanie książek i słuchanie muzyki, a czym innym słuchanie historii opowiadanych przez osoby znające tamte czasy i tamten świat z własnego doświadczenia. Natomiast w moim teatrze, co pewnie widać, gdy prześledzi się spektakle, ewoluowała forma. „Karin Stanek”, czyli mój debiut, został zrobiony w miarę po bożemu, chronologicznie, prosto. Był grany bardzo intensywnie przez trzy lata jako produkcja „Młodej Sceny Teatru Korez”. Ale gdy spojrzymy już na „Krzywicką/Krew” w Legnicy i teraz na „Józka”, zobaczymy, że oba spektakle są już bardziej formalne i odjechane inscenizacyjnie.

Teatr Miejski w Gliwicach_ O Józku, który grał bigbit_fot. Patrycja WróbelNo właśnie, formuła „Józka” budzi spore kontrowersje – począwszy od nielinearnej fabuły, przez rozłożenie źródeł dźwięku po niekonwencjonalnie zaaranżowaną przestrzeń Małej Sceny przy Nowym Świecie. Zacznijmy może od tej ostatniej – skąd pomysł na podłużny układ sceny względem widowni?
Gdy weszłam w tę przestrzeń i Łukasz Czuj przedstawił mi możliwości Małej Sceny, otworzył mi się umysł. Od razu zobaczyłam wybieg i trzy długie rzędy widowni naprzeciwko niego. Jeszcze wtedy nie było nawet projektu scenografii, ale kiedy opowiedziałam o moim pomyśle Ani Kaczkowskiej, zainspirował ją również. W rezultacie widzowie, którzy siądą po prawej, mają niektóre sceny na wciągnięcie ręki, ale na te dziejące się po drugiej stronie sceny muszą wytężać wzrok. Uzyskujemy w ten sposób efekt podglądania. Trochę jak wtedy, gdy siedzi się w knajpie i obserwuje, co się dzieje na ulicy – to, co jest bliżej, widzi i słyszy się lepiej, a żeby wychwycić coś, co dzieje się dalej, trzeba zdobyć się na pewien wysiłek. Jednocześnie chyba nie sposób, nawet siedząc w najwyższym rzędzie, objąć wzrokiem całą scenę, więc jeśli skupiamy się na tym, co dzieje się po lewej stronie, wiemy, że omija nas coś, co rozgrywa się na drugim jej krańcu. To nie znaczy oczywiście, że omijają nas rzeczy kluczowe, nie. Zazwyczaj jest tak, że Kasia Kostrzewa i Maciek Piasny wykonują po obu stronach sceny ten sam układ albo robią coś względem siebie, uzupełniając się dialogicznie. Myślę, że podobnie jest z dźwiękiem, który dochodzi z dwóch stron i łączy się pośrodku. Ważna jest świadomość tego, że nie jesteśmy w stanie objąć naraz całości i próbować się tym bawić.

Ta przestrzeń jest trudna również dla aktora.
Przede wszystkim zdradliwa! Z jednej strony, stoi się pół metra od widza, ale z drugiej, głosem trzeba operować jak na dużej scenie.

Ale za to możemy wybierać, na co chcemy patrzeć i za kim podążać. Podobają mi się bardzo te wyciszone, intymne sceny Józka i Miłości, czyli Maćka i Kasi, rozgrywające się z boku sceny, równolegle do centralnej opowieści Dźwięków. Odnoszę wrażenie, że nic w spektaklu nie dzieje się przypadkiem i wszystko jest tak samo ważne.
Dźwięki – Gosia Pauka, Dominika Majewska i Iza Baran – zajmują centralne miejsce nie przez przypadek! Spotkałam się z opiniami, że skoro Józek jest głównym bohaterem, to historia powinna być o nim, on powinien ją nieść. Tymczasem ja uważam, że wszyscy bohaterowie są równorzędni, nawet milcząca przez większość spektaklu Miłość i pojawiający się trzykrotnie różnych rolach Grzesiu Kliś. Bo to jest historia o Józku – a nie Józka, nie przez niego opowiadana. Moim zamierzeniem było, by główny bohater był najzwyczajniejszy, najbardziej „szary” i prozaiczny. Maciek dostał trudne zadanie. Zdecydowanie łatwiej jest wykreować postać charakterystyczną i wyrazistą, podbić to wszystko kostiumem, peruką i makijażem, niż zagrać zwykłego człowieka, który jest umiarkowanie aktywny, dość nieśmiały i wycofany. To było totalnie wbrew jego warunkom! Mnie bardziej zafrapowała inna kwestia – zdarzyły się głosy, zarzucające scenicznemu Józkowi brak charyzmy, przebojowości, problem z uwierzeniem, że to postać ciekawa. Ale dlaczego on miałby być showmanem? Gwiazdą estrady? Dlaczego kompozytor musi być kolorowym ptakiem? A może to właśnie cichy, skromny chłopak, któremu się zdarzył wielki talent. No a skoro on taki cichy i skromny to po co o nim opowiadać? A no właśnie dlatego. Wystarczająco już mamy w teatrze barwnych postaci z malowniczymi życiorysami. Większość ludzi na świecie jest w odcieniach szarości, a przecież każdy jeden jest ciekawym człowiekiem, indywidualnością.

Teatr Miejski w Gliwicach_ O Józku, który grał bigbit_fot. Patrycja Wróbel

Podobne niezrozumienie wiąże się z postacią Miłości – kim jest, po co jest, dlaczego tak długo milczy? Czy od razu zaplanowałaś, że Kasia Kostrzewa pojawi się w Twoim spektaklu w podwójnej roli – choreografa i aktorki?
Z Kasią poznałyśmy się przy okazji „Krzywickiej/Krwi” i od razu zawiązała się między nami nić porozumienia. Być może wynika to z faktu, że urodziłyśmy się tego samego dnia, tego samego roku? Nie wiem, ale faktem jest, że kiedy ja opowiadam jej, o czym chciałabym mieć choreografię, to Kasia od razu wie, jak to powinno wyglądać w ciele. Bardzo podoba mi się, że wykorzystuje tu taniec współczesny. Tak więc jasne było dla mnie, że chciałabym, by ułożyła ruch sceniczny do „Józka”. Potem zaczęłam zastanawiać się nad Miłością, która od początku była pomyślana jako postać wypowiadająca tylko ten jeden jedyny monolog. Chciałam, by była inna, niż wszyscy, by pojawiła się na scenie już na samym początku i opowiadała swoją historię ruchem. I tak to mi się poskładało. Docierają do mnie sprzeczne opinie na temat tej postaci – że niepotrzebnie się przedstawia, bo od początku jest jasne, o co chodzi lub wprost przeciwnie, że nie wiadomo, kim tak właściwie jest. Dla mnie monolog, w którym Miłość ujawnia swoją tożsamość, jest potrzebny, a wszystkie niedomówienia wokół tej postaci dodają jej poetyckości i tajemnicy. To jasne, że tak pomyślana postać będzie mieć swoich przeciwników i zwolenników.

Czy znałyście się wcześniej z Anną Kaczkowską?
My nie, ale Ania znała się z Kasią i została mi przez nią polecona. Umówiłyśmy się na kawę i zatrybiło! Jestem zafascynowana jej twórczością, ale też pod wrażeniem zaangażowania, z jakim podeszła do pracy przy „Józku”. Cały tydzień przed premierą dosłownie spędziła w teatrze!

Zupełnie na kontrze do radosnej atmosfery podczas prób, historia Józka jest cholernie smutna! Dlaczego ani razu nie pojawia się promyk nadziei, że ogarnie on swoje życie?
Nadzieja powinna być w widzach, to oni powinni kibicować Józkowi tak, jak robią to wszyscy pojawiający się na scenie bohaterowie. Ale co z tego, jeśli on sam w siebie nie wierzy? Z jednej strony szalenie kocha muzykę, z drugiej znajduje sobie wymówki dotyczące rozstrojonych instrumentów. Być może na aurę smutku wpłynęło także miejsce powstania tekstu – krakowska Nowa Huta, gdzie mieszkał pierwowzór tej postaci. To dziwna dzielnica, która z jednej strony bardzo mi się podoba – ze swoimi szerokimi ulicami i dużymi domami, z drugiej, przechadzając się po niej, czułam niepokój. To jest miejsce, gdzie w zakamarkach mogą wydarzać się różne rzeczy… To po pierwsze. Po drugie, sami Czerwono-Czarni opowiadali mi różne historie, przede wszystkim zabawne i pogodne. O życiu w trasie, młodzieńczych wygłupach i o tym, że przecież wiadomo, że „bez gazu nie ma jazzu”. Jednym to mija, inni żyją tak rockandrollowo długie lata, a jeszcze inni kończą smutno. Mnie jest prywatnie, po ludzku przykro, że sam talent się jednak nie obroni, że los musi być uśmiechnięty i że szczęście w życiu to naprawdę coś co je mocno determinuje.
Wracając do inscenizacji – ciekawe, że przy pierwszym odbiorze jest to bardzo wesoły spektakl, przy którym można się głośno pośmiać – tylko że potem uśmiech zmienia się w grymas.

Teatr Miejski w Gliwicach_ O Józku, który grał bigbit_fot. Patrycja WróbelNie bez znaczenia pozostaje sam początek: w niebieskim, chłodnym świetle upiorny Stefan Heine podaje informację, że Józek pośliznął się w łazience i uderzył głową o umywalkę to bardzo ustawia nam odbiór.
Stefan Heine informuje o uderzeniu, a my podglądamy, co dzieje się w głowie Józka od tego momentu. A tam kalejdoskop – miejsc, wydarzeń, dźwięków. Zależy mi, żeby widzowie wychodzili z sali teatralnej nie tyle co smutni, ale przejęci, z poczuciem, że to, z czego przed chwilą się śmiali, dotyczy również ich samych. Podobnie na etapie prób do „Józka” zdarzały się chwile, które mnie bardzo budowały – podchodzili do mnie ludzie i każdy z nich mówił: „Ja znam takiego człowieka. To mój sąsiad/wujek/znajomy cioci…”. Albo próbowano zgadywać: „czy ta historia jest tak naprawdę o tym, a o tym?” – i podawano nazwiska z historii muzyki rozrywkowej. A ja właśnie tego chciałam, chciałam by Józek był everymanem. Byśmy mogli go zidentyfikować z kim chcemy, tak jak to czujemy.

Z drugiej strony, „Józek” ma silne, dydaktyczne przesłanie, przestrzegające przed nadużywaniem alkoholu. Na pokazy zapraszane są szkoły, a po spektaklach odbywają się pogadanki interpretacyjne z udziałem aktorów i edukatorki, Krystyny Hussak-Przybyło. Czy spodziewałaś się, że sprawy przybiorą taki obrót?
To jest bardzo ciekawe, bo ja nie mam żadnej podświadomej traumy z życia prywatnego, nie znam też żadnego alkoholika, by robić spektakl, którym rozliczałabym się z problemem. Ale podobno ten tekst, nim jeszcze przeszedł do fazy scenariusza, był o wiele bardziej dydaktyczny. Pisałam go w ramach projektu „Nowa Huta – moja miłość”, który koordynowała Agata Dąbek i właśnie ona bardzo nalegała, bym spuściła z tonu, że tego moralizowania jest tam za dużo. Ja nie miałam takiego poczucia, ale wykreśliłam kilka fragmentów i kiedy Agata pojawiła się na premierze, powiedziała, że nie odczuwała już tego tonu tak silnie, jak poprzednio. Natomiast słyszałam, że powraca on na spotkaniach interpretacyjnych! Najwidoczniej panie nauczycielki albo sami uczniowie mają potrzebę powiedzenia sobie pewnych rzeczy wprost. Sama byłam zaskoczona, widząc, jak młodzi ludzie są wciągnięci spektakl, jak uważnie go słuchają. Mam nadzieję, że jeśli teraz nauczą się, jak oglądać i czytać takie formalne spektakle, to w przyszłości sami będą wracali do teatru po kolejne nowości.

A jakie zdanie na temat „Józka” ma Twój syn?Teatr Miejski w Gliwicach_ O Józku, który grał bigbit_fot. Patrycja Wróbel
Antek zdecydował, że chce pójść ze mną na spektakl, ponieważ jest fanem Maćka Piasnego. Poznali się na którejś z prób, Maciek rozmawiał z nim, trochę się bawił, gdy akurat nie grał. W każdym razie, Antek bardzo chciał przyjść, choć uprzedziłam go, że może wielu rzeczy nie zrozumieć i po prostu się wynudzić. Mimo to – wysiedział. Po spektaklu zapytałam, co najbardziej mu się podobało. „Kostium astronauty”, usłyszałam, i że szkoda, że małpka, którą przez chwilę gra Dominika, nie grała w kostiumie. Dałam mu więc kilka dni do namysłu i kiedy zapytałam go znowu – tym razem o to, o czym był spektakl – powiedział, że jest to opowieść o Józku, który przewrócił się w łazience i uderzył głową o kran (sic!) i po tym wydarzeniu wszystkiego zapomniał, łącznie z tym, że bardzo kochał muzykę. Potem pojawiali się różni jego przyjaciele i próbowali mu o tym przypomnieć, ale on powiedział, że nie chce. Jak na siedmiolatka – świetna interpretacja! Bo właściwie wszystko się tu zgadza, to faktycznie jest historia o tym, że Józek zapomniał, że kocha muzykę. Oczywiście, nie zachęcam, by na ten spektakl zabierać siedmiolatki, ale na pewno jest to dowód na to, jak silnie działa forma w teatrze. Bo nie sądzę, by Antek wszystkiego wysłuchał w skupieniu. Ale na pewno oglądał i na tej podstawie wysnuł sensowną interpretację.

Porozmawiajmy chwilkę o pisaniu dramatów. Od czego zaczyna się Twój proces twórczy? Od sceny, problemu, postaci?
Właściwie to wszystko zaczyna się od ustalenia, czy piszę, by reżyserować, czy tylko, by napisać. Prócz tego lubię mieć deadline i określony odgórnie temat. Ale zacznijmy od początku. Kilka lat temu byłam na warsztatach z Pawłem Demirskim, organizowanych przy okazji festiwalu w Zabrzu. Przyszłam i okazało się, że jestem jedyną osobą! Bardzo z tego skorzystałam. Siedzieliśmy przez kilka dni po kilka godzin i rozmawialiśmy. Podpowiedział mi dwie rzeczy. Po pierwsze, jako że byłam wtedy przed debiutem, opowiedział o swoich początkach. Dał sobie dwa lata na rozkręcenie, z postanowieniem, że jeśli po tym czasie mu się nie uda, to znajdzie sobie „normalną pracę”. Zrobiłam więc samo. Byłam w dobrym momencie na taką decyzję: miałam małego Antka i właśnie porzuciłam pracę w warszawskiej korporacji. Dałam sobie dwa lata i… już zostałam w teatrze. Druga rada od Pawła Demirskiego brzmiała tak: jeśli noszę w głowie scenę, w której leci kosmonauta, a bohater porusza się w stanie nieważkości, to mam się nie przejmować, jak to zrobić – to problem reżysera. Teraz trochę się na to sama nabieram – jeśli planuję wystawiać to, co piszę, to od razu mi się włącza kontrolka: „może lepiej umieścić akcję na łące, a nie w samolocie, tak będzie łatwiej!”. Lubię też pisać na zamówienie albo na konkurs, tak jak było z „Rajculą warzy” przy okazji „Jednoaktówki po śląsku” – potem, od słowa do słowa, zdecydowałyśmy z Asią Wawrzyńską, by to zrobić – czy z czterema tekstami dla Chorzowskiego Centrum Kultury. Dostawałam informacje co do wielkości obsady, przykładowo: w musicalu miało przewinąć się przez scenę 40 osób w rolach i dodatkowo sześćdziesięciu tancerzy, a akcja miała dziać się w szkole. Mimo rozbuchanych rozmiarów tych produkcji, dobrze pisało mi się pod takie ścisłe wytyczne.

Teatr Miejski w Gliwicach_ O Józku, który grał bigbit_fot. Patrycja WróbelA jak było z „Józkiem”? Chciałaś go przenieść na scenę?
„Józka” nie planowałam robić, ale jestem dzieckiem szczęścia. Udaje mi się trafiać na właściwe osoby we właściwym czasie. Wzięłam udział w projekcie, bo lubię spotkania z innymi pisarzami i gdy coś mnie dyscyplinuje do pracy, czy to temat czy terminy. Ale na finał warsztatów „Nowa Huta – moja miłość”, czyli czytania performatywne, zaprosiłam Łukasza Czuja, kierując się tym, że pochodzi on z Nowej Huty, a muzyka w jego spektaklach jest istotnym elementem. Nie wiedziałam wtedy, że obejmie on stanowisko zastępcy dyrektora ds. artystycznych w teatrze w Gliwicach i że wszystko potoczy się tak, jak potoczyło.

 

Gdzie szukasz inspiracji?
Kiedy byłam w liceum, fascynowało mnie malarstwo Fridy Kahlo. Dowiedziałam się, że obraz pt. „Samobójstwo Doroty Hale” namalowała po tym, jak przeczytała w gazecie, że aktorka wyskoczyła przez okno. Że to uruchomiło ją do malowani obrazu. Pomyślałam, że chciałabym w taki sposób pisać – na podstawie bodźców z życia codziennego. Jestem w tej niewielkiej grupie osób, które kupują gazety i czytają je. Często wystarczy, że spojrzę na nagłówki niektórych artykułów – przecież to gotowe tytuły na spektakle! Mam w notesie odnotowanych wiele zalążków opowieści. Lubię odbijać się od prawdziwych historii. Nie po to, by robić reportaż sceniczny, ale właśnie, by się tą codziennością zainspirować. Na przykład „Pora sucha/ pora deszczowa” powstała na podstawie historii życia mojej prababci, która nigdy nie opuściła Świętochłowic, a tylko raz wybrała się dalej – w odwiedziny do siostry, do RPA. Na trzy miesiące. I po powrocie nadal siedziała w Świętochłowicach. Przecież w życiu bym tego nie wymyśliła! Ale do takich prawdziwych historii muszę sporo „dowymyślać” – nawet w przypadku mojej prababci, gdzie materiał miałam solidny, nie wiedziałam przecież, co ona sobie myślała, gdy była sama. Po czytaniu dramatu w Poznaniu miałam spotkanie z widzami. Zapytali mnie, co z tego wszystkiego jest prawdziwe i ku ich dużemu zdumieniu okazało się, że właśnie to najbardziej absurdalne wydarzenie było – a całą prozę życia wymyśliłam.

Do „Józka” miałaś również potężną dokumentację!
I mechanizm zadziałał tak samo. Tak jak mówiłam, anegdotki były prawdziwe. Kiedy 12-latki na spotkaniu interpretacyjnym pytały Maćka o historię o koniu wprowadzanym na pierwsze piętro hotelu i dowiedziały się, że to wydarzyło się na serio – była ogólna radość i euforia! Być może to pójście na łatwiznę, bo nie tworzę świata od zera, ale uważam, że najciekawiej wypada odbicie się od prawdziwej historii.

Jaka jest różnica między reżyserowaniem swojego własnego tekstu a czyjegoś?
Gdy reżyseruję czyjeś teksty, chwyta mnie duży stres przed opinią autora. Szczególnie, gdy wycinam całe wypowiedzi, myślę od razu – „a może to był istotne dla osoby która to pisała? może psuję ważną rzecz?”. A gdy ścinam z własnego tekstu, nie jest mi nawet przykro. Wtedy czuję, że taka jest potrzeba, że tak będzie dobrze dla spektaklu.

Teatr Miejski w Gliwicach_ O Józku, który grał bigbit_fot. Patrycja WróbelCzy robiłaś adaptację prozy na dramat? Jak się w tym odnajdujesz?
Robiłam adaptację książki „Kochaj i tańcz” dla wspomnianych musicalu dla ChCK-u. Nie jest to literatura klasyczna, to taneczna historia romantyczna. Myślę, że adaptacja to super rzecz! Czytałam rozdział po rozdziale, wyciągałam esencję i pisałam dialogi. Była to dla mnie duża frajda i przyszło mi to z łatwością.

Pracowałaś kiedyś w tandemie?
Nie i raczej się na to nie zapowiada… Nie wiem, jak czułabym się, gdyby ktoś drugi pakował się w mój tekst!

Przecież przy pracy z aktorami na pewno wkrada się z ich strony wiele zmian.
Wtedy jest inaczej. Nie mam obsesji pilnowania tekstu, by każde wypowiedziane słowo zgadzało się z napisanym. Jeśli ktoś przekomponuje wypowiedź, bo jest mu tak łatwiej, to ja się na to zgadzam! Myślę, że wiele o tym, jak pisać tekst mową potoczną, nauczyłam się przy okazji pomagania mojemu mężowi – dziennikarzowi – przy spisywaniu wywiadów, kiedy on nie wyrabiał się z ich ilością. To było dobre ćwiczenie.

Czy, jako osoba bardzo zorganizowana, masz konkretny plan na swoją przyszłość?
Oddzielam sferę marzeń od realnych możliwości, ale tak, mam listę miejsc, w których chciałabym pracować i w których mam szansę na zrobienie spektaklu. Mam naprawdę szczęście do trafiania na dobrych ludzi i staram się z takich spotkań dużo wyciągnąć. Jest świetnie, gdy mam pozajmowane terminy, ale gdy pojawia się nowa, ciekawa możliwość, to chcę ją wcisnąć w grafik, by nie przepuścić żadnej szansy. Teraz oczywiście sytuacja wygląda trochę inaczej, ze względu na dzieci. Czasem zazdroszczę tym reżyserom, którzy mogą sobie wsiąść w pociąg, pojechać na premierę do zaprzyjaźnionego teatru, poimprezować, potem pojechać nad morze i poczytać książkę, zrobić sobie porządne zaplecze do spektaklu, poszukać kontekstów, pospotykać się spontanicznie z ludźmi i nic ich nie goni. A ja jestem w pędzie. Ale oczywiście za nic na świecie bym się nie zamieniła.
***
Ojej, czuję, że dzisiaj kompletnie nie mam flow do mówienia. Napiszesz to jakoś ładnie?
Spokojnie. Najwyżej wykreślisz mi z tego pięć stron.
Wykreślić, nie wykreślę. Ale zazwyczaj wszystko przepisuję.