Trauma małej apokalipsy – recenzja spektaklu „Powrót”

Kameralnym spektaklem Powrót w reżyserii Michała Zdunika Teatr Miejski w Gliwicach powrócił po pandemicznej przerwie do artystycznego życia. Przedstawienie to dobra lekcja uświadomienia sobie traumy i jej przepracowania.

Powrót powstał we współpracy Teatru Miejskiego w Gliwicach z Festiwalem Nowe Epifanie jako efekt działalności Laboratorium Nowych Epifanii, którego organizatorem jest Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie. Premiera z udziałem widzów miała miejsce 27 lutego na Małej Scenie Teatru Miejskiego w Gliwicach. W pandemicznej rzeczywistości ta niewielka przestrzeń mogła pomieścić zaledwie 40 widzów. Premiera online została zaplanowana na 11 marca.

Tekst dramatu jest rezultatem wspólnej pracy reżysera Michała Zdunika i Beniamina Bukowskiego, reżysera, dramatopisarza i dramaturga. Poza urodzeniem na początku lat 90. ubiegłego wieku łączy ich także pasja dramatopisarska i podejmowanie kwestii społecznych. Wydaje się, że w tematach relacji rodzinnych zarówno Beniamin Bukowski, jak i Michał Zdunik czują się pewnie. Wcześniej, w 2015 roku, Zdunik reżyserował wszak w OPT Gardzienice spektakl Matka odchodzi, stworzony na bazie szkicu wspomnieniowego Tadeusza Różewicza, będącego de facto przemyśleniami dotyczącymi relacji łączącej syna z matką. Z kolei w tym samym roku Bukowski wyreżyserował monodram Zofia, powstały na bazie tekstu Anny Wakulik, opowiadający o cierpieniu matek przeżywających śmierć dzieci.

Teraz przyszła kolej na sytuację odwrotną. Bohaterami Powrotu są bowiem dorosłe już dzieci „starej apodyktycznej apokaliptyczki” – Magda, Iga i Mariusz. Bukowski i Zdunik w swoich filozoficznych poszukiwaniach zapuszczają się w rejony skrywane przed wzrokiem postronnych, wytrwale eksplorują meandry życia rodzinnego, docierając do ich najciemniejszych zakątków. Drążą, jątrzą, badają, burzą i stwarzają nową rzeczywistość. Poruszając trudne tematy, uciekają się do psychoanalizy. Tworzą pewne typy osobowości, które zyskują charakter dopiero dzięki aktorom, którzy tchnęli życie w wymyślone postaci, wypełniając papierowe ciała swoim emocjami.

Dwie młode kobiety w trakcie rozmowy. W rolach sióstr Magdalena Jaworska i Iga Bancewicz.Akcja Powrotu rozgrywa się w domu rodzinnym bohaterów, który może znajdować się w dowolnym miejscu na kuli ziemskiej, dzięki czemu zyskuje uniwersalny wymiar. Gdyby nie nowomowa korporacyjna, można byłoby stwierdzić, że czas także nie gra roli, bowiem poruszana tematyka wspólna jest dla wielu pokoleń.Po śmieci matki dopełniła się mała rodzinna apokalipsa, przeżywana w domowym zaciszu. W tekście dramatu eschatologicznych odwołań jest wiele. Pojawiają się m.in. wyrażenia „Marana Tha” czy „Mane, tekel, fares” – słowa przepowiedni, która zapisano na ścianie pałacu babilońskiego króla Baltazara. Odczytywane są jako „policzone, zważone, podzielone”, co ma zwiastować szybki upadek państwa nowobabilońskiego i śmierć króla Baltazara. W gliwickim dramacie któż jest władcą absolutnym? Oczywiście matka. Co będzie, gdy bohaterowie wyzwolą się spod jarzma obowiązku, dyktatu wspomnień czy reżimu upodobań narzucanych przez matkę?

Śmierć to sytuacja graniczna, która wyzwala wiele skrywanych dotąd emocji, często skrajnych, a poznajemy je, obserwując Magdę, Igę i Mariusza – troje tak różnych bohaterów, którzy po śmierci matki muszą zmierzyć się ze swoimi traumami i skonfrontować z pragnieniami. Konfrontacja ta przynosi katharsis, a przed rodzeństwem otwiera się nowy rozdział. Tabula rasa gotowa do zapisania. Iga w interpretacji Igi Bancewicz to współczesna „królowa lodu” – bizneswoman, kobieta sukcesu, zawsze opanowana (nawet włos nie śmie drgnąć bez jej zgody!), nieco neurotyczna, ślepo podążająca za coachami. Zachowuje pokerową twarz, rządząc rodzeństwem, które znajduje się na jej utrzymaniu. Jej przeciwieństwem jest Magda grana przez Magdalenę Jaworską. Typ „matki Polki” obdarzonej „genem czynienia dobra” – życzliwa, spokojna, cierpliwa opiekuńcza… zalety można wymieniać w nieskończoność. Okazuje się, że to zaledwie jej jedno oblicze. Współczesna męczennica ma jeszcze inne. To mroczniejsze wychodzi na jaw w momencie pogrzebu matki. Sytuacja ta wyzwala w niej skrywane dotąd emocje. Dla niej koniec jednego życia okazuje się początkiem nowego. Jest jeszcze ich brat – Mariusz, czyli Mariusz Galilejczyk – egocentryk i lekkoduch niestroniący od używek. To syn marnotrawny, który wraca na rodzinne włości. Cały trud włożony w ułożenie sobie życia, w dekonstrukcję układu działającego destrukcyjnie na jego osobowość został zniweczony, bowiem bohater nigdy nie rozprawił się z demonami przeszłości. Jednakże i on zmienia się po śmierci matki. Postanawia porzucić marzenia o srebrnym ekranie i powraca do domu – ale czy kiedykolwiek naprawdę go opuścił? Może to podświadome uwiązanie nie pozwoliło mu w pełni rozwinąć skrzydeł? Galilejczyk po raz kolejny udowodnił, że znakomicie czuje się zarówno w rolach komediowych, jak i dramatycznych.

Śmierć matki radykalnie odcina nici łączące jednostki z ciążącymi na nich zobowiązaniami. Bohaterowie dramatu uświadamiają sobie też, że ucieczka nie ma sensu. Oswojona przestrzeń to miejsce ich zakorzenienia. Kiedy z horyzontu znika Lacanowska Matka, czyli Wielki Inny, podmiot staje się autonomiczny. Ot, nowe otwarcie. Śmierć nie jest końcem, a początkiem ustanawiającym nowy porządek.

Warstwa wizualna spektaklu opiera się na prostej, acz symbolicznej scenografii i grze świateł. Kostiumy Katarzyny Wesołowskiej są skromne, utrzymane w stonowanych kolorach ziemi, a scenografia ciekawa, monochromatyczna, bowiem króluje delikatny seledyn. Akcja rozgrywa się w trzech ścianach. Na jednej z nich widnieje szereg luster oprawionych w ramy typowe dla zdjęć, na drugiej z kolei znajduje się zasłonka, a trzecia – najbardziej okazała – zawiera zestaw archiwalnych zdjęć i mnóstwo artefaktów, niejako potwierdzających wspólną historię rodzeństwa. W samym centrum stoi seledynowy stół i krzesła – przestrzeń dialogu. Dużą rolę w spektaklu odgrywa reżyseria świateł. To one podkreślają dramatyzm akcji. O wspólnym dorastaniu bohaterów i łączących ich dawniej więzach świadczy wprowadzenie elementów ruchu scenicznego – gra w klasy, podchody, rzucanie poduszkami czy dziecięca zabawa ruchowa Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy. Wspomniane zabawy pojawiają się jako przerywniki, przypadkowo powracające wspomnienia z dzieciństwa. To zderzenie zabawy z powagą może wydawać się kuriozalne, ale należy je odczytywać jako pewien wspomnieniowy powidok.

Powrót Teatru Miejskiego w Gliwicach porusza kwestie relacji rodzinnych. Opowiada o podporządkowaniu jednostki, o poczuciu misji, której realizacja niweczy osobiste plany. Czy spektakl daje gotowe rozwiązania? Nie. Komentuje rzeczywistość pokazując, że każdy zmaga się ze swoimi demonami, ale w tych zmaganiach nie jesteśmy sami. To nasze wspólne doświadczenie.

 

Magdalena Mikrut-Majeranek

teatrologia.info

źródło