Bez znieczulenia?

Przyznaję, nie znałem wcześniej twórczości Joanny Oparek. Jadąc do Gliwic na jej przedstawienie „Całe życie” o autorce – zarówno tekstu, jak i inscenizacji – nie wiedziałem nic. To dobrze, myślałem. Zero oczekiwań, możliwości porównywania, zabawy w skojarzenia z poprzednimi dokonaniami.

Krótki research niezbyt znacząco zmienił ten stan rzeczy. Jeden spektakl Iwony Jery w koprodukcji polsko-niemieckiej, coś w krakowskim Teatrze Nowym, no i zdarzenie najbardziej intrygujące – performatywne czytanie jej sztuki o Helenie Modrzejewskiej w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Reżyserował Radek Rychcik, zagrali Dorota Segda, Katarzyna Gniewkowska, Roman Gancarczyk, Jan Peszek, Jacek Romanowski. Rzecz nazywała się „Projekt Ameryka”, ale największe wrażenie robiła obsada. To są artyści, do których gustów trudno nie mieć zaufania.

Niewiele to jednak zmieniło w sprawie „Całego życia” w gliwickim Teatrze Miejskim. Poza tym, że wiedziałem już, że Joanna Oparek nie ma problemów z nawiązywaniem do dobrych wzorców, korzystaniem z kulturowych odniesień, budowaniem nieoczekiwanych myślowych powinowactw. Reszta musiała być niespodzianką, włącznie z pytaniem, jak Oparek poradzi sobie z reżyserowaniem własnego tekstu, a zatem przeniesieniem go na scenę w wymarzonym przez siebie kształcie. To są te chwile, gdy w razie czego nie ma na kogo zrzucić odpowiedzialności – dramaturg robi po swojemu. Uczciwe to ze strony szefów Teatru Miejskiego. Jeśli oddawać scenę nowym twórcom, to z pełnią zaufania. Kto nie ryzykuje, nie pije szampana.

Dwoje ludzi siedzi na kanapie. Kobieta trzyma w ręku drinka. Na przeciwko na krześle siedzi drugi mężczyzna, rozmawiają radośnie.Gliwicki teatr w ostatnich latach to był przede wszystkim ogromny sukces „Najmrodzkiego” w inscenizacji Michała Siegoczyńskiego, w swoim czasie bezdyskusyjnego, choć sensacyjnego zwycięzcy Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Doceniałem to przedstawienie, ale nie zapałałem do niego szczególną sympatią. Inaczej z „Miłością w Leningradzie” – spektaklem – koncertem przygotowanym przez Łukasza Czuja. Energia tamtego widowiska niemalże rozsadzała scenę.

„Całe życie” nie ma z pracami Siegoczyńskiego i Czuja nic wspólnego, to teatr w zupełnie innej kameralnej skali, ale na odnowienie znajomości z gliwicką sceną nadaje się znakomicie. Pokazuje poszukiwania Teatru Miejskiego, który szuka kontaktu z szeroką publicznością, ale nie próbuje za wszelką cenę jej schlebiać. „Całe życie” to atrakcyjny teatr środka, dla ludzi, którzy nie zjedli zębów na sztukach współczesnych, za to interesują się światem. Spektakl Joanny Oparek ma coś wspólnego z kinem spod znaku Netflixa, ale tym w wersji premium, a nie z uśrednioną sieczką. Jest jak kawałek życia, podglądany przez dziurkę od klucza, a może lepiej powiedzieć wysokie okna toskańskiej willi, gdzie dzieje się akcja sztuki. Inna sprawa, iż autorka wprost daje do zrozumienia, że jest obeznana z klasyką XX-wiecznego dramatu i filmu, a nawet składa im jednoznaczny hołd. Nawiązuje w ten sposób porozumienie z tymi, co szukają w teatrze intertekstualnych gier, cokolwiek w życiu widzieli albo zwyczajnie chcą pobawić się w skojarzenia lub odświeżyć własną pamięć.

Na sofie siedzi kobieta, na jej kolanach leży mężczyznaMałżeństwo z dłuższym stażem (Aleksandra Maj i Tomasz Borkowski) oraz Ewa (Antonina Federowicz) i Rafał (Maciej Piasny) – para nie-para, są ze sobą trochę, a trochę nie są, sypiają ze sobą czasem, a chwilami emocjonalnie się od siebie oddalają, a teraz spędzają wakacje, podróżując na zasadzie coachsurfingu. Najbliższą noc mają spędzić w luksusowej willi w Toskanii, pozostawionej Agnes i Arturowi przez znajomych. To będzie długa bezsenna noc, w strugach najprzeróżniejszych alkoholi i oparach najtrudniejszych emocji. Damsko-męskie gry, teatr dwojga aktorów dla dwojga widzów, wzajemne uświadamianie, w jakim punkcie wspólnego życia się znaleźliśmy.

Całość zaczyna się od rzucanej na ścianę animacji na temat życia owadów, jakby autorzy chcieli zasugerować, że bohaterowie „Całego życia” są nikim innym, jak tylko właśnie ludzkimi owadami i beznamiętnej bezdusznej wiwisekcji zostaną przez najbliższe dwie godziny na naszych oczach poddani. Obietnica pozostaje niespełniona, ale to w moim odczuciu lepiej. Oparek portretuje postaci z „Całego życia” chwilami ostro, nie narzuca się z sympatią wobec nich, bywa wobec nich nawet okrutna, ale nie pozostawia Agnes, Ewy, Artura i Rafała samych. W jednej nocy i dwóch godzinach scenicznej akcji kondensuje wszelkie emocje, żale, niespełnienia oraz, jak można się spodziewać, mocno mgliste nadzieje. Nie kończy jednak na wymierzaniu razów wobec owej czwórki, nie bawi jej ekscytowanie się ich wzajemnym okrucieństwem. To w przedstawieniu jest i nie da się ukryć, że wzmacnia jego atrakcyjność. Na koniec jednak jest jak w życiu. Z ręki wypada broń, ostatni cios już nie przynosi satysfakcji, w jej miejsce pojawia się współczucie. Właśnie z tym uczuciem zostawiają nas autorzy gliwickiej inscenizacji. Popatrzyliśmy sobie na damsko-męską wolną amerykankę, a teraz zatrzymajmy się na chwilę. Może nadzieją i dla nich tam na scenie i dla nas na widowni jest odrobina wzajemnej czułości.
Tyle konkluzji, wcześniej mamy ring wolny i kolejne starcia. Agnes i Artur to ludzie świadomi siebie, wiele razem przeżyli i doświadczyli. Miłość zastąpiło przyzwyczajenie, dawna ekscytacja sobą minęła i pozostały zabawy w zadawanie ran. Aleksandra Maj i występujący gościnnie w Gliwicach Tomasz Borkowski dozują je z upodobaniem i raczej szczodrze, z autoironią i przemyślnie. Celowo grają ludzi odpychających, ale pokazują, że Agnes i Artur sami wpadają w zastawiane przez siebie pułapki. Wystarczy spojrzeć, jak wyprostowana sylwetka aktorki nagle się kurczy, jakby poczuła się bezbronna i szukała pomocy. Lub na twarz Borkowskiego (dobrze, że teatr w Gliwicach przypomniał o tym aktorze) wykrzywioną w grymasie uśmiechu, gdy przebiega przez nią nerwowy tik, jakby jego Artur sam był przerażony nakręcaną wspólnie z żoną spiralą powierzchownej nienawiści.

Antonina Federowicz jako Ewa ukazuje przede wszystkim naturalność swej bohaterki, jej świeżość i brak hamulców w mówieniu prawdy prosto w oczy. Młoda aktorka w związku z tym nie sili się na wyszukane wypróbowane sposoby, na scenie raczej jest niż gra, ale i tak skupia na sobie uwagę. Partnerujący jej w roli Rafała Maciej Piasny jest z całej czwórki najbardziej prostolinijny, chyba w rysunku psychologicznym najmniej skomplikowany. Aktor najmniej ma do zagrania, ale to, co ma, gra dobrze. Najważniejsze, że budzi sympatię.

Para młodych ludziEwa, w dramacie początkująca aktorka, dostaje w trakcie wieczoru telefon z propozycją roli w „Kto się boi Virginii Woolf?” Edwarda Albee’go, a Joanna Oparek tym samym odkrywa karty przed tymi, co się jeszcze nie domyślili. „Całe życie” to jej parafraza jednej z najsłynniejszych amerykańskich sztuk poprzedniego stulecia. Agnes i Artur to Martha i George, Ewa i Rafał – Żabcia i Nick. Niektóre sceny przytacza Oparek niczym cytaty z dramatu, nawiązuje również do klasycznego filmu z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem. Powinowactwo jej utworu z dziełem Albee’go niemalże od początku jest jasne, może więc dobrze, że autorka tak ostentacyjnie do niego się przyznaje. Wydaje się jednak, że chwilami owe nawiązania są zbyt oczywiste, z niektórych cytatów można było zrezygnować. Tym bardziej, że „Całe życie” w Gliwicach to autonomiczna historia. Wiele zawdzięcza sztuce Albee’go i nie musi długu, jaki wobec niego zaciąga, tak ostentacyjnie manifestować.

Najważniejsze jednak, że „Całe życie” w Teatrze Miejskim świetnie się ogląda i dobrze słucha, w czym pomaga leitmotiv z songu Paolo Conte „Via con me”, który dzięki spektaklowi sobie przypomniałem i teraz nucę go obsesyjnie. To wysoka rozrywka – gatunek, jakiego w polskich teatrach mamy jak na lekarstwo.

PRZEJDŹ DO STRONY SPEKTAKLU

Jacek Wakar

Dziennik Teatralny Łódź

źródło

 

fot. M.Buksa