Być jak Tomasz S.

Dzięki światłu materializują się kolejne miejsca akcji. Oszczędne środki artystycznego wyrazu pokazują jak niewiele potrzeba, aby wyczarować scenografię rozpalającą dziecięca wyobraźnię.

Spotkanie nieposkromionego łobuza o szlachetnym sercu z włóczęgą z wyboru musi oznaczać jedno: kłopoty. Ta wybuchowa mieszanka charakterów, buzująca w żyłach młodzieńców krew i żądny przygód umysł zapowiadają niezapomnianą podróż do barwnego świata dorastających dzieci, które przeżywając wzloty i upadki przechodzą szkołę życia. Ich zabawne perypetie można śledzić w spektaklu w reżyserii Krzysztofa Materny „Przygody Tomka Sawyera”, który 19 września zagościł na scenie Teatru Miejskiego w Gliwicach.

Przygody Tomka Sawyera to spektakl familijny, na którym dobrze bawić się będą nie tylko dzieci, ale także ich opiekunowie. Choć opowieść znana jest od lat i bywa często wystawiana przez wiele teatrów, to realizatorom gliwickiej wersji udało się zaskoczyć widzów. Przygotowali niezwykle sensualne, muzyczno-wizualne widowisko, które z pewnością przypadnie do gustu młodym widzom. Wszystko za sprawą dynamicznej akcji, niebanalnych kreacji, genialnych scen zbiorowych – zarówno pod względem wokalnym, jak i choreograficznym, wpadających w ucho piosenek, świetnych dialogów i świateł, za pomocą których realizatorzy kreują świat rodem z kart powieści Twaina. Co prawda sam tekst nieco się już zdezaktualizował, zawiera też wątki niepopularne dziś, a nawet niepoprawne politycznie, ale zapisane w nim przesłanie jest uniwersalne, bowiem powieść opowiada o sile przyjaźni, czynieniu dobra, mówieniu prawdy.

Spektakl Przygody Tomka Sawyera powstał na motywach powieści The Adventures of Tom Sawyer autorstwa amerykańskiego pisarza Marka Twaina. Stworzył on w 1876 roku opowieść dla młodzieży, która na trwale wpisała się do kanonu lektur szkolnych. Na gruncie polskim pierwsze wydanie ukazało się w 1901 roku. Tytuł doczekał się licznych adaptacji filmowych i teatralnych. I choć opisana przez Twaina historia rozgrywa się pod koniec XIX wieku w miasteczku St. Petersburg nad rzeką Missisipi, to dzięki odpowiedniej adaptacji udało się uzyskać dzieło trafiające do współczesnego młodego widza. Gliwicka wersja powstała wedle scenariusza Jerzego Jana Połońskiego, który jest z wykształcenia nie tylko aktorem, ale i muzykiem, i doskonale czuje się w repertuarze musicalowym. Dokonał wyboru scen i uwspółcześnił nieco opowieść o Tomku Sawyerze i Huckelberry Finnie (np. w finale zamiast piratów – mafia vatowska, sieć 10000G i laptopy do zdalnej nauki dla dzieci), dodając jej lokalnego kolorytu i doprawiając całość subtelnymi odniesieniami do aktualnych wydarzeń. Fabułę zbudowano wokół wątku kryminalnego dotyczącego tajemniczego zabójstwa, którego dokonano na cmentarzu, a spektakl stworzono w formie musicalu. Mamy tu też do czynienia z konwencją teatru w teatrze. Taka wersja przygód najsłynniejszego z Tomków z pewnością zachwyci młodych widzów!

Zespół Teatru Miejskiego w Gliwicach udowodnił już, że dobrze czuje się nie tylko w komediach, ale i w dramatach. Aktorzy śpiewają – zarówno solo, w duetach, jak i zespołowo oraz tańczą, wykonują dynamiczną, trudną choreografię przygotowaną przez duet tworzony przez Jarosława Stańka i Katarzynę Zielonkę, który wycisnął z aktorów siódme poty.

Tym razem jednak obsadę poszerzono o artystów występujących gościnnie, bowiem do zagrania głównych ról zaangażowano aktorów wyłonionych w drodze ogólnopolskiego castingu – Jana Hrynkiewicza (Tomek Sawyer), Bartłomieja Wiatra (Huckelberry Finn), Kornela Sadowskiego (Sid) i Ksenię Tchórzko (Becky Thatcher) – młodych aktorów, którzy świetnie sprawdzili się w powierzonych im rolach. Jan Hrynkiewicz, 24-letni absolwent PWSFTviT im. L. Schillera w Łodzi, ma na swoim koncie już kilka ról filmowych, w tym w nominowanym do Oscara Bożym Ciele i Sali samobójców Jana Komasy. Jego Tomek jest zawadiackim włóczykijem obdarzonym anielskim głosem.

Z kolei Bartłomiej Wiatr występował m.in. w warszawskiej wersji Rodziny Adamsów w Teatrze Syrena i świetnie odnalazł się też w najnowszym musicalu. A artyści gliwiccy? Mariusz Galilejczyk (Indianin Joe) jak zwykle otrzymał charakterystyczną rolę, w której aktor może dać upust talentowi komediowemu, co też z naddatkiem czyni. Krzysztof Prałat (Pan Dobbins) w roli nauczyciela podbija serca swoją niefrasobliwością i tendencją do mylenia imion, Aleksandra Maj grająca ciotkę Polly to wcielenie zafrasowanej opiekunki drążącą o krnąbrnego podopiecznego. Jednak w opowieści o Tomku Sawyerze jest i królowa. Miano niekwestionowanej władczyni sceny należy do Karoliny Burek. Jest koryfeuszem czuwającym nad porządkiem, pełniącym rolę przewodnika po świecie przedstawionym. Wyjaśnia, omawia i nadaje tempa akcji oraz stanowi swoisty pomost pomiędzy przeszłością a współczesnością. Jej postać została dopisana przez reżysera Krzysztofa Maternę, ale to strzał w dziesiątkę.

Co ciekawe, spektakl wystawiono na Dużej Scenie, a to bezprecedensowy przypadek, ponieważ do tej pory przedstawienia dla dzieci prezentowano jedynie na kameralnej. Można podejrzewać, że zmiana ta zapowiada scenograficzny rozmach i ogrom dekoracji, które nie zmieściłyby się na małej scenie, ale to błędny trop, ponieważ panuje tu minimalizm, a w magiczny świat przygód Tomka młody widz może się przenieść dzięki umiejętnej reżyserii świateł, za którą odpowiada Katarzyna Łuszczyk, i kostiumom stworzonym przez Katarzynę Sankowską. Wszyscy bohaterowie scenicznej opowieści ubrani są w bajecznie kolorowe stroje. Sankowska nie zdecydowała się na odtworzenie trącących myszką, XIX-wiecznych ubiorów, lecz zaproponowała coś zupełnie nowego, acz nawiązującego do staromodnych szat. Każdy z bohaterów otrzymał kostium nakrapiany farbami, niczym pokolorowany dziecięcą ręką. Stroje korelują z ascetyczną scenografią, na którą składają się trzy ogromne trapezy z podświetlonymi obrzeżami.

Spektakl naszpikowany jest ciekawymi konceptami i rozwiązaniami scenograficznymi. Na uwagę zasługuje brawurowa scena pogoni, w której rozwścieczony do granic możliwości Indianin Joe ściga Tomka w sądzie. Zastosowanie zwolnionego tempa akcji, typowego dla farsy, wprowadza element komediowy. Ciekawie zaaranżowano także przestrzeń cmentarza, na którym dochodzi do morderstwa. Zamiast standardowych pomników mamy tu stojących na postumentach bohaterów odzianych w ciemne płaszcze i… podświetlone ledami okulary, przywodzące na myśl czające się w ciemnościach ślepia dzikich zwierząt. Pomiędzy wierszami ukryto też pierwiastek parenetyczny – Tomek przemienia pracę, jaką jest malowanie płotu w zabawę, dzięki czemu obowiązek zamienia się w przyjemność. W spektaklu króluje też sprawiedliwość – główny bohater stoi na straży prawdy i nie waha się zaryzykować swojego życia, aby ocalić znajomego znajdującego się w potrzebie. Choć Tomek jest na bakier z panującymi w szkole zasadami, nie po drodze mu z radami ciotki Polly, to zawsze jest wierny sobie, prawdzie i przyjaciołom. Tomek, urwis jakich mało, jest postacią wielowymiarową, z którą młody widz może się utożsamiać.

Przygody Tomka Sawyera to kolejna ciekawa propozycja dla młodego, niezwykle wymagającego widza, który szybko się nudzi, traci cierpliwość i manifestuje swoje emocje. Opowieść o „Tomaszu S. ruchliwym jak wesz”, jak ktoś mówi o nim w spektaklu, z pewnością przypadnie do gustu nawet najsurowszym cenzorom.

Magdalena Mikrut-Majeranek
teatrologia.info
źródło