„Damy i huzary”: dwa przedstawienia w jednym, czyli dlaczego w Gliwicach finał jest lepszy od prologu

Henryka Wach-Malicka, Dziennik Zachodni

Z notatnika recenzentki: Do repertuaru Teatru Miejskiego w Gliwicach wkroczyły, z przytupem i muzyką, Fredrowskie „Damy i huzary”. Wybór nieco zaskakujący, bo to komedia urocza, ale mocno osadzona w otaczających autora realiach obyczajowych i społecznych, które znacznie trudniej, niż np. „Zemstę”, powiązać ze współczesnością. Można ją oczywiście pokazać z całym jej staromodnym anturażem, ale to ryzykowne.

Teatr Miejski w Gliwicach_DiH

Dzieło trochę się zestarzało i w ujęciu „jeden do jednego” wymaga mnóstwa zabiegów inscenizacyjnych. A i to bez gwarancji, że widz bez oporów zechce wejść w szlachecko-wojskową rzeczywistość hrabiego Aleksandra. W Gliwicach poszukano trzeciej drogi. Tekst podrasowano, dopisując mu współczesne to i owo (ale nie wywracając go na nice) i dodano udaną ścieżkę muzyczną Marcina Nenki.

Gabriel Gietzky – reżyser rozpoczyna przedstawienie sceną, której u Fredry nie ma. Dwoje współczesnych młodych ludzi, o wyraźnie sentymentalnym usposobieniu, zasypia tuląc się w objęciach. Wiemy już zatem, że to, co zobaczymy będzie jedynie ich snem. Scena nie ma wprawdzie dalszych konsekwencji, ale sprytnie tłumaczy pojawiające się czasem rozdźwięki między tekstem a tym, co widzimy. Nie takie rzeczy w końcu ludziom się śnią, jak Major w słonecznych okularach czy Orgonowa w spódniczce mini… To dalej, jak u Fredry, rzecz o walce płci (co to była, jest i będzie), ale i opowieść o tym, że współczesnej młodej kobiecie, nikt nie aranżuje małżeństwa z mężczyzną, którego nie serce, a rodzina jej wybiera.

Teatr Miejski w Gliwicach_DiH_3

Mnie ta interpretacja przekonuje. Gorzej jest niestety z przełożeniem reżyserskiej wizji na wyrazistość sceniczną. Przynajmniej do… 48 minuty spektaklu, kiedy to publiczność po raz pierwszy śmieje się gromko i szczerze, przypominając sobie, że jednak ogląda komedię. I tak będzie już do finału; lekko, zabawnie i pomysłowo. W strukturze spektaklu coś bowiem zgrzyta. Do tej magicznej 48 minuty, do rozmowy Majora z Zosią, akcja zupełnie się nie klei, pointy nie wybrzmiewają, komizm sytuacyjny diabli wzięli, a aktorzy momentami mówią kwestie irytująco niewyraźnie.

Nudno jest, po prostu. Tej nudy nie uzasadnia nawet przyjęta poetyka snu. I nagle, (naprawdę nie wiem jakim sposobem, ale Bogu dzięki) spektakl nabiera życia, postacie rumieńców, zabawne pomysły gonią jeszcze zabawniejsze, a inscenizacja udanie dryfuje w stronę pastiszu, a nawet musicalu. Nie mówiąc o celnie wydobytym podtekście erotycznym, mocno obecnym w „Damach i huzarach”, ale zwykle przez realizatorów dziwnie tłumionym. Wreszcie Panna Aniela, w interpretacji Aliny Czyżewskiej, przebojem wyłania się z niebytu części pierwszej, Zofia Izabeli Baran pokazuje pazurki, a Major Łukasza Kucharzewskiego stawia na własny rozum. Lepiej późno niż wcale, chciałoby się rzec! W odzyskaniu scenicznej wyrazistości na pewno pomogły aktorom włączone do akcji mikrofony, ale to temat na inną rozmowę.

źródło: http://www.dziennikzachodni.pl/opinie/felietony/a/damy-i-huzary-dwa-przedstawienia-w-jednym-czyli-dlaczego-w-gliwicach-final-jest-lepszy-od-prologu-recenzja-wideozdjecia,12826673/