Dziesięć tysięcy ton CO2

O Tchnieniu Duncana Macmiliana w reżyserii Rafała Szumskiego w Teatrze Miejskim w Gliwicach – pisze Kamil Bujny.

Teatr Miejski w Gliwicach wystawiając „Tchnienie” w reżyserii Rafała Szumskiego, zapewnił sobie moim zdaniem pewne miejsce na festiwalach i przeglądach teatralnych. Wynika to nie tylko ze świetnej realizacji produkcyjno-aktorskiej, lecz także poruszania wyraźnie aktualnego i popularnego tematu – kwestii związanych ze środowiskiem i ekologią.

Pisząc o najnowszym pokazie gliwickiego teatru, trzeba zwrócić uwagę przede wszystkim na słodko-gorzki wydźwięk, który z jednej strony bawi, a z drugiej silnie uderza. To oczywiście w dużej mierze zasługa samego tekstu (jakże świetnie i rytmicznie napisanego!), ale nie można również umniejszać zasług aktorów ani realizatorów, którzy – kreując sceniczną rzeczywistość – postawili na relację między słowem, światłem i dźwiękiem. Żeby jednak nie popadać w chaos, zacznijmy od początku – kwestii odbioru. Oglądając „Tchnienie” zastanawiałem się, z czym właściwie mam do czynienia. Publiczność reagowała różnie, niekiedy wręcz skrajnie, raz zaśmiewając się do rozpuku, by za chwilę popadać w swoiste odrętwienie, wynikające z tragicznych przeżyć postaci. Niektóre momenty zbliżały prezentację do najbardziej przewidywalnych, sztampowych i niezabawnych komedii (m.in. rozmowa o relacjach zięcia z teściową, gaszenie światła w tracie scen seksu), a z kolei inne zapewniały widzowi satysfakcję z poczucia obcowania z czymś absolutnie niezwykłym pod względem ideowym i formalnym. W tym też zdaje się tkwić potencjał samego dramatu – w umiejętnej żonglerce emocjami i obrazami/ Co należy podkreślić, reżyser nie tylko ją dostrzegł, lecz także podchwycił i wykorzystał.

Według zaleceń Duncana „Tchnienie” należy wystawiać oszczędnie: bez bogatej scenografii, najlepiej na dwa krzesła. W porównaniu z innymi polskimi wystawieniami (Warszawa, Tarnów) gliwicka inscenizacja rozbudowuje pokaz o dwa plany (dźwiękowy i świateł), jednak nie na zasadzie buntowniczej przekory, tylko przemyślanego konceptu – m.in. możliwości pogłębienia przekazu za sprawą wykorzystania granej na żywo muzyki. Oglądając przedstawienie, nie sposób nie dostrzec zależności między tymi trzema żywiołami – tekstem, światłami i dźwiękiem, gdyż wchodzą między sobą w ewidentnie rozbudowane relacje. Można by pokusić się w tym miejscu o próbę interpretacji, jaką rolę odgrywa muzyka Daniela Malchara (grana na żywo przez Kamila Malchara), jednak wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli do tego dojdzie sam widz – rola jest bowiem symboliczna, metaforyczna. Należy za to bez zdradzania szczegółów podkreślić znaczenie, które pokazowi nadaje dźwięk. We wspomnianej relacji dochodzi do zazębienia wymienionych elementów: na słowo reaguje muzyka, a na muzykę światło. Pełnią one różne funkcje (współtworzą działania sceniczne, gospodarują przestrzenią, podkreślają obecność widza, determinują nastrój), jednak najbardziej zasadne wydaje się porównanie ich zadania do roli greckiego chóru jako komentatora.

Ważna w tym pokazie okazuje się relacja między publicznością a aktorami i sceną. Nazwałbym ją mianem swobodnej ze względu na przełamywanie czwartej ściany oraz żywiołowe reagowanie widzów. Rzadko się z tym spotykam, by w trakcie przedstawienia odbiorcy nagradzali poszczególne partie inscenizacji gromkimi brawami (w tym wypadku głównie komediowe). Podczas „Tchnienia” zdarzało się to na tyle często, że ostateczne owacje – już popremierowe, długie, stojące – wydawały się sumą (jeśli nie ilorazem!) wszystkich oklasków. Wracając jednak do wspomnianej relacji, charakterystyczne wydaje się dla niej napięcie, które panowało na sali teatralnej. Nawet podczas dłużących się fragmentów, kiedy nie do końca wykorzystano potencjał dramatu, a aktorzy niepotrzebnie przeskakiwali z widowni na scenę i ze sceny na widownię, śledziło się akcję w wyraźnym przejęciu. Myślę, że wynika to przede wszystkim ze swobody i naturalności Aliny Czyżewskiej i Łukasza Kucharzewskiego, aktorów, którzy nie tylko dobrze odnaleźli się w niełatwym, intensywnym tekście, lecz także zbudowali między swoimi postaciami tak naturalną, wielowymiarową i realną więź, że łatwo widzowi zapomnieć o tym, że siedzi na sali teatralnej, a przedstawiana historia powstała w wyobraźni artystów. Niemałe znaczenie odgrywają tutaj światło i muzyka, które po pierwsze odsłaniają lub chowają drugi plan (choć myślę, że lepszym określeniem w tym wypadku byłaby głębia), a po drugie utrzymują widza w przekonaniu, że coś się zaraz stanie, że do czegoś dojdzie – co sprowadza się do wspomnianego wcześniej napięcia.

Mówiąc jednak o roli widzów, trzeba zwrócić uwagę na plastikową, przeźroczystą ściankę, odgradzającą przestrzeń aktorów od przywołanej głębi: tajemniczego miejsca, w którym poza muzykiem, Kamilem Malcharem, znajdują się neony (jeden z napisem Albo mogliśmy zasadzić las) oraz quasi-egzotyczne rośliny. Przywołuję ten element dlatego, że jego znaczenie ma charakter scenograficzny, ale też wyraźnie symboliczny. W zależności od dobranego oświetlenia pełni on różne funkcje: spłyca przestrzeń sceniczną, zdecydowanie ją pogłębia lub odbija (jak lustro) widownię. Ta ostatnia wydaje się znamienna, zwłaszcza że realizowana jest przede wszystkim w momentach, które wyrażają problemy nas wszystkich – współczesnych pokoleń, zmagających się zarówno z wyzwaniami klimatycznymi, jak i z własnymi wyobrażeniami o nich. Przywołane odbicie wyprowadza widza ze strefy komfortu, podkreśla nie tyle jego obecność, ile bezpośrednie uwikłanie w dramat bohaterów.

„Tchnienie”, jak już wspomniałem, bawi i przeraża jednocześnie. Jest to pokaz, który niby pozwala się od siebie zdystansować, zapewnia chwilę wytchnienia, ale tak naprawdę uświadamia widzowi beznadziejność położenia, w jakim się znajduje. Nie chodzi wcale o przerażenie związane z niechybną katastrofą ekologiczną – to byłoby za proste. Przedstawienie opowiada historię bardziej złożoną. Jest to opowieść o naszym otoczeniu – pokoleniu Ikei, korposzczurach, bywalcach modnych kawiarni, czytelnikach, aktywistach, inteligentach, mieszkańcach dużych miast. Dramat Macmiliana dotyka wszystkich, atakując nie tylko bierność wobec przemian, za które odpowiadamy, lecz także ewentualne zaangażowanie. Oglądając gliwicki spektakl, łatwo zadać sobie pytanie: w jakim stopniu mój udział w walce przeciwko zmianom klimatycznym wynika z przekonania, konieczności działania, a na ile z mody? Czy ja, mieszkaniec dużej aglomeracji, rzeczywiście pomagam środowisku, pijąc wodę ze szklanej butelki, jednocześnie latając kilka razy w roku samolotem? Czy moje starania mają jakiekolwiek znaczenie? Czy nie jestem zaangażowany tylko po to, by podkreślać swoją niezgodę na degradację przyrody? Czy może chodzi mi o coś więcej? Czy jestem dobrym człowiekiem? Twórcy świetnie wystawionego angielskiego dramatu pokazują przede wszystkim, jak bezradni i powierzchowni jesteśmy. To teatr bez wątpienia ekologiczny, wychodzący naprzeciw społecznej debacie, zataczającej – na szczęście – coraz szersze kręgi.

Kamil Bujny
Teatr dla wszystkich
źródło