Filmowy spektakl czyli Najmrodzki – recenzja

Teatr Miejski w Gliwicach w najnowszym spektaklu postanowił sięgnąć do swoich lokalnych legend i przywołał na scenie postać Zdzisława Najmrodzkiego czyli „króla złodziei”, „mistrza ucieczek” jak określały go swego czasu media. Otóż Zdzisław Najmrodzki żył i ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości w Gliwicach. Na przestrzeni lat ’70 i ’80 przewodniczył gangowi, który trudnił się okradaniem luksusowych sklepów jakimi były Pewexy oraz kradzieżą samochodów marki Polonez (kradli samochody wyłącznie tej marki). Wielokrotnie uciekał z rąk policjantów, z konwojów, a nawet brawurowo, bo przez podkop, wydostał się z gliwickiego aresztu. Uwielbiał wystawne życie, szybką jazdę samochodem oraz kobiety. Można więc powiedzieć, że uosabiał zachodni, wolnościowy, pełen kolorytu styl życia, który był tak pożądany w czasach szaro-burego PRL-u.

Życiorys Najmrodzkiego, a dokładniej – to co o nim wiadomo, idealnie pasuje do stworzenia sensacyjnego filmu o gliwickim półświatku. Michał Siegoczyński podjął się wyzwania przeniesienia legendy tej postaci na deski sceny teatralnej i zrobił to w naprawdę wyśmienitym, bo filmowym stylu! Spektakl swoim wykonaniem nawiązuje do stylu w jakim tworzone są filmy – sposób zawiązywania fabuły, akcji, żywo przypomina miks filmów Quentina Tarantino i Guy’a Ritchiego z domieszką (miejscami bardzo absurdalnego) humoru jaki kojarzy mi się z filmami w których występował Leslie Nielsen. Od Tarantino zostały wzięte doskonale zarysowane postaci główne i postaci poboczne oraz pewien sensacyjny dryg, który wykorzystuje po swojemu dobrze nam znane motywy z filmów sensacyjnych o świecie przestępczym, mafii. Z kolei od Ritchiego zostało żywcem wzięte zaburzenie chronologii, wtrącenia, odwracanie akcji i pokazywanie tego samego wydarzenia z zupełnie innej perspektywy. Taki miks ogląda się wyśmienicie i naprawdę pasuje do prezentowanej historii. W jednym momencie jesteśmy zaciekawienia co też wydarzy się dalej, po chwili wybuchamy śmiechem żeby znów popaść w zadumę, a wszystko to obleczone jest PRL-owskim sznytem.

TMG_Najmrodzki_rez._Michal_Siegoczynski_fot._Michal_Ramus-26
Co ciekawe to od samego początku postać Najmrodzkiego burzy czwartą ścianę i przemawia wprost do widzów, do tego jest on jednocześnie sobą, Najmrodzkim z lat swego życia, ale też jest sobą w roli wszechwiedzącego narratora i bardzo płynnie przechodzi z jednej roli w drugą. Tak naprawdę to on sam opowiada widzom o swoich losach, swoich przygodach, a robi to w bardzo luźnym stylu. Bo właśnie sposób opowiadania wygląda tak jakby nasz narrator dosiadł się w barze do zupełnie obcej osoby i zaczął jej opowiadać niesamowicie ciekawą anegdotę ze swojego i robił to w tak fascynujący sposób, że nie można się od niej oderwać i chcemy tę opowieść wysłuchać do samego końca. Taki styl narracji od razu skojarzył mi się z filmem „Przekręt” Guy’a Ritchiego. Filmowość przedstawienia podkreśla też samo wykorzystanie kamery w toku fabuły. Niby widzowie widzą wszystko na scenie, ale nad sceną wisi olbrzymi ekran, na którym widać to co właśnie tu i teraz, na żywo, jest filmowane w teatrze, co zupełnie zmienia perspektywę odbioru danego zdarzenia. Kamera najczęściej pokazuje wszystko z bliska, jasno wskazuje widzom na co powinni zwrócić uwagę, co jest w danym momencie ważne. A dodatkowo kamera pozwala tak operować ujęciem, że zwykły rekwizyt teatralny (tutaj: filmowy) wydaje nam się czymś innym niż jest w rzeczywistości, niż widać go na scenie (np. rowerek stacjonarny staje się najprawdziwszym rowerem). I co ciekawe, wykorzystanie kamery pozwala też skorzystać w spektaklu z efektu specjalnego tzw. greenscreen-u, czyli nałożenie innego tła (niż jest w rzeczywistości) w filmie wyświetlanym na żywo.

Postaci na scenie to temat niemal na osobny wątek do opowiedzenia. Owszem, Najmrodzki jest centralną postacią, która wszystko spaja, wokół której kręci się cała fabuła i która jest też narratorem historii, ale w tym spektaklu także postaci poboczne są na swój sposób ważne, dopełniają historię i wypadają po prostu genialnie! Na scenie widzimy niby tylko 9 osób, ale praktycznie każdy, oprócz Mariusza Ostrowskiego (Najmrodzki) i Aleksandry Maj (matka Najmrodzkiego) odgrywa po kilka postaci, przez co można mieć wrażenie, że aktorów występujących na scenie jest dużo więcej. Od Mariusza grającego główną postać aż bije pewność siebie, jego Najmrodzki jest draniem ale takim którego nie sposób nie lubić. Jego matka w wykonaniu Aleksandry jest prawdziwą matką polką, która całym swoim sercem, bezinteresownie kocha swoje dziecko i która stara się z całych sił racjonalnie tłumaczyć jego przestępcze działanie. Jedna z kochanek Najmrodzkiego czyli Grażyna odgrywana przez Dominikę Majewską żywo przypomina swoim zachowaniem Ryszardę, żonę Siary z kultowego filmu „Kiler” Juliusza Machulskiego. Gangster Marchewa w wykonaniu Przemysława Chojęty to nieprzewidywalny świr zdolny do wszystkiego na miarę Jokera z „Mrocznego Rycerza” Christophera Nolana. Policyjny duet Kondora (Krzysztof Prałat) i Sewera (Mariusz Galilejczyk) to jeden z ciekawszych duetów tego typu jakie widywałem, obaj skorumpowaniu i szaleni, bo nie sposób nie zauważyć, że pewne szaleństwo wprost wylewało się ich aparycji za każdym razem gdy pojawiali się na scenie. Karolina Olga Burek odegrała m.in. Jadzię, byłą żonę Najmrodzkiego, która zupełnie do niego nie pasowała, już samym swoim zachowaniem pokazane było, że jest z zupełnie innej bajki. Pojawia się jeszcze Tola, którą odgrywa Izabela Baran, czyli kolejna z licznych kochanek Najmrodzkiego, protegowana gangstera Marchewy, studentka. I jeszcze Michał Wolny, który wcielił się np. w młodego, raczkującego aktora, który dostał (dzisiaj) szansę odegrania w filmie postać Zbigniewa Najmrodzkiego. To co zostało wymienione to zaledwie garstka z postaci, które przewijają się na scenie, bo pojawiają się też m.in. Lech Wałęsa, Robert de Niro, Tadeusz Różewicz, Józef Glemp, Pierwszy Sekretarz Partii, hipisi którzy swego czasu zamieszkiwali Gliwice… Jedne postaci są na scenie dłużej, inne przewijają się tylko przez chwilę, ale naprawdę widać, że aktorzy włożyli całe serce w odegranie każdej z postaci i wszyscy mają w sobie to coś dzięki czemu nie przemykają niezauważeni przez całą prezentowaną historię.

Trzeba też przyznać, że spektakl do krótkich nie należy, bo trwa przeszło 3 godziny (z dwoma przerwa w trakcie). Ale fabuła którą się ogląda na scenie tak wciąga, że nie czuje się upływającego czasu, nie zanudza, nie ciągnie się, co na pewno jest bardzo dużym osiągnięciem. Bo nie jest łatwym takie rozłożenie akcentów w tak długim spektaklu żeby trzymać widza w zaciekawieniu do samego końca. Za co trzeba po prostu bić wielkie brawa dla wszystkich osób zaangażowanych w realizację filmowej sztuki jaką jest „Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach”.

Podsumowując więc zdecydowanie warto wybrać się na ten spektakl żeby zobaczyć coś filmowego na deskach teatru i naprawdę dobrze się bawić oglądając opowieść o Gliwickim „królu złodziei”.

Tomasz Sknadaj, grudzień 2018r.
Teraz Teatr (źródło)