Jak Zdzisio komunizm sobie okradał, a potem Teatr Miejski zdobył – recenzja

Takie to były „wesołe” czasy. Bohaterem PRL mógł zostać rzezimieszek. Teraz zagarnął sobie scenę. I wszystko wskazuje na to, że stał się gwiazdą hitu Teatru Miejskiego w Gliwicach.

Gliwice wątpliwości nie mają: na elewacji bloku, w którym mieszkał bohater przedstawienia „Naj­mrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach” widnieje napis: „Zdzis­ław Najmrodzki lokalny bochater”. Scenariusz napisał i wyreżyserował Michał Siegoczyński, a zdając sobie sprawę, iż sztuka miejska, mocno ulokowana w danej rzeczywistości i społeczności, to samograj, zbudował swą opowieść z licznych scen, elementów, przywołań, odniesień, przenikania się historii z teraźniejszością. Tak wielu, że miejscami szwy pękają, narracja traci werwę, a całość krzyczy o skróty. Cięcia, niekoniecznie bandyckim nożem, zdają się być pożądane. Przedstawienie zyskałoby na potoczystości, klarowności i ekspresji. A na pewno udałoby się zniwelować poczucie, iż „Najmrodzki” to spektakl nierówny, gdzie sekwencje efektowne, pomysłowe, dowcipne, pełne emocji teatralnej wieloznaczności, sąsiadują z nieprzepracowanymi, niepewnymi, z wysiłkiem „poszukującymi” pomysłu na rozwiązanie lub „doklejenie” do reszty.

Żywioł pozostawiony przez autora scenariusza, pierwszorzędnie porządkują i organizują, dodając przy tym nowe sensy, realizowane na żywo przy użyciu kamery projekcje wideo. Przekształcając optykę wydarzeń, które jednocześnie oglądamy na scenie i na ekranie powodują, iż inaczej widzimy to, co zdaje się oczywiste. A zmiana perspektywy to przecież także początek wydawania mniej radykalnych sądów. Filmowa stylizacja teatralnego widowiska podkreśla potencjał historii o PRL-owskim gangsterze z całą gamą celnych i zabawnych porównań z kinem Sergio Leone, Martina Scorsese czy Quentina Tarantino.

Z fantastyczną energią ożywili opowieść o Najmrodzkim aktorzy. Wcielający się w tytułową rolę Mariusz Ostrowski (z Teatru „Jaracza” w Łodzi) ogrywa swoją postać na wszystkie strony, obdarzając zawadiackim wdziękiem, ale i niepokojącymi nutami czy ujmującą tęsknotą za uczuciem i rodziną (z klasą przy tym śpiewając). Imponuje plastycznością przemian i oddawaniem charakteru postaci jednym gestem czy grymasem Dominika Majewska. Bawi parodystycznym talentem i żywiołowością Krzysztof Prałat, kawał aktorstwa zostawiają na scenie Przemysław Chojęta i Aleksandra Maj. Wszyscy potrafią spleść się w świetnie uzupełniającą się aktorską strukturę. Dodajmy do tego wielowymiarową scenografię Katarzyny Sankowskiej, wyciekające z każdego kąta wspomnienia i zawartą w przedstawieniu autoironię, a także wydobywanie z widowni różnorodnej reakcji. Teatr w Gliwicach wyprodukował sobie spektakl, który może długo żyć.

 

Dariusz Pawłowski
Dziennik Łódzki, 13.12.2018