Kac Gliwice

Teatr Miejski w Gliwicach_ wieczór_kawalerskiO premierze spektaklu „Wieczór Kawalerski” w Teatrze Miejskim w Gliwicach pisze Tomasz Kisiel.

 

 

 

 

Kac. Uczucie, z którym niemal każdy dorosły człowiek spotkał się już kilkukrotnie. Głowa ciężka niczym kamień, irytująco głośny dźwięk rosnącej trawy, rozrywający wnętrzności ból przy każdym kroku i rozpaczliwe poszukiwanie czegokolwiek nadającego się do picia (najlepiej, gdy jest to woda, ale na dobrą sprawę cokolwiek bez alkoholu się nada). Kac będąc jednym z najstarszych uczuć towarzyszącym ludzkości stał się też bohaterem wielu dzieł kultury. I tak mamy Kac Vegas, kultową już trylogię (a przynajmniej o pierwszej części można mówić jak o kultowej), gdzie wieczór kawalerski kończy się kradzieżą tygrysa Mike’a Tysona lub polskiego potworka Kac Wawa, gdzie szczytem humoru było oddanie moczu pod palmę na rondzie De Gaulle’a przez postać, w którą wcielał się Borys Szyc. Wieczór Kawalerski, na którego premierze miałem okazję być 8 marca zręcznie lawiruje między prostym a wysublimowanym humorem tworząc naprawdę zabawną mieszankę.

Na premierę docieram wraz z moją osobą towarzyszącą o 18:20, 40 minut przed rozpoczęciem spektaklu. Teatr jest odpowiednio przygotowany. Świeczki zapachowe i kadzidełka wprowadzają w klimat. Oddaję płaszcze do szatni, korzystając z wolnego czasu kieruję się do teatralnego bufetu i kupuję dwa kieliszki wina. Jak wieczór kawalerski to wieczór kawalerski. Chwilę po tym, gdy skończyłem pić mój ulubiony napój z winogron (trochę droższy i lepszy niż zazwyczaj) słyszę pierwszy dzwonek, drzwi na salę otwierają się. Siadamy na naszych miejscach, przed zgaszeniem świateł upewniam się, że wyciszyłem telefon-wyciszyłem od razu, od razu po wejściu, ale muszę zawsze upewnić się dwa razy. Spektakl się rozpoczyna.

Dawno nie widziałem tak realnego oddania bycia na kacu jak miało to miejsce w pierwszych scenach Wieczoru Kawalerskiego. Główny bohater-Bill (w tej roli Mariusz Galilejczyk, który jest chyba moim ulubionym aktorem gliwickiego teatru) ma się ożenić. Problem w tym, że jest ledwo żywy po tytułowym wieczorze kawalerskim i nie pamięta co działo się poprzedniej nocy. Normalną sytuację psuje jednak jeden fakt, obok niego budzi się atrakcyjna kobieta. Kim jest, co łączy ją z głównym bohaterem i jak historia się potoczy dowiaduję się w ciągu kolejnych, niecałych dwóch godzin (z przerwą, podczas której został podany szampan i ciasteczka, które były bardzo smaczne). Oprócz głównego bohatera na scenie pojawi się też cała masa komicznie przerysowanych postaci. Jednym z ulubieńców publiczności wydawał się być drużba grany przez Macieja Piasnego, który stwarzał salwy śmiechu przez swoją nieporadność i jednolinijkowce godne bohatera filmów akcji z lat 80-tych. Drużynę głównych bohaterów dopełnia panna młoda, w którą wciela się Karolina Olga Burek. Postacie zagrane są naturalnie, widać, że aktorzy czują się dobrze na swoich miejscach i nie dali się stresowi pomimo premiery. Do części z nich widz czuje sympatię chwilę po poznaniu, a do innych musi się przekonać, ale miłym akcentem jest to, że brak tu postaci skrajnie negatywnych. Każdy ma swoje wady i zalety, a żadne z zachowań nie jest stricte piętnowane.
Kolejnym plusami są scenografia i kostiumy. Pomimo tego, że widz ogląda na dobrą sprawę dwa pomieszczenia umieszczenie dużej ilości rekwizytów sprawia, że jest to wystarczające. Kostiumy to po prostu sprawdzona weselna formuła, tutaj na pierwszy plan wysuwa się przepiękna i (mam nadzieję) celowo przesadzona suknia ślubna panny młodej, która może robić wrażenie.

Jestem fanem brytyjskiego humoru. Co prawda z twórczością Robina Hawdona spotkałem się po raz pierwszy podczas premiery spektaklu nie dziwię się dlaczego jest jednym z bardziej uznanych brytyjskich komediopisarzy. Pomimo tego, że bliżej mi do twórczości prezentowanej w Latającym Cyrku Monty Pythona i ich abstrakcyjnego humoru wiele żartów mnie rozśmieszyło. Spektakl sprawnie lawiruje między różnymi rodzajami żartu (między innymi bezpośrednim, niemal slapstickowym a tym wymagającym znajomości kontestu) przez co sprawia, że praktycznie każdy widz znajdzie przynajmniej kilka bawiących go gagów.

Przed premierą byłem nieco niepewny tym jak teatr znany z poważnych spektakli (fenomenalna Miłość w Leningradzie, dzięki której stałem się fanem zespołu Siergieja Sznurowa) poradzi sobie z komedią. Nie musiałem nawet czekać do końca, już wychodząc na przerwę wiedziałem, że jest bardzo dobrze.
Wieczór Kawalerski w reżyserii Giovanny’ego Castellanosa to świetna komedia, która powinna rozbawić każdego niezależnie od płci. Nigdy nie byłem na wieczorze kawalerskim, ale jeśli pokłosie każdego wygląda tak jak spektakl w gliwickim teatrze definitywnie muszę się niedługo na jakiś wybrać.

Tomasz Kisiel
Studenckie Studio Radiowe EGIDA
źródło