Każdy z nas prowadzi swoją kartotekę – recenzja spektaklu „Kartoteka”

Rok 2021 został ogłoszony Rokiem Tadeusza Różewicza, bowiem przypada w nim setna rocznica urodzin dramatopisarza, prozaika i jednego z najwybitniejszych poetów XX wieku. Teatr Miejski w Gliwicach uczcił ten jubileusz 9 października, prezentując Kartotekę w reżyserii Pawła Szkotaka.

Pozycję tę w roku, któremu patronuje Różewicz, wybrano nieprzypadkowo. Literat mieszkał bowiem przez niemal dwadzieścia lat (od 1949 do 1968 roku) w Gliwicach. Do miasta Horsta Bienka przywiodła go miłość do Wiesławy Kozłowskiej. Wstępując na wspólną drogę, zamieszkali przy ul. Zygmunta Starego 28. Tu tutaj na przełomie lat 1958/1959 powstała między innymi wspomniana Kartoteka. Różewicz związany był też z amatorskim Studenckim Teatrem Politechniki Śląskiej STEP, a w 1995 roku został Honorowym Obywatelem Gliwic. Jego nazwisko od 2016 roku miał też nosić gliwicki teatr, który jest najmłodszą z placówek kulturalnych na mapie Górnego Śląska. Jednocześnie jest to także najmłodszy teatr repertuarowy w Polsce. Powstał 13 października 2016 roku, z przekształcenia Gliwickiego Teatru Muzycznego. Początkowo planowano, że gliwicka scena będzie Teatrem im. Tadeusza Różewicza. Jak donosiły media, na tę nazwę nie zgodziła się wdowa po poecie. Pomimo tylu wzajemnych połączeń, Kartoteki do tej pory w Gliwicach nie zaprezentowano. Sobotnia premiera stanowiła pierwszą próbę zmierzenia się z tym dramatem w mieście, w którym dramat powstał.

Reżyserii podjął się Paweł Szkotak, założyciel alternatywnego Teatru Biuro Podróży, dyrektor Teatru Polskiego w Poznaniu (2003–2015), który wcześniej w gliwickich ruinach Teatru Victoria reżyserował Carmen Bizeta. Jest on nie tylko reżyserem, ale i psychologiem, a to istotne, jeśli chodzi o Kartotekę i materię, z którą przyszło się zmierzyć podczas konstrukcji scenicznych bohaterów. Szkotak postawił na minimalizm. Reżyser w swojej inscenizacji nie zdecydował się na uwspółcześnienie dramatu. Akcja osadzona jest w końcówce lat 50. ubiegłego wieku, a w dialogach pojawiają się odniesienia do II wojny światowej. Tekst spisany przez Różewicza został wypowiedziany bez zadęcia czy udziwnienia. Reżyserska wizja nie może jednak nie zawierać indywidualnego podpisu realizatora inscenizacji, ale o tym później.

Mężczyzna wyciąga ręce do kobiety. Za kobietą pod ścianą stoi dwóch mężczyzn.Kartoteka to dramaturgiczny odpowiednik strumienia świadomości. Wraz z rozpoczęciem spektaklu z pewną rezerwą stawiamy pierwsze kroki w świecie Bohatera, ze zdziwieniem przyglądając się postaci drzemiącej na olbrzymim łóżku. Z lekką dozą niepewności wkraczamy do strumienia akcji i po chwili, niesieni z prądem, zanurzamy się całkowicie w świecie, który, choć tak różny, zdaje się być jednak familiarny w stosunku do naszego… Płynąc z nurtem twórca złamał zasady linearności, zrezygnował z realizmu, stawiając na poetykę snu. I ta oniryczność w wykonaniu zespołu Teatru Miejskiego w Gliwicach jest dosłowna. Bohater śpi i śni. W sennych rojeniach spotyka rodziców, kochankę, sekretarkę z operetki, kolegę z podwórka czy podwładnego z wojska. Wrażenie upiorności potęguje mgła. Postaci żyjące mieszają się ze zmarłymi. Ramy czasowe zostały zatarte. Istnieje jedynie wieczne teraz, w którym wracają traumatyczne przeżycia. Gdy opadają powieki, Bohater ma – niczym powidoki – przed oczami wciąż postaci-wspomnienia, postaci-widma, które nie pozwalają mu zaznać spokoju. Wyrzuty sumienia? Niedokończone sprawy? Niewątpliwie. Bohater Kartoteki konfrontuje się ze swoimi traumami. Nie ma w nim jednak woli działania, dążenia do zmiany. Jest rozbity, roztrzaskany na kawałki niczym lustro. Zdaje się powoli podnosić z podłogi jego fragmenty, przeglądać w nich i przypominać przeszłe wydarzenia. Temu służą między innymi retrospekcje, pomagające w rachunku sumienia. Czy z tego starcia może wyjść obronną ręką? Niekoniecznie, w przeciwieństwie do zespołu gliwickiego teatru, który biorąc na warsztat kultową sztukę, musiał liczyć się z porównywaniem do poprzednich realizacji. Wszak Kartotekę reżyserowali m.in. tacy twórcy, jak Wanda Laskowska, Konrad Swinarski, Kazimierz Kutz czy Michał Zadara. Spektakl przeniesiono także na grunt telewizyjny i radiowy, za sprawą Swinarskiego i Krzysztofa Kieślowskiego (Teatr Telewizji) oraz Tomasza Mana i Janusza Kukuły (Teatr Polskiego Radia).

Bohater to typowy everyman. Nie ma znaków szczególnych, zasług ani przewin. Katalog (gastro)grzechów rozpoczyna kiełbasa zjedzona w Wielki Piątek, a wieńczy zabójstwo żołnierza, do którego miało dojść przypadkiem podczas czyszczenia broni. Kartkuje w głowie poszczególne stronice swojego życiorysu, a przed oczami wyobraźni pojawiają mu się kolejne postacie oraz wydarzenia z jego życia. Pojawiają się i znikają. Niczym miraże wyłaniają się z zakamarków umysłu, materializują się, by po chwili zniknąć. Bohater wchodzi z nimi w dialog, przypominając sobie kolejne wydarzenia ze swojego życia. Rozgrywające się sceny nie są ze sobą powiązane ciągiem logicznym. Mogą być to obrazy pojawiające się przed oczami Bohatera, który żegna się ze światem, pogrążając w majakach. Rozmyślania Bohatera przerywa chór gargantuicznych głów. Surrealizm w najczystszej postaci! Chór starców jest co prawda wpisany w didaskalia, aczkolwiek realizatorzy gliwickiej wersji zdecydowali się na pewne modyfikacje, dzięki którym stał się on bardziej atrakcyjny. Co więcej, wizerunki gipsowych postaci przypominają antycznych mędrców: Arystotelesa, Sokratesa i Platona. O domniemanej śmierci można wnioskować także po epizodzie z sukcesywnie pojawiającymi się grabarzami, którzy nadjeżdżają na rowerze, aby wziąć miarę na trumnę. Spektakl otwiera i zamyka scena z konduktem pogrzebowym, spinając całość klamrą kompozycyjną.

W postać głównego bohatera wcielił się Przemysław Chojęta. Powściągliwy w gestach, gra mimiką. Drobne westchnienie, grymas, spuszczenie wzroku… Jego bohater jest zagubiony, stłamszony, zrezygnowany, przygnieciony ciężarem życia. Wszystko to, co najważniejsze, Chojęta pokazuje oczami. Mistrzostwo. Świetnie zagrał też Łukasz Kucharzewski. Jako wojak Wrona – postać-wspomnienie – przypomina się swojemu zabójcy. Metodycznie wyjaśnia jego przewinę. Nie karci, a delikatnie napomina.Na boku łóżka siedzi skulony mężczyzna w piżamie. Z drugiej strony łóżka siedzi mężczyzna w mundurze, ma spuszczoną głowę.

Inni aktorzy? Tłusta kobieta w wersji gliwickiej przemieniła się w ponętną sąsiadkę, która niby to jest zła na podglądacza, ale zarazem zdaje się mieć wobec niego pewne plany i czeka na tête-à-tête. W tej roli wystąpiła Jolanta Olszewska, która w tym sezonie artystycznym dołączyła do obsady Teatru Miejskiego w Gliwicach. Kiedy wszystkie postaci pojawiające się na scenie rozliczają Bohatera z jego życia, jest jednak ktoś, kto zdaje się stawać w jego obronie. To Kobiecy głos spod kołdry, czyli Aleksandra Wojtysiak. Jest i świetna Karolina Olga Burek jako Olga (choć tym razem w marginalnej roli). Mariusz Galilejczyk z kolei wcielił się w postać kolegi ze szkolnej ławy oraz w górnika. Zwłaszcza w tej drugiej roli wypadł świetnie, mówiąc po śląsku. Błażej Wójcik zagrał dobrodusznego wuja, który pamiętając o rodzinie, odwiedza Bohatera po drodze z pielgrzymki.

Scenografia Damiana Styrny jest niemal przezroczysta. W centralnym punkcie sceny ulokowano olbrzymie łóżko, w tyle znajduje się biały fotel i równie biała lampa. Ścianę pokrywają wizualizacje przedstawiające puste ramy po zdjęciach. Tym razem scenografia okazuje się zupełnie niepotrzebna. Wystarczyłaby ascetyczna, pusta scena, a wydźwięk byłby ten sam. Owszem, dekoracje to estetyczne dopełnienie całości, ale cały ciężar spoczywa w Kartotece na aktorach. Spektakl rozgrywa się na scenie i jednocześnie w głowach widzów. Zespół gliwickiego teatru po raz kolejny udowodnił, że jest zgranym kolektywem. Nikt nie gra na siebie. Wszystko jest spójne i zespołowe.

Wypada powiedzieć słowo także o muzyce. Szczególnie udanym zabiegiem jest wprowadzenie motywu muzycznego towarzyszącego przyśpiewkom Chóru Starców. Całość przypomina dżingle z programów satyrycznych sprzed wielu dekad.

Gliwicki teatr galopuje od premiery do premiery. Repertuar pęka w szwach od nowych spektakli, a wszystkie – równie dopieszczone.

Kartoteka Różewicza stanowi przykład teatru absurdu. To kolaż nakładających się obrazów, mozaika stworzona z urywków wspomnień. To jedno z tych dzieł, które w pełni można zrozumieć dopiero, gdy ma się za sobą kilka stacji własnej drogi krzyżowej. Przekraczając teatralną bramę, logikę należy pozostawić za drzwiami. Widz przenosi się do świata, w którym porządek dyktuje groteska i parodia. Różewicz, znany z bacznej obserwacji, w swoim dramacie nakreślił wiele mikrobiogramów, portretując społeczeństwo. Tragizm przeplata się tutaj z komizmem, realizm z surrealizmem. A wszystko okraszone metateatralnym komentarzem. Absurd goni absurd. Tylko puenta, która przebrzmiewa pomiędzy pustymi rozmowami, jest gorzka. „Jak się żyje, to trzeba jeszcze grać. Trzeba prowadzić kartotekę” – mówi Bohater. Notujmy zatem każdą chwilę!

PRZEJDŹ DO STRONY SPEKTAKLU

Magdalena Mikrut-Majeranek

teatrologia.info

źródło