ŁUKASZ CZUJ: OGLĄDAM AKTORÓW TROCHĘ JAK W SERIALU

Teatr Miejski w Gliwicach_ Nowiny Gliwickie_fot_Michał Buksa

Marzy nam się, by za każdym razem, gdy widz wchodzi do teatru, na salę kameralną czy dużą scenę, nie wiedział, do jakiej historii go zaprosimy. Nie chodzi tylko o technikę, ale przede wszystkim o budowanie atrakcyjnych i różnorodnych opowieści teatralnych.

Z Łukaszem Czujem, zastępcą dyrektora ds. artystycznych Teatru Miejskiego w Gliwicach o tym, dlaczego teatr nie kończy się po pierwszym sezonie, klasyce i nowej fali, o aktywności zespołu i fascynacji Gliwicami, rozmawia Małgorzata Lichecka.

ML: Na bilbordach teatru miejskiego czytamy: „nie kończymy (się) po pierwszym sezonie”.

ŁC: Trochę to żart, trochę komentarz z przymrużeniem oka. Teatr miejski powstawał w bojach, wśród burz i huraganów. Pojawiło się wiele głosów wątpiących w powodzenie przedsięwzięcia, więc ten slogan wymyśliliśmy z przekory. Teatr Miejski w Gliwicach rozwija się i działa, wchodząc z impetem w drugi sezon.

Ten rok był bardzo intensywny w co najmniej dwóch płaszczyznach: pod względem premier i jeśli chodzi o budowę zespołu. Czy pan już wie, czego będzie się trzymał teatr w Gliwicach?

ŁC: Do dwóch wymienionych przez panią elementów dorzucę trzeci, nie mniej istotny, a może najważniejszy: dokonaliśmy intensywnej przebudowy infrastruktury teatralnej. Gliwicka scena była mało przyjazna działaniom teatru dramatycznego, bardzo kiepsko wyposażona w sprzęt akustyczny czy oświetleniowy. Dziś w gmachu przy Nowym Świecie dysponujemy dużą, znacząco przebudowaną sceną z nowym systemem ram oświetleniowych nad proscenium i widownią. Mamy już nowoczesne nagłośnienie, kończymy przemalowywanie części proscenium. Puszka sceniczna będzie czarna, co stwarza lepsze możliwości inscenizacyjne. Od lutego 2017 r. funkcjonuje Mała Scena i jest ona wielofunkcyjną przestrzenią, dobrze wyposażoną w światło i dźwięk. W wakacje zaadaptowaliśmy jedną z sal na Sceną Mikro, do projektów edukacyjnych przeznaczonych dla dzieci. 7 października planujemy na niej premierę dla najnajów, czyli najmłodszych. Jesienią otwieramy kawiarnię teatralną – będzie zupełnie inna. Skupiliśmy się na gmachu przy Nowym Świecie i tam też koncentrujemy nasze prezentacje, spektakle i wszelkie artystyczne działania.

ML: Czy Duża Scena będzie wykorzystywana w klasyczny sposób?

ŁC: Nie. Zaproponujemy widzom różne jej ustawienia. To, co pokazaliśmy w „Psim sercu”, jest wstępem do dalszych zmian. Taką mobilnością stwarzamy reżyserom różne możliwości inscenizacyjne, a widzom bardziej bezpośredni kontakt z aktorami.

ML: Teoretycznie jesteśmy w jednej przestrzeni, ale zaskakującej, więc się nie nudzimy.

ŁC: Marzy nam się, by za każdym razem, kiedy widz wchodzi do teatru, na Małą czy Dużą Scenę, nie wiedział, do jakiej historii go zaprosimy. Nie chodzi tylko o technikę, ale przede wszystkim o budowanie atrakcyjnych i różnorodnych opowieści teatralnych. Chcemy tworzyć narracje, mniej używając bardzo modnego w tej chwili zabiegu dekompozycji, a sięgając po klasyczne teksty, poddając je oczywiście różnego rodzaju interpretacjom. Albo, jak w przypadku „Nory”, podążając za literą tekstu i dokonując tylko niewielkich, subtelnych zabiegów adaptacyjnych. Tak, żeby pokazać, że tekst napisany nawet sto dwadzieścia lat temu, po drobnych korektach, jest wciąż bardzo aktualny i współcześnie brzmi równie mocno.

ML: A propos widza lubiącego nowości, wydaje się, że scena przy Nowym Świecie nabrała kształtu prawdziwego teatru. Mówiąc o linii programowej, wspomniał pan o klasyce, mam tu na myśli „Norę”. W 2016 r. powstała pewna koncepcja pracy tej sceny, ale dziś może już pan powiedzieć, jaką ścieżkę teatralną wybierze i czy Teatr Miejski w Gliwicach stanie się typową sceną dramatyczną?

ŁC: Nawiązując do naszej rozmowy sprzed roku, jedno pozostaje niezmienne: staramy się bazować na dobrej literaturze. Można to nazwać klasyką albo dobrze opowiedzianą historią, stanowiącą atrakcyjny materiał wyjściowy dla reżyserów. Oprócz Bułhakowa czy Ibsena pojawili się na gliwickich deskach także Lem i Janosch. I tego będziemy się trzymać, a nasz wybór dobrze widać w najbliższych, wrześniowo- październikowych, premierach. Myślę o „Ich czworo. Reality show” Zapolskiej, tu akurat poddanej znaczącym zabiegom interpretacyjnym, czy spektaklu w mojej reżyserii, będącym koprodukcją z legnickim Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej, inspirowanym tekstami Bohumila Hrabala i Jaroslava Haska. Więc klasyka. Polska i zagraniczna. Zależy mi na tym, by w późniejszym okresie pojawiły się produkcje związane ze współczesną prozą. Jesteśmy po pierwszym półroczu tworzenia własnego repertuaru i wyrazisty klasyczny szkielet chcemy obudować realizacjami z pogranicza eksperymentu. Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną istotną kwestię: w teatrze nie da się uciec od przeszłości, a sceniczne rzeczywistości dzieją się w określonym czasie i miejscu. Nie oszukujmy się, teatr w Gliwicach przez zainteresowanie operetką czy operą był odwrócony od miasta, nie ciekawiła go historia, nie stawiał też ważnych pytań o tożsamość. Gliwice są bardzo charakterystycznym i specyficznym miastem. Porównałbym je do Legnicy, którą miałem okazję obserwować: mamy niemiecką przeszłość, którą, po 1945 roku, zastępuje polska rzeczywistość. Jacek Głomb, szef legnickiego teatru w znakomity sposób przeprowadza lekcję historii miasta i odkrywania jego przeszłości. Odbyło się to z obopólną korzyścią – dla teatru, który bardzo mocno zakorzenił się w lokalnej przestrzeni i widzów, mieszkańców, którzy nagle odkrywali nieznane lądy. Wydaje się to istotne i chcę, aby elementy dotykające tematyki lokalnej pojawiały w Gliwicach, które słyną ze wspaniałych literackich tekstów Juliana Kornhausera czy Adama Zagajewskiego. Autorów, którzy zaczęli w tu swoją historię literacką i życiową.

ML: Horst Bienek, Tadeusz Różewicz….

ŁC: Mamy bogatą listę nazwisk i jednocześnie niesłuchanie frapujących świadectw literackich. Ale chcemy wejść w przestrzeń pozostającą wciąż ziemią niczyją, w projekt badawczy dotyczący Gliwic, i zaprosić tu reżyserów, scenarzystów, którzy pogrzebią w miejskiej historii.

ML: Taka artystyczna rezydencja?

ŁC: Trochę tak, choć obliczona na kilka lat. Jestem zafascynowany Gliwicami, gdzie z jednej strony mamy fantastyczną historię nowych narodzin miasta po 1945 roku, przyjazdu Kresowian, wymiany ludności, z drugiej – współistnienia z niemieckimi pozostałościami, choćby w architekturze. W moim rodzinnym Krakowie wygląda to zupełnie inaczej: ciągłość historyczna jest naturalna. Tymczasem w Gliwicach została zerwana i gdzieś obok kręcą się duchy miasta. Jednocześnie ma ono historię zapisaną w architekturze, układzie urbanistycznym czy przedwojennym powojennym życiu teatralnym, począwszy od teatru Victoria, na Operetce Śląskiej skończywszy. Projekty, które zamierzamy realizować w związku z tematyką tożsamościową, będą miały finał w Ruinach, wiosną 2018 r. Scena przy Nowym Świecie jest klasyczna, ze wszystkimi ograniczeniami. Nie projektowano jej dla teatru, stąd kłopoty wynikające na przykład z rozplanowaniem widowni: siedzimy poniżej sceny i mamy złą perspektywę oglądania aktora co, w przypadku spektakli psychologicznych, opartych na niuansach aktorskiej gry, straszliwie męczy. Taki układ nie przeszkadzał, gdy na scenie było sześćdziesięciu czy osiemdziesięciu tancerzy. W teatrze, który budujemy, opartym na aktorze, dialogu, emocji, musimy mieć inne warunki techniczne.

ML: Nowy sezon otwiera „Nora” i „Ich czworo”. Czyli klasyka, klasyka.

ŁC: Premiera „Nory” miała miejsce we wrześniu i widzowie zobaczyli niewiele spektakli. Dajemy im ponowną okazję. A 22 września na Dużej Scenie premiera „Ich czworo. Reality show”. Gabriela Zapolska jest dla nas wyzwaniem i nie przypadkiem przychodzi zaraz po Ibsenie. Dwa teksty powstałe w podobnym okresie. Można nawet powiedzieć, że Zapolska inspirowała się Ibsenem. Oba pokazują historię dramatu małżeńskiego, jednak z różnych perspektyw. W przypadku Zapolskiej – tragifarsowym, nieco przekręconym. Wspólnie z reżyserką, Julią Mark, zdecydowaliśmy się na trochę więcej niż tylko wystawienie sztuki. Poszliśmy krok dalej, próbując dociec, na ile Zapolska może stać się tworzywem dla współczesnego teatru. Umieściliśmy bohaterów w bardzo specyficznej ramie – w telewizyjnym show. Tekst Zapolskiej nosi podtytuł „tragedia głupich ludzi” i właśnie „Głupi ludzie” to nazwa show. Przy użyciu klasycznego tekstu opowiadamy historię w dwóch planach, a spektakl będzie nawiązywał klimatem do filmów Davida Lyncha. Scenografię zaprojektowała dla nas Agata Skwarczyńska, ostatnio gorące nazwisko. Latem tego roku odebrała Grand Prix na Biennale Scenografii w Tai Pei.

ML: Widziałam plakat. Będzie „na bogato”, z dużą ilością złota.

ŁC: Dla wielu ludzi chęć zostania bohaterem telewizyjnego show jest marzeniem o świecie ekskluzywnym, bogactwie, przepychu, w tle zawsze majaczy wielka nagroda. Ale jednocześnie perspektywa telewizyjnego show zmusza do łamania zasad i przekraczania barier. Aby osiągnąć nagrodę, są w stanie poświęcić bardzo wiele. Główna bohaterka „Ich czworga”, żona i matka, zgłasza się do telewizji, próbując naprawić relacje małżeńskie. Producenci obiecują jej cudowną terapię, ale Anna trafia w pułapkę, zaś uruchomiony proces manipulacji prowadzi do ryzykowanych wyborów, grożących destrukcją małżeństwa, lecz jednocześnie obnażających, kim kto naprawdę jest.

ML: Dziesięcioosobowy zespół Teatru Miejskiego w Gliwicach w zasadzie cały czas się dociera.

ŁC: Od początku z pełną premedytacją zakładaliśmy, że będzie różnorodny. I bardzo młody. Zależy mi na tym, by w każdej sztuce aktorzy mierzyli się z innym typem ról. Nasz zespół jest również nieustająco konfrontowany z artystami gościnnymi. Żeby nie popaść w rutynę, bo aktor ma często skłonności do poszukiwania bezpiecznej przestrzeni. Jeżeli jesteśmy jedynym teatrem w mieście, nasze spektakle muszą za każdym razem zaskakiwać wyborem repertuarowym lub przyjętą konwencją. Będę zachęcał publiczność do obejrzenia „Nory” i „Ich czworo. Reality show” w krótkich odstępach czasu, by uzmysłowić różne sposoby odczytania klasycznego tekstu. Innym rodzajem doświadczenia jest dla czworga aktorów TM wizyta w Legnicy i udział w spektaklu „Lekcja tańca w Zakładzie Weselno – Pogrzebowym Pana Bamby”.To szansa bardzo szybkiego przetarcia się w kontakcie z inną szkołą teatralnego myślenia. Legnica jest dla mnie wzorem: teatr miejski z niedużym zespołem, bardzo elastycznym, niebojącym się eksperymentów, trudnej pracy i wyzwań. Ważną inspiracją był dla mnie Teatr Współczesny we Wrocławiu, za dyrekcji Krystyny Meissner. Bardzo markowa scena, budowana w oparciu o różnorodny repertuar i ścieranie się estetyk reżyserskich.

ML: Pierwszą premierę – „Dom Spokojnej Młodości” – przyjęto różnie. Jedni mówili, że płytka i infantylna, drudzy, że nareszcie coś świeżego i teatralnego. Dwa spektakle dziecięce doskonale zrealizowane, szczególnie „Ach, jak cudowna jest Panama”. „Psie serce”, o którym pisano „nareszcie prawdziwy teatr”, popchnęło gliwicką scenę na nowy tor. Pojawiła się zupełnie nowa publiczność, która wcześniej na Nowy Świat nie chadzała.

ŁC: Patrzę na to z nieco innej perspektywy niż pani, bo mam wyobrażenie, co będzie dalej. Założyliśmy sobie, że widz powoli odkryje nasz teatr. Za każdym razem dodajemy do układanki pewien element, a budowanie wizerunku i programu trwa. Wspomniała pani o pojawieniu się nowej publiczności. Rzecz dla nas niebagatelna – mieć swojego widza, który przyjdzie nie okazjonalnie, lecz się z nami zaprzyjaźni. Bo wtedy dostrzeże zamysł, związany na przykład z obsadą poszczególnych aktorów. Zobaczy Mariusza Galilejczyka w „Domu Spokojnej Młodości”, potem w „Psim sercu” a jeszcze potem w „Norze”. Te „przeskoki” dotyczą wszystkich aktorów. Mam z tego frajdę, bo oglądam ich na scenie trochę jak w serialu, z odcinka na odcinek. Szukamy widza ciekawego propozycji teatru miejskiego i spektakli gościnnych, choć te, siłą rzeczy, pojawią się rzadziej, gdyż mamy już własny repertuar.

ML: Czy zespół aktorski nie jest zawiedziony zdystansowaną postawą publiczności?

ŁC: Wszyscy mieli świadomość, że zdobywanie zaufania widza, przekonanie go i nauczenie innego języka teatralnego, to proces. Nie da się tego dokonać w ciągu roku. My nie mieliśmy nawet takiego czasu i dużo szybciej oczekiwano od nas efektu. Myślę, że jeśli robi się teatr w sposób uczciwy, za każdym razem traktując widza jako partnera, a nie tylko dostarczyciela pieniędzy do kasy, wtedy się udaje. „Dom Spokojnej Młodości” można oceniać różnie, ale dla mnie najważniejszym celem spektaklu było poznanie się zespołu. Ci ludzie pierwszy raz się spotkali i bardzo dużo czasu oraz energii poświęciliśmy na zgranie się i zestrojenie. Ten moment mamy za sobą, wszyscy coś o sobie wiemy i nie można się zatrzymać.

źródło: http://www.nowiny.gliwice.pl/lukasz-czuj-ogladam-aktorow-troche-jak-w-serialu