Matka (nie) odchodzi

Dawno w Teatrze Miejskim w Gliwicach nie było tak intymnego spektaklu. „Powrót” w reżyserii Michała Zdunika to przedstawienie rozpisane na trzech aktorów, wystawione na małej scenie. Oszczędna scenografia, prosty tekst pozbawiony ozdobników i zorganizowanie całego scenicznego świata wokół dialogów. Czy to wystarczyło, by przekonująco opowiedzieć o rodzinnej tragedii?

Bohaterom spektaklu przydarzyła się śmierć – nagła, dramatyczna, wywracająca ich dotychczasowe życie do góry nogami. Śmierć matki. Wprawdzie ich relacje z rodzicielką nie były dobre (a przynajmniej – jednoznacznie dobre), to jej odejście sporo zmieniło. Syn, aspirujący aktor, wraca do domu, choć tam, gdzie żyje, czekają na niego castingi i nowe role. Córka, mieszkanka dużego miasta, musi na jakiś czas zarzucić konferencje, biznesowe spotkania i ASAPy, by pomóc w organizacji pogrzebu. Druga córka, która przez cały czas była przy matce, wydaje się ze śmiercią najbardziej pogodzona – dzięki niej uzyska wreszcie wolność. O ile wszystkich bohaterów łączy wspólne przeżycie utraty rodzica, o tyle każdy z nich zupełnie inaczej je postrzega. Konieczność przepracowania tego doświadczenia zmusza ich do próby odpowiedzenia na dwa pytania: „czy byłem/byłam dobrym dzieckiem?” i „czy miałem/miałam dobrą matkę?”. Te przyczynki do refleksji stają się źródłem konfliktu: najpierw emocjonalnego, wewnętrznego, a potem zewnętrznego, rozgrywającego się między rodzeństwem.

Aktorzy na scenie w spektaklu "Powrót" . Trójka dorosłego rodzeństwa rozmawia.
Aktorzy na scenie w spektaklu „Powrót” . Trójka dorosłego rodzeństwa rozmawia.

Gliwicki spektakl, choć powinien widza ujmować emocjonalnie, taki też – jak mniemam – jest jego cel, okazuje się nie dość przekonujący, przez co w rezultacie – zupełnie nieabsorbujący. Wydaje się, że powodów tej sytuacji można wymienić kilka, z czego najważniejszy jest sam scenariusz: przewidywalny, pełen klisz i uogólnień. Jasne, strata matki na jakimś poziomie jawi się jako doświadczenie uniwersalne, być może wszyscy przeżywamy je podobnie, jednak bynajmniej nie jest to sytuacja schematyczna, realizująca się za każdy razem w ten sam sposób. A takie wrażenie, niestety, można odnieść, oglądając „Powrót”. Sytuacja wyjściowa, odejście rodzica, dała twórcom wiele możliwości, choćby w kreśleniu portretów psychologicznych postaci, jednak Zdunik zupełnie z nich nie korzysta. Co więcej, można odnieść wrażenie, że nawet ich nie dostrzega. W jego realizacji wszystko prowadzone jest tak, jak można by przed wejściem na salę teatralną założyć. I nie chodzi wcale o optymistyczne oczekiwania. Przedstawiony w pokazie problem, czyli rozdźwięk w postrzeganiu matki między rodzeństwem, zaczyna przybierać w pewnym momencie kształt dramatycznego wątku z niskobudżetowego serialu: na pierwszy plan wysuwają się sentymentalne reminiscencje z przeszłości, każdy z bohaterów czuje się w jakiś sposób pokrzywdzony, a clou konfliktu staje się próba wskazania osoby, która była przez matkę najbardziej faworyzowana. Żadne z rodzeństwa nie czuje się należycie docenione – córka, która została w domu rodzinnym, twierdzi, że matka zupełnie jej nie dostrzegała, a to ona poświęcała jej najwięcej czasu; syn jest przekonany, że to siostry były najbardziej kochane; druga córka z kolei jest pewna, że to brat, rodzynek, był zawsze w centrum uwagi. Za każdą z tych perspektyw stoją konkretne racje, choć żadna z nich nie mówi niczego ani o postaciach, ani o przedstawionej rodzinie. W rezultacie żaden z bohaterów nie wydaje się autentyczny. Przyczynia się do tego również sam pomysł na ich biografie i osobowości – każda z postaci stanowi bowiem ucieleśnienie społecznych wyobrażeń o określonych zawodach lub statusach społecznych. Mamy zatem na scenie córkę-karierowiczkę, która nawet w obliczu pogrzebu nie może przestać pracować, bo wciąż musi sprawdzać pocztę korporacyjną i odpisywać na maile. Jej brat, początkujący aktor, nie ma – jak to na stereotypowego aktora przystało – pieniędzy, wydaje się lekkomyślny, a do tego – jak to artysta – sięga po używki. I wreszcie, jakżeby inaczej, pojawia się córka-kura domowa, która nie zrobiła żadnej kariery, bo zajmowała się matką. Wszyscy bohaterowie wydają się żywcem wyjęci z przestrzeni zbiorowego, społecznego imaginarium, do którego nieświadomie sięgamy, by opisywać nieznane nam osoby przez pryzmat ich zawodów. Reżyser w żaden sposób nie ogrywa tej schematyczności, nie próbuje powiedzieć: „hej, spójrzcie, moi bohaterowie są zupełnie inni, niż wam się wydaje”, nie traktuje ich powierzchowności jako rodzaju pancerza, za którym skrywa się cierpienie, niepewność czy poczucie niedocenienia. Wszystkie trzy role wpisane są w stereotyp, a postaciom pozwala się na bycie takimi, za jakich widz od początku je bierze. Trudno więc mówić o tym, że podczas oglądania wierzy się w sceniczną opowieść – jest ona bowiem do tego stopnia schematyczna i przewidywalna, że w pewnym momencie zaczynamy ją postrzegać nie tylko jako nieprzekonującą, ale również jako przedramatyzowaną i dystansującą się od prawdziwego doświadczenia śmierci. „Powrót” nie przynosi w związku z tym żadnych nowych intuicji w mówienie o relacjach w rodzinie, nie próbuje podejmować doświadczenia utraty rodzica w sposób właściwy tylko sobie. Spektakl zbudowany jest na kliszach i ogólnikach, żadna z postaci nie ma przez to zindywidualizowanej natury.

To, co mogłoby być dla widza interesujące, a przy tym poszerzające jego wiedzę o bohaterach i ich przeżyciach, zostało przez reżysera zupełnie pominięte – myślę o kwestii nieobecności. Choć matka odeszła, umarła, nie ma jej, to okazuje się, że wciąż jest, że wraca – w opowieściach czy wspomnieniach. Nie mam w tym wypadku na myśli wyłącznie żałobnego idealizowania nieobecnej czy pogrążania się w tęsknocie. Chodzi mi raczej o snucie alternatywnych przebiegów zdarzeń, o zastanawianie się nad tym, kim by się było, gdyby na konkretnym etapie życia postąpiłoby się inaczej – choćby wobec rodziców. Tytułowe powroty są więc ujęte w gliwickiej prezentacji bardzo szeroko – nie tylko jako powrót do domu czy do dzieciństwa, ale również do samego siebie sprzed wielu lat. Te wątki potraktowane są jednak dość powierzchownie, a na pierwszy plan zostaje wysunięty zupełnie nieciekawy konflikt (interesów?) między rodzeństwem, związany z próbą wskazania osoby, która była przez matkę najbardziej faworyzowana.

 

Kamil Bujny

teatrdlawszystkich.eu

źródło