Miłość w Leningradzie: szykujcie się na ostrą, rockową balangę i… kaca RECENZJA

Wybieracie się na „Miłość w Leningradzie”? Szykujcie się na wieczór w nocnym klubie, wódę, życie z drugiego obiegu. I kawał ostrej, rockowej muzyki. Tak skarży się (a raczej – bez pardonu wykrzykuje światu w twarz) swoje troski w XXI wieku rosyjska dusza. Jej głosem był kultowy zespół Leningrad, a jego piosenki – krzyczą w Gliwicach.

Teatr Miejski w Gliwicach_ Miłość w Leningradzie__Foto_Michał Ramus

 

 

 

 

 

 

 

„Miłość w Leningradzie”, przypomnijmy, otworzyła we wrześniu nowy sezon w Teatrze Miejskim w Gliwicach. Reżyser Łukasz Czuj funduje widzowi przejażdżkę rollercoasterem: spektakl wbija w fotel zaskoczoną publiczność od pierwszego numeru – by z miękkiego siedziska człowieka swoją energią wyrywać.

– Miejsce akcji – klub „Lyubov” (czyli miłość) z Sankt Petersburga, zaludniają postaci wyłażące z głowy „Sznura” (znakomitego wokalistę i aktora Mariusza Kiljana – gościnnie na gliwickiej scenie – dop. red.) – poety, muzyka, artysty, dla którego codzienne imprezy, jazda na krawędzi, są sposobem na ucieczkę przed piekłem, które czai się na dnie wyobraźni – opisują realizatorzy.

Ta rockowa historia jest luzacko-gorzko-pijana. Wali muzyka (na scenie rockowa kapela na żywo – zespół pod kierownictwem Remigiusza Hadki), snują się dziewczyny, szukają wrażeń jakieś typy, wylewają się przekleństwa, śmierdzi papierosami, wódką, seksem i Bóg wiedzieć raczy – czym jeszcze.

Pod fasadą niekończącej się, zakrapianej imprezy – rosyjska rzeczywistość. Przerysowana, jak makijaż i błyszcząca złotem suknia moskiewskiej nuworyszki, która przypadkiem zagląda do leningradzkiego baru – a tu nie ma „szampanskoje”, tu się wódę pije. A więc szara, zwyczajna rzeczywistość: taka, że tylko pić. Na „Miłość w Leningradzie” składa się trzydzieści mocnych, rockowych kawałków – pozornie nie związanych z sobą. A jednak jeden utwór komentuje drugi, uzupełnia, dopowiada i buduje soczyste postaci.

Czuj sięgnął po repertuar rosyjskiego zespołu Leningrad, który porównywany jest – jak przywołują realizatorzy – do naszego rodzimego Kultu. Ska, punk, piosenka aktorska, poezja śpiewana, poezja wykrzyczana – zespół komentował tamtejsze realia, rozprawiając się z rosyjską rzeczywistością, nie żałując ostrych i bezpośrednich tekstów – i teksty stały się kultowe.

Ich autorem jest Siergiej Sznurow (lider grupy Leningrad i pierwowzór głównego bohatera Sznura). Soczyście i naturalnie oddają klimat – tak brzmią te teksty w tłumaczeniach Michała Chludzińskiego.

Każda piosenka w gliwickim spektaklu – to… mikrospektakl, każda z dobrą kreacją aktorską i wokalną. Każda postać, która pojawia się na scenie, jest na miejscu i uwodzi na swój sposób publiczność – to postaci wyraziste, autentyczne. Każdy ma swoją historię.

Mariusz Kiljan – w roli głównego bohatera Sznura – zszargany imprezą, dochodzący do siebie pod czerwono-biało-niebieskimi (jak barwy rosyjskiej flagi) kroplówkami: obłędny, w doskonałej interakcji z publicznością. Z sarkazmem, ironią, refleksją. Gorzką i dotkliwą, jak potężny kac.

Tomasz Mars – przyciąga, wyrazisty, rosyjski elegant nowych czasów – jak na przeciwnym biegunie życia, jeszcze w szalonym biegu, zabawie – (krakowski wokalista, uczeń słynnego Andrzeja Zaryckiego, związanego z Piwnicą pod Baranami).

Obaj aktorzy pojawili się gościnnie na gliwickiej scenie, obaj zagrali w kultowym przedstawieniu, do którego to gliwickie jest dla Czuja reżyserskim powrotem: chodzi o owacyjnie przyjętego przyjętego i do dziś granego we Wrocławiu w Teatrze Piosenki Centrum Sztuki IMPART spektaklu „Leningrad”).

Pozostali artyści – to naprawdę dobry, wyrazisty, młody gliwicki zespół.

Spektakl Łukasza Czuja w Teatrze Miejskim w Gliwicach jest soczysty do bólu. Drażniący zmysły – głośnym, to znów balladowym klimatem – prowokuje, zaczepia wulgarnością i drażni się z widzem – jak w kawałku z Superboyem, który wjeżdża na scenę w stroju nawiązującym i z postawą Supermana, z ponętnymi dziewczętami, i z rozbrajającą szczerością opowiada o potrzebach swojego… przyrodzenia.

Zabawa do dna miesza się z ironią i refleksją nad życiem – tym smutniejszą, gdy człowiek nieco przetrzeźwieje, wówczas wie, że tkwi w gównie. I o gównie, którym ludzie dostają w twarz od władzy, od życia.

„I czy warto czy nie warto – mocną wódę leje w gardło by ukoić ból „- nasuwa mi się skojarzenie z piosenką rodzimego Bajmu.
Bo tam w istocie to ” i smieszno, i straszno” – jak mawiają Rosjanie. Albo, jak chcą w „Miłości w Leningradzie”:
– Rosja to nie państwo, to stan umysłu – przekonują prowokująco realizatorzy. I chyba skutecznie.

„Miłość w Leningradzie” obejrzymy 7, 8 i 9 listopada). Bilety kosztują 34 zł. Spektakl 8 listopada będzie jednocześnie premierą studencką (bilety dla nich – 10 zł). Po prezentacji tego wieczoru odbędzie się spotkanie z aktorami, muzykami i realizatorami spektaklu.

Marlena Polok-Kin, Dziennik Zachodni
30 października 2018
(źródło)