Najlepszy melanż na mieście? W Teatrze Miejskim (recenzja)

TMG_Miłość_w_Leningradzie_rez._Łukasz_Czuj_fot._Jeremi AstaszowWciąż żywe wspomnienie gliwickiej odsłony „Miłości w Leningradzie’ w reżyserii Łukasza Czuja, Teatr Miejski w Gliwicach.

Wiele oczekiwać można po premierze spektaklu, którego wcześniejsza wersja urosła w mieście takim jak Wrocław do miana kultowej, zdobywając rzesze fanów, a nawet psychofanów. Na przykład, że swoją energią poderwie nas z krzesła, wywoła dreszcze, które sprawią, że zadrżymy niczym ksylofon. Można oczekiwać bólu mięśni brzucha, spowodowanego nadmiernym śmiechem. I, oczywiście, do tego garści refleksji, które pozostaną z nami na dłużej.

A co, jeśli spektakl przerósł te oczekiwania?

Spektakl „Miłość w Leningradzie”, będący pierwszą premierą sezonu w Teatrze Miejskim, mocno podniósł poprzeczkę. Poza samą treścią, która miała wielowymiarowy charakter, nie sposób nie zauważyć mistrzowskiej precyzji, z. jaką przygotowane zostało to widowisko. Muzycznie blisko mu do mocnego, energetycznego koncertu wyjątkowo dobrego punkowego bandu. Koncertu dekadenckiego, ale i takiego, na którym rwie się w zapamiętaniu włosy z głowy, tańczy pogo i wznosi w górę płomienie zapalniczek. Była to zatem impreza muzyczna rozegrana aktorsko. Albo teatr zagrany koncertowo – naprawdę trudno się zdecydować.
Gdy umilkły już dźwięki muzyki i opadła kurtyna, na usta cisnęły się bardzo niesalonowe słowa. „Totalna rozpierducha” to bodaj najłagodniejsze z nieb. Faktem jest, że klimat swobody językowej (bo na takich imprezach mówi się jak jest…), pozostał we mnie nie bez powodu. Przez cały spektakl miałam wrażenie, że nie jestem widzem, a uczestnikiem tego melanżu. Scena wciągała, klimat się udzielał, była zabawa, wiele się działo…

Niezwykły – w rzeczywistości i na scenie jest lider grupy „Leningrad” – Sergey Shnurov brawurowo zagrany przez Mariusza Kiljana. Postać to niezwykle charyzmatyczna, rozczarowany życiem artysta, który swoim cynizmem może porwać tłumy. (Ech, jakże to prawdziwe, że porywając je zbacza jednocześnie z drogi punkowej anarchii w kierunku obśmiewanego mainstreamu!) To z jego niewesołych refleksji rodzą się uczestnicy imprezy w petersburskim klubie „Lyubov”. Sterany życiem na krawędzi poeta i bard sprawnie wciąga nas w swoją rzeczywistość, z której wychodzimy jakby bardziej… pognieceni.

Bo przecież reżyserowi, Łukaszowi Czujowi, nie tylko o to chodziło, by zabawić publiczność. Raz gorzkie jak piołun, to znowu podszyte ironią słowa piosenek ilustrują współczesną rosyjską rzeczywistość. Czy jednak jedynie rosyjską? Sztuka ma już to do siebie, że lubi być uniwersalna, dzięki czemu każdy z nas przegląda się w niej jak lustrze. W tym konkretnym, leningradzkim zwierciadle zobaczyć mogliśmy tandetny blichtr konsumpcyjnego świata, w którym liczy się władza i pieniądze oligarchów. W którym polityka wlewa nam się w żyły niczym trucizna, a puste głowy celebrytów zabierają miejsce należne prawdziwym autorytetom. Czy to nie brzmi znajomo?

Ogromną siłą spektaklu jest doskonała aranżacja muzyczna. Nie ma się zatem co dziwić, że tuż po premierze, w kuluarach padały pytania o możliwość nagrania w oparciu o nią płyty. Pierwszy krok w tym kierunku został już chyba poczyniony – Teatr Miejski opublikował na swojej stronic teledysk do piosenki „Pij, pij, będziesz długo żył”.
Zamykając wątek „Leningradu”, przypomnę o kolejnej budzącej spory apetyt premierze Teatru Miejskiego, która zapowiedziana została na 23 listopada. Będzie to opowieść o Zdzisławie Najmrodzkim, związanym z Gliwicami i obrosłym legendą uciekinierze z więzienia (również z Aresztu Śledczego na Wieczorka).

„Prasa nazywała go mistrzem ucieczek, królem złodziei. W Księdze rekordów Guinnessa odnotowano jego 29 ucieczek z sądów, aresztów, więzień, konwojów. Wyspecjalizował się w okradaniu sklepów należących do sieci Pewex (ponad 70 razy) i kradzieży samochodów marki Polonez (100 samochodów), wyłącznie tej marki” – czytamy w zapowiedzi. I niecierpliwie zrywamy kartki z kalendarza w oczekiwaniu na ten spektakl. Twórcom przypominamy przy tym, że poprzeczka ustawiona jest już bardzo wysoko…

Adriana Urgacz-Kuźniak