O krok przed

O spektaklu „Wieczór kawalerski” w reż. Giovanny’ego Castellanosa w Teatrze Miejskim w Gliwicach pisze Kamil Bujny.

Widzowie Teatru Miejskiego w Gliwicach podczas premierowego „Wieczoru kawalerskiego” wykazali się dużą przychylnością i dobrym nastawieniem wobec nowego przedstawienia: już po pierwszych minutach słychać było donośne śmiechy, a po występie długie i gromkie owacje. Czy zasłużenie?

Reżyser Giovanny Castellanos, znany między innymi z opolskiej „Moralności pani Dulskiej”, proponuje gliwickiej publiczności wszystko to, czego ta mogła oczekiwać, decydując się na kupno biletu. Trudno jednak traktować ten stan rzeczy jako mankament czy zarzut – przedstawienie umożliwia bowiem widzom obejrzenie przyzwoicie wyreżyserowanej oraz dobrze zagranej farsy, gwarantującej dwugodzinną zabawę. Owszem, należy podkreślić, że omawiana inscenizacja nie zaskakuje świeżością czy niebanalnością, nie zapada również w pamięć i nie absorbuje odbiorcy na dłużej, ale nie sposób odmówić jej wyraźnej witalności, a także przyciągających uwagę i interesująco prowadzonych kreacji aktorskich.

Głównym atutem gliwickiego przedstawienia jest jego energia. Castellanos, podobnie jak w przywołanej wcześniej inscenizacji dzieła Zapolskiej, stawia w „Wieczorze kawalerskim” na dynamiczność. Na scenie dzieje się bardzo dużo. Aktorzy niemal przez cały pokaz pozostają w ruchu: biegają, skaczą, upadają, ganiają się, przewracają wzajemnie i rzucają na łóżko. Nie ma jednak w ich działaniach scenicznych żadnej przesady i nadmiaru – postaci nie okazują się przerysowane czy ukazane z przesadą. Wręcz przeciwnie. Cała ta dynamika, wyraźna gestykulacja i wpisana w brytyjski humor kreacja (m.in. nieporadność w poruszaniu się, wyrażona na przykład spadaniem z łóżka, groteskowym chowaniem się za kanapę) po pierwsze oddaje farsowy charakter przedstawienia, a po drugie „dynamizuje” dość oszczędnie zagospodarowaną przestrzeń. Gdyby nie wspomniany nadmiar w zachowaniu, aktorzy prawdopodobnie zniknęliby na tle nijakiej, wręcz przeźroczystej, hotelowej scenografii.

Pisząc o przerysowaniu czy absurdzie w „Wieczorze kawalerskim”, należy wspomnieć o znaczeniu relacji między bohaterami przedstawienia. Giovanny Castellanos nie proponuje widzom humoru opartego wyłącznie na nieporadności postaci, mniej lub bardziej trafnych scenkach sytuacyjnych czy osobliwych charakterach. To byłoby zbyt proste i oczywiste. Źródłem zabawy i śmieszności są w tym wypadku zagmatwane i wielopłaszczyznowe, aczkolwiek przejrzyście ukazane relacje między aktorami. Różnego rodzaju rekwizyty, obiegowe czy sztampowe elementy komizmu i poboczne wątki (apodyktyczny ojciec siejący zamęt w dniu ślubu córki, dmuchana lalka upchana pod materac, stereotypowa, roszcząca pretensje teściowa) wzmagają jedynie śmieszność gliwickiej farsy, a nie są – co należy podkreślić – fundamentem jej sukcesu. Głównym „nośnikiem” humoru i powodem dobrej zabawy w „Wieczorze kawalerskim” są bowiem relacje między bohaterami premierowego pokazu. Jak wspomniałem wcześniej, choć reżyser sięga po typowo komediowe strategie budowania napięcia, to nie proponuje widzom banalnych i przerysowanych postaci, bawiących publiczność wyłącznie własną kuriozalnością, nieporadnością czy niedorzecznością. Castellanos skupia się na ogólnym potraktowaniu relacji między nimi, na tym, jak ich doświadczenia nakładają się na siebie, tworząc sytuację tragiczną. Istotne okazuje się w związku z tym wrażenie istnienia swoistego fatum – przeznaczenia, które ciąży nad bohaterami dramatu Robina Hawdona. To właśnie ono intryguje publiczność, utrzymuje ją w zainteresowaniu – nawet w nieco słabszych momentach (np. podczas scen, gdy aktorzy relacjonują zdarzenia nieodgrywane w trakcie przedstawienia, a dziejące się przed jego rozpoczęciem – ze względu na charakter długich, statecznych dialogów, odczuwa się wówczas wyraźny spadek napięcia i niepożądane zwolnienie tempa).

Wspomniana świadomość zbliżającego się nieszczęścia, finału, niechybnej konieczności, pełni w gliwickiej realizacji jeszcze jedną zasadniczą funkcję: pozwala widzowi czuć się mądrzejszym od bohaterów dramatu, stać o krok przed nimi. Postaci, pogrążając się w konfabulacjach, nieumiejętnie i naiwnie konstruowanych kłamstwach, stają się zakładnikami własnych opowieści oraz mataczeń. Uniemożliwia im to głębsze i racjonalne spojrzenie na okoliczności, w których się znajdują. Próżno w związku z tym dopatrywać się w ich zachowaniach przemyślanych decyzji czy też logicznego myślenia. Nie zdają sobie bowiem sprawy z tego, że ich sytuacja jest na tyle niedorzeczna i grubymi nićmi szyta, że musi ostatecznie zakończyć się fiaskiem. Jedyną osobą, która ma tę świadomość, jest właśnie widz – patrzący na wszystko nieco z dystansu, jednak z wyraźnym zaangażowaniem, przejęty i głęboko rozbawiony. „Wieczór kawalerski” Teatru Miejskiego w Gliwicach okazuje się zatem świetną propozycją na miły, niezobowiązujący wieczór, wypełniony dobrą zabawą i śmiechem. Zespół aktorski rozsadza w tym przedstawieniu energia (należy pochwalić za witalność przede wszystkim Karolinę Olgę Burek, Dominikę Majewską oraz Macieja Piasnego), co ostatecznie przekłada się na zadowolenie i pozytywny odbiór publiczności. Warto też wspomnieć o roli Krzysztofa Prałata, którego postać – ze względu na fenomenalne, nieco groteskowe naśladownictwo francuskiego eleganta-stoika, właściciela hotelu – rozbawia do łez.

źródło
Kamil Bujny
Teatr dla Wszystkich