Po co iść do klubu, jak można pójść do teatru? – „Miłość w Leningradzie” (Teatr Miejski w Gliwicach)

Nie oczekujcie klasycznego spektaklu. To nie jest nawet musical. To permanentna balanga, gdzie są tańce, śpiewy a alkohol leje się litrami. Jako widzowie jesteśmy na nią zaproszeni, ale czy wszyscy są na to gotowi?

Teatr Miejski w Gliwicach_ Miłość w Leningradzie__Foto_Michał Ramus

Teraz nawet wstyd mi o tym pisać, ale kiedy po raz pierwszy jechałam na ten spektakl, to nawet do końca nie wiedziałam, o czym on dokładnie będzie. Pamiętałam, że jakiś rosyjski zespół, piosenki, ale nic poza tym. To był dla mnie jeden z cięższych dni, ale dzięki wizycie w gliwickim teatrze skończył się znakomicie. Wyszłam stamtąd rozśpiewana i z uśmiechem na twarzy.

„Miłość w Leningradzie” to spektakl muzyczny składający się z prawie 30 piosenek rosyjskiego zespołu Leningrad, którego liderem jest Siergiej Sznurow – w Rosji człowiek jednocześnie znienawidzony i kochany. Jest współczesną wersją barda, ale daleko mu do Okudżawy czy Wysockiego. W programie spektaklu możemy przeczytać, że „jego żywiołem nie jest poetycka ballada, ale podlewana alkoholem ostra sceniczna rebelia”. W swoich ekscentrycznych, bezkompromisowych i pełnych wulgaryzmów tekstach maluje obraz rządzonej przez Putina Rosji i jej różnorodnego społeczeństwa. Nie brakuje tam krytyki, co czasami sprawiało zespołowi problemy. Rosnąca popularność spowodowała jednak, że Sznurow ze zbuntowanego punkowca stał się bogatym artystą, a wręcz biznesmenem. To bardzo barwna i ciekawa postać, można byłoby o niej pisać bez końca, ale to nie to miejsce. Jednak nie zostawię was bez niczego – zajrzyjcie do Pasm Kultury 🙂

Reżyser spektaklu – Łukasz Czuj – nie pierwszy raz sięga po repertuar tego rosyjskiego zespołu. W 2009 roku na scenie wrocławskiego Impartu po raz pierwszy wystawiono spektakl jego autorstwa pt.: „Leningrad”, w którym główne role zagrali Mariusz Kiljan oraz Tomasz Mars. I wiecie co w tym wszystkim jest najlepsze? Że oni ten spektakl grają do dziś. Myślę, że można go już uznać za kultowy, ponieważ kiedy tam byłam, to widziałam osoby starsze, młodsze, spora część widowni znała już piosenki na pamięć, a sala była wypełniona po brzegi. Naprawdę wow! W Gliwicach jesteśmy świadkami powrotu do świata, który kreuje w swoich piosenkach Sergiej Sznurow.

Teatr Miejski w Gliwicach_ Miłość w Leningradzie__Foto_Michał Ramus

I w tym miejscu zazwyczaj przedstawiam Wam fabułę, tutaj jednak mam problem, ponieważ „Miłość w Lenigradzie” tak naprawdę nie ma jej wyraźnie zarysowanej. W programie spektaklu otrzymujemy od reżysera pewne wskazówki, które widać również w scenografii (autorstwa Elżbiety Rokity). Znajdujemy się w klubie „Lyubov” (miłość), w którym zderzają się dwa światy bliskie Sznurowowi – przeszłość, gdzie wracają do niego m.in.: jego byłe kobiety, ale również współczesność, dziwna, nowa Rosja. A wszystko łączy jedno – mocno zakrapiana impreza w leningradzkim/ petersburskim klubie.

Teksty piosenek tłumaczył, tak samo, jak w przypadku „Leningradu”, Michał Chludziński i jest to kawał bardzo dobrej roboty. Jednak to wszystko nie urzeczywistniłoby się na scenie, gdyby nie grupa wspaniałych aktorów i zespołu, którzy tworzą na scenie artystyczny burdel!

Nie da się ukryć, że trzonem tego spektaklu są Tomasz Mars oraz Mariusz Kiljan. Panowie to duet idealny – wspaniale się uzupełniają, doskonale rozumieją na scenie i zachwycają również indywidualnie. Uwielbiam ich za to, co wyczyniają na scenie. Mariusz Kiljan swoimi improwizowanymi opowieściami zaskoczył mnie na obydwóch spektaklach. Robi to brawurowo. Dodatkowo ma fantastyczny kontakt z publiką, co jest bardzo ważne.

Tomasz Mars to człowiek, którego wcześniej w ogóle nie znałam, ale zachwycił mnie swoim niskim głosem. Myślę, że panie mnie zrozumieją 😉 Czytałam, że ma pojawić się płyta z piosenkami z tego spektaklu i głos Marsa to jeden z powodów, dla których czekam na nią tak bardzo! Podziwiam go również za powagę podczas przezabawnych monologów swojego scenicznego partnera. Zastanawiam się, czy nadejdzie taki moment, kiedy Mars wybuchnie śmiechem, bo nie wytrzyma. Mam nadzieję, że będę mogła to zobaczyć.

Razem z nimi na scenie występują ogromnie utalentowani aktorzy z zespołu Teatru Miejskiego w Gliwicach, którzy na pewno nie są dla kolegów tłem. Nie sposób nie zapamiętać Mirosławy Żak śpiewającej Katiuchę w wersji balladowej, Michała Wolnego i Łukasza Kucharzewskiego, którzy w swojej polskości są bardzo rosyjscy oraz Karoliny Burek w piosence o Louboutin’ach – to jeden z moich ulubionych damskich głosów w tym spektaklu. Drugim jest głos Małgorzaty Pauki, która ma również rozbrajający uśmiech. Dominika Majewska rozwala mnie na łopatki, kiedy monologuje sobie do Boga o swoich potrzebach, a Aleksandra Maj – z początku siedzi na uboczu, ale kiedy zaczyna śpiewać, pokazuje co potrafi, a potrafi naprawdę dużo. I jeszcze Maciej Piasny jako Turboboy, ale… To musicie zobaczyć sami. Brawa dla wszystkich! Tutaj nie ma złych wcieleń. Każdy dostaje swoje 5 minut i wykorzystuje je w 100 procentach. Bardzo fajnie w ich wykonaniu wypadają również zbiorówki (zwłaszcza w finale).

W to, co się dzieje na scenie, bardzo mocno angażuje się również zespół muzyczny ( pod kierownictwem rozbrykanego Remigiusza Hadki). Muzyka na żywo! Aaaa…. To coś, co uwielbiam! A tu jeszcze dostajemy taki muzyczny mix! Połączenie punk rocka, ska, disco, techno i spokojnych ballad może brzmieć nieco zaskakująco, ale to traf w dziesiątkę! Bardzo mocną stroną tego spektaklu są odświeżone aranżacje piosenek rosyjskiego zespołu. Bo nie sztuką byłoby wziąć zgodę od Sznurowa, przetłumaczyć teksty, zaśpiewać je tak jak brzmią w oryginale i do widzenia. W Gliwicach słyszymy ich nowe brzmienie oraz widzimy wyjątkowe interpretacje.

Pamiętam jak na pierwszym spektaklu przez pierwsze dwie czy trzy piosenki bałam się, że to będzie taka sztuka dla sztuki. Takie nic. Na szczęście bardzo się pomyliłam. „Miłość w Leningradzie” daje widzom nie tylko rozrywkę, śmiech, dobrą muzykę, ale przede wszystkim refleksje, które wyłaniają się z oparów dymu i alkoholu unoszących się nad tym rosyjskim, przerysowanym, ale jednocześnie bardzo uniwersalnym światem. Bo oprócz Rosjan, możemy tam również zobaczyć siebie. Jesteśmy do siebie bardzo podobni, choć pewnie wielu z nas będzie się tego wypierać. Aktorzy na taką interpretację nawet sami próbują nas nakierować, np.: przez przemycanie w dialogach polskich akcentów.

To nie spektakl, na którym będziecie siedzieć spokojnie w fotelu. Energia, która niesie się ze sceny, próbuje Was wyrwać z fotela. Pamiętajcie, żeby się nie opierać i zasada jest jedna: „Jeżeli komuś zasłaniasz – jego problem” (by Mariusz Kiljan). Ogromny plus za to, że twórcy zdzierają z teatru łatkę skostniałej instytucji. Tak trzeba robić! A wy koniecznie przyjedźcie do Gliwic i sprawdźcie, czy i was porwie klimat leningradzkiego klubu „Lyubov”.

Jeżeli zainteresowała was muzyczna wizytówka Sankt Petersburga, to koniecznie zajrzyjcie do tych dwóch tekstów. Znajdziecie tam i trochę ciekawostek, ale również muzykę tego rosyjskiego zespołu. Wierzę, że może wam się spodobać 🙂

Katarzyna Zych
Blog Kulturalna Pyra
źródło