Punkowy koncert w teatrze

Teatr Miejski w Gliwicach_FotoJeremiAstaszow_JerBaStudio_Miłość«Ten spektakl powinno oglądać się na stojąco, a nie siedząc w obitych pluszem fotelach. Bo kiedy człowiek siedzi, to nie może tańczyć ani robić pogo. Bo „Miłość w Leningradzie” to nie jest spektakl, ale szalony koncert dla niegrzecznych fanów punk rocka! I dla tych, którzy chcą być w teatrze zaskakiwani.

Przychodzę do teatru, siadam na widowni i kompletnie nie wiem, czego mogę się spodziewać. Nie widziałam kultowego „Leningradu” we wrocławskim Imparcie, który poprzedza gliwicką „Miłość w Leningradzie”. Przejrzałam jedynie fragmenty występów Mariusza Kiljana i Tomasza Marsa w serwisie YouTube, ale nagrania te nie są w stanie przekazać mi panującego na scenie nastroju. Czekam więc ze zniecierpliwieniem na początek. Bo wiem, ze Łukasz Czuj, reżyser tego i poprzedniego widowiska (a także dyrektor artystyczny Teatru Miejskiego w Gliwicach od początku jego istnienia), potrafi niesamowicie wciągać w opowiadane przez siebie muzyczne opowieści. Pamiętam, że taki był tajemniczy „Bal u Wolanda” w Rozrywce, energetyczna „Siekiera! Tańce polskie w tonacji punk” w Imparcie. Ale pamiętam też ostatnie dwa przedsięwzięcia tego artysty zrealizowane w Gliwicach – „Dom Spokojnej Młodości” oraz „Lekcja tańca w Zakładzie Weselno-Pogrzebowym Pana Bamby”.

Dość powiedzieć, że były raczej „letnie”. Jakie będzie to kolejne? Odpowiedź dostaję już po kilkunastu minutach. Fantastyczne!

Nie czekam z tą opinią do końca. Wygłaszam ją w myślach już po kilku usłyszanych piosenkach, a po zakończeniu tego show chcę ją wykrzyczeć całemu światu. Żeby przybywał na ul. Nowy Świat pod numerem 55, gdzie swoją siedzibę ma gliwicki teatr. Bo oczarował mnie ten artystyczny wyczyn Czuja i zaproszonych przez niego aktorów i muzyków pod każdym względem – wizualnym, aktorskim, muzycznym, translatorskim i reżyserskim. Bo to kawał dobrej roboty. Udana, głośna, czasem wulgarna i trochę sprośna szarża w umysły niespodziewąjącej się takiej ostrej jazdy bez trzymanki publiczności! Choć niektórzy chyba się tego spodziewali – mam tu na myśli grupkę, zdaje się, że fanów rosyjskiej (a dokładniej – z Sankt Petersburga) kapeli Leningrad, którzy od samego początku żywo w tym wydarzeniu uczestniczyli (na ryle, na ile pozwalały im pozycje siedzące) – kiwając ogolonymi głowami i wytupując ciężkimi butami rytm o posadzkę widowni.

Ja zaś fanką tego zespołu nie jestem, ale przyznaję, że chętnie kupiłabym płytę z utworami ze spektaklu, gdyby taka była w sprzedaży prowadzonej przez gliwicki teatr (może kiedyś będzie?). Podkreślam, że „ze spektaklu”, ponieważ co mi się szczególnie podobało, to tłumaczenia tekstów piosenek Sergeya Shnurova (wokalisty Leningradu) wykonane mistrzowsko przez Michała Chludzińskiego. Przekleństwa mieszają się tu z poezją, prostackie hasełka z inteligentnymi ripostami. Wszystkie świetnie zaaranżowane, zagrane przez grający na żywo (i znakomicie się bawiący) zespół muzyków oraz zaśpiewane przez zespół aktorski teatru z gościnnym udziałem kilku aktorów. Każda zaskakująca – ironiczna, przenikliwie opisująca współczesny świat, prześmiewcza, czasem liryczną wballadowym klimacie. Wulgarność, przekleństwa, obscena – są, ale nie rażą, ogrywane zabawnymi scenkami, bo też każda piosenka to taki osobny miniwystęp sceniczny danego wokalisty/ wokalistki.

Tu nie ma żadnej akcji, a tyle się dzieje, że szkoda choć na ułamek sekundy spuścić wzrok ze sceny. Narrację tego kolorowego, celowo kiczowatego, jak i pełnego urokliwego blichtru show tworzy kilkadziesiąt piosenek o… życiu i piciu, Rosji i Sankt Petersburgu, kobietach i mężczyznach, miłości i polityce, tęsknocie za tym, co było, śmierci i używkach, radości i beztrosce, przemocy i czułości etc. Głównym bohaterem jest „Sznur”, ekscentryczny artysta muzyk, pijak, utracjusz, myśliciel, dekadent, którego znakomicie kreuje szalony Mariusz Kiljan (gościnnie), odziany w szlafrok, kolorowe gatki i trampki. Śpiewając, dogorywa na zardzewiałym szpitalnym łóżku, podpięty do trójkolorowej – jak flaga Rosji – kroplówki (choć na czas występów wstępuje w niego mnóstwo wigoru i życia).

Drugą ważną postacią jest elegancik – bogacz, flirciarz i biznesmen, też posiadający ową fatalną zdolność do autodestrukcji i siłę, by się bawić na całego. Może jest kimś w rodzaju alter ego „Sznura’? Udanie gra go uwodzicielski Tomasz Mars w mieniącym się garniturze (też gościnnie). Wokół mężczyzn kręcą się atrakcyjne dziewczyny, które kiedy tylko mogą, kradną show obu panom – tańczą, śpiewają, podrywają facetów, rozmawiają (troszkę) z publicznością, spowiadają się ze swoich grzeszków, zdradzają swoje marzenia. Barwny ten obraz tworzą aktorki gliwickiego teatru (w większości), które potrafią na prawdę dobrze śpiewać. Całość tego delirycznego snu dzieje się w nocnym klubie Lyubov (czyli miłość). Alkohol więc leje się strumieniami, dziewczyny tańczą na barze, kapela rżnie rockową nutę, są tańce, flirty i szczere rozmowy. Jest impreza. Coś w rodzaju „niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale”, ale w wersji hard-kor. Pozytywna energia płynie do widzów, którzy – widać to po długich owacjach na stojąco na zakończenie – wyśmienicie się bawili, o Kolejne spektakle-koncerty do obejrzenia 7,8 i 9 listopada na dużej scenie Teatru Miejskiego w Gliwicach. Bilety: 29-34 zl.»

Marta Odziomek
Gazeta Wyborcza, Katowice nr 228
01-10-2018