Rebelia

Gliwicka Miłość w Leningradzie działa na publiczność z energią rockowego koncertu, tak że nie może ona usiedzieć w miejscu. Pod anarchistyczną zabawą czają się jednak gorzkie pytania – nie tylko o rosyjską duszę.TMG_Miłość_w_Leningradzie_rez._Łukasz_Czuj_fot._Michal_Ramus_www

■ Nadrobiłem zaległości. W ubiegłym roku w maju byłem jurorem na Festiwalu Sztuki Aktorskiej w Kaliszu. Mogłem zatem skorzystać z okazji i zajrzeć na Leningrad, pokazywany poza konkursem. Dotychczas omijało mnie to obrośnięte już środowiskową legendą przedstawienie, chociaż premierę wrocławską pod szyldem Teatru Piosenki Centrum Sztuki Impart miało niemal dekadę temu. Zajrzałem, usiadłem na schodach, bo brakowało miejsc, i wsiąkłem z kretesem. Mariusz Kiljan i Tomasz Mars oraz świetni muzycy zagrali tak, jakby od tego zależało ich życie albo co najmniej dalsza kariera. Dawne piosenki Siergieja Sznurowa nie straciły niczego ze swej siły. Od tamtej pory Sznurów miał dla mnie twarz, głos i dezynwolturę Kiljana. Na nim i Marsie reżyser Łukasz Czuj zbudował artystyczną pełnię tam-tego widowiska.

W dziedzinie teatru muzycznego Łukasz Czuj przez ostatnich dwadzieścia lat wypracował sobie już własną niszę. Nie konkuruje z Wojciechem Kościelniakiem, gdy idzie o autorskie musicale, raczej nie spodziewałbym się po nim inscenizacji Evity, z trudem również wyobrażam go sobie w operze. Czuj szuka w formach skromniejszych, bardzo lubi przecinające się gatunki. Niejedno jego przedstawienie nosiło podtytuł „program składany/kabaretowy/ rewiowy”, co niewtajemniczonym być może dałoby asumpt do zlekceważenia reżysera, nazwania go dostarczycielem estradowej rozrywki, piewcą podkasanej muzy. To zwykle nie są jakieś powalające rozmachem show, a rzeczy skromniejsze, co nie oznacza, że Czuj swobodnie czuje się jedynie w kameralnych przestrzeniach. Pamiętam i szalenie lubię jego Noc w Kosmosie w toruńskim Teatrze Horzycy, gdzie z powodzeniem przywołał klimat PRL- owskiego dancingu niczym z Wodzireja Feliksa Falka. Nie to jednak wydaje mi się najważniejsze. Jeszcze bardziej cenię artystę za jego wrażliwość na poezję, na połamane bardowskie nuty, i za skłonność do nostalgii. Nie bez przyczyny zaczynał Łukasz Czuj swą karierę od spektakli na podstawie poezji oberiutów (Tango Oberiu 1928, Sen pogodnego karalucha), znajdując w niej połączenie liryzmu, opętańczego śmiechu, świadomości absurdu rzeczywistości, która za chwilę niepokornym wobec reżimu poderżnie gardła. W szemranych rewiach Czuja możemy poczuć się upojeni nastrojem zabawy aż do upadłego, ale coś nie daje nam spokoju. Te imprezy przypominają bal na Titanicu. Ani przez chwilę nie możemy zapomnieć, że przez szkło butelki widać rychły koniec. Idziemy na dno.
Nie da się też zapomnieć o tym, że swe muzyczne seanse przygotowuje krakowski twórca ze sprawdzonym zespołem współpracowników. Przynajmniej z mojego punktu widzenia szczególne miejsce zajmuje w nim Michał Chludziński – wyjątkowy poeta i człowiek kabaretu z cicha pęk, a w teamie Czuja pan od tłumaczeń, scenariuszy i polskich słów piosenek. Mam jeszcze w uszach to, co Chludziński zrobił z songami zespołu The Tiger Lillies w znakomitej Sofii de Magico z warszawskiego Teatru Roma, ale przedstawieniami opartymi na utworach Sznurowa co najmniej wyrównał tamto osiągnięcie. Podąża Chludziński w tłumaczeniach i spolszczeniach piosenek drogą Wojciecha Młynarskiego. Wiem dobrze, jak brzmi to porównanie, ale używam go świadomie. Chludziński to jest człowiek rzadkiego smaku i wrażliwości – starczy posłuchać jego tekstów i przekładów.

Tyle ekspozycji, koniecznej jednak do opowiadania o nowym Leningradzie. Ten stary jeszcze bywa grany, ale nadszedł czas, by powrócić do Sznurowa. On sam też przeszedł od początku kariery długą drogę. Zaczynał jako wichrzyciel, punkowo-rockowy awanturnik, kreujący się na kontestatora z marginesu. Pierwsze płyty zespołu Leningrad atakowały nieposkromioną energią, jakby w rosyjskich muzykach na nowo obudziły się punkowy duch i pazur. Teraz pan Sznurów to już ktoś całkiem inny. Podobno – choć trudno w to uwierzyć – rzucił alkohol i wykpiwając establishment, sam stał się jego częścią. Ma w Sankt Petersburgu dwa modne kluby, nagrywa fabularyzowane klipy do swych piosenek. To są właściwie małe filmy o fantastycznym poziomie realizacyjnym, lepiej nie pytać o ich budżet. Osiągają jednak po kilkadziesiąt milionów wyświetleń w Internecie, zatem interes kręci się bez przeszkód. Sznurów to dzisiaj muzyk i biznesmen, przyjaźni się z oligarchami, koncertuje w wielkich halach. Wciąż kpi z władzy, nie oszczędzając nawet samego Putina, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że teraz już jego bunt stał się koncesjonowany. Odbiera to utworom Sznurowa przyjemną dla nas prostolinijność, ale nie czyni ich mniej atrakcyjnymi. Tym bardziej, że nowy Leningrad to popowe rytmy i urodziwe wokalistki w tle.

W Miłości w Leningradzie Łukasz Czuj korzysta z tego obficie, ale i bardzo świadomie. Jesteśmy w klubie Lyubov wśród bohaterów songów Sznurowa. W centrum sceny zaś jest on sam – „Sznur” – muzyk i straceniec. Fenomenalny w tej roli Mariusz Kiljan ma na twarzy ostatnie lata, co przydaje jego bohaterowi siły. Ciągnie za sobą łóżko i kroplówkę. I kpi ze swojego życia, szydzi z nowej Rosji i „nowych ruskich”, ale nie damy grosza za to, że to nie są jego ostatnie pijackie chwile. Kiljan ma w sobie swobodę wytrawnego showmana i desperację barowej ćmy, lecącej do światła. Śpiewa niejako od niechcenia, ale umie uderzyć w najmocniejsze tony. Wraz z równie charyzmatycznym Tomaszem Marsem są w centrum leningradzkiego klubu, który nagle zmaterializował się na scenie Teatru Miejskiego w Gliwicach.

Miłość w Leningradzie nie trzyma się wymyślonej fabuły, ale przenosi nas w świat znany z piosenek Sznurowa. Można streszczać przygody sprzedajnych panienek, alkoholowych libacji, kpiny z zalewających się facetów albo macho chełpiących się rozmiarem swego przyrodzenia. Aktorzy z Gliwic wchodzą w swe role z impetem i wyraźnie widoczną radością, jakby również im udzielała się energia spektaklu-koncertu. Nawet w tej zaproponowanej przez reżysera formie znać, że w Gliwicach, które teatr dramatyczny mają od niedawna, rodzi się świetny młody zespół aktorski. Czuj prowadzi go jako szef od spraw artystycznych, ale nie tylko jego spektakle nadają śląskiej scenie ton. Jednak widowiska takie jak Miłość w Leningradzie to dla aktorów trudny egzamin w graniu wprost do widowni i wyczuwaniu konwencji narzuconej przez songi Sznurowa, a chwilami jeszcze „podkręcanej” przez Czuja. Spektakl dzięki świetnej warstwie muzycznej, za którą odpowiada zespół pod kierownictwem Remigiusza Hadki, przypomina występ orkiestry weselno-pogrzebowej. Wyraźnie dają o sobie znać słowiańskie rytmy, Czuj nie boi się kontrolowanego kiczu i tandety, całość przywodzi czasem na myśl Underground Emira Kusturicy z muzyką Gorana Bregovicia. Lyubov zdaje się w nim enklawą wyłączoną z obiegu świata. Parszywe życie miasta zwanego Piterem toczy się wyżej, na powierzchni.

Można gliwickie przedstawienie odbierać jedynie w kategoriach rozrywkowych i sprawdzi się fantastycznie. Nie pierwszy raz jednak Czuj usypia naszą czujność, każę dać ponieść się żywiołowi, aby pod spodem ukryć czysty mrok. Wystarczy spojrzeć na Mirosławę Żak, wybitną nie tylko w piosence, której bohaterką jest niejaka Katiucha. Znana przede wszystkim z inscenizacji Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu aktorka daje widowisku własną, osobną nutę nie do zapomnienia. A Rosja jest w Miłości w Leningradzie w istocie całym światem, który trzyma się na krawędzi, a za chwilę runie w przepaść. Alkohol uśmierza ból, ale ma krótkotrwałe działanie. Warto pamiętać o tym, gdy podrywamy się z miejsc, aby śpiewać razem z artystami: „Pij, pij, pij, będziesz długo żył”. Nie ma też jednak niczego złego w tym, że dzięki gliwickiemu spektaklowi poczujemy się zdolni do zakazanej anarchii, zechcemy małej rebelii. To też oczyszczające uczucie. ■

Jacek Wakar
Miesięcznik „Teatr”
luty 2019 r.