Spowiedź Salieriego

Amadeusz Petera Shaffera to dramat geniusza zniszczonego przez zazdrość innych. Do tej pory wiele osób znało Mozarta przez pryzmat jego twórczości. Teatr Miejski w Gliwicach postanowił przybliżyć historię jego osobistego życia, które niekoniecznie było usłane różami, i uczynił to po mistrzowsku. Ostatnia premiera pozostanie w pamięci na długo.

Scena ze spektaklu "Amadeusz"

Spektakl to teatralna retrospekcja wydarzeń, które rozegrały się w XVIII wieku. Przedstawia nie tylko dramat Mozarta, ale i zmagania z przeszłością Antonia Salieriego, który pełni tu funkcję narratora. Ten włoski kompozytor i pedagog swoje najlepsze lata spędził w Wiedniu jako nadworny kapelmistrz opery włoskiej przy dworze cesarskim Habsburgów. Doceniany przez możnych i popularny wśród uczniów Salieri wiódł wystawne życie. Miał olbrzymi wpływ na rozwój XVIII-wiecznej opery i kształtowanie się teatru muzycznego. To właśnie on odpowiadał za muzyczną oprawę Kongresu Wiedeńskiego, a jego patronem był sam cesarz Józef II. Nie można mu odmówić talentu i artystycznej płodności, skomponował bowiem 39 oper oraz wiele symfonii, kantat, mszy i oratoriów. Z czasem jednak jego muzyka wyszła z mody. Po obejrzeniu gliwickiego spektaklu może się wydawać, że kompozytor miał jednak pewien kompleks, a nazywał się on Wolfgang Amadeusz Mozart. Kiedy kapelmistrz zrozumiał jak wielki to geniusz, postanowił się go pozbyć, sukcesywnie uprzykrzając mu życie. Dzieje Salieriego poznajemy już na samym początku spektaklu, kiedy – jako starzec – wprowadza widza w zawiłości opowiadanej historii, którą przedstawia z własnej perspektywy. Szybko okazuje się, że snuta opowieść staje się jedynie pretekstem do refleksji nad losem twórcy – nie tylko tego sprzed wieków, ale i współczesnego.

Czy przedstawiona relacja Salieriego z Mozartem jest prawdziwa? Czy jeden z klasyków wiedeńskich został zadręczony przez kolegę po fachu? Lata mijały, a wokół postaci Mozarta zaczęły powstawać liczne legendy. Jedną z nich jest kwestia rywalizacji między nim a Salierim. Temat ten podjął Aleksander Puszkin, tworząc sztukę Mozart i Salieri, z kolei Nikołaj Rimski-Korsakow skomponował operę o tym samym tytule, a Peter Shaffer w 1979 – sztukę teatralną Amadeus, którą wielu czytelników z pewnością zna ze zekranizowanej wersji w reżyserii Miloša Formana. Gliwicki spektakl oparty jest właśnie na sztuce Shaffera w tłumaczeniu Bogumiła Trelkowskiego. Prapremiera tej sztuki w Polsce została przygotowana przez Romana Polańskiego z Tadeuszem Łomnickim w roli Salieriego i samym reżyserem w roli tytułowej, w Teatrze na Woli w 1981 roku, i dopiero trzy lata później zekranizował ją Forman. Zatem do kwestii historycznej podejdźmy z rozsądkiem i pewną dozą dystansu. Zgadzają się oczywiście przedstawione postaci, ślub z Konstancją Weber, z którą miał sześcioro dzieci, a ona sama często wyjeżdżała do uzdrowiska w Baden, co zostało przedstawione, jednak sam konflikt dramatyczny to licentia poetica dramatopisarza. Wiadomo jednak, że Salieri w ostatnich dniach swego życia cierpiał na demencję i w majakach miał wyznać, że to on jest winny śmierci swego największego antagonisty, czyli Mozarta. I to ten fakt stał się kanwą do stworzenia scenicznej historii.

Amadeusz w reżyserii Norberta Rakowskiego to sprawnie opowiedziana historia o człowieku, zawiści, konflikcie i potrzebie zrozumienia. To dramat stłamszonej jednostki, ale narrację można czytać wielopoziomowo, odnajdując w niej ukryte sensy i uniwersalne nawiązania. Choć fabuła dotyczy Salieriego i Mozarta, to sam przedstawiony tu mechanizm można odnieść także do współczesności, w tym m.in. mobbingu, a także stalkingu, gdy Salieri w przebraniu nachodził swego scenicznego wroga, utwierdzając go w przekonaniu, że oto ukazuje mu się demon, odliczający mu dni do śmierci. Konstatacja płynąca z finału nie podnosi na duchu. Minęły bowiem dwa wieki, a pewne sprawy nadal się nie zmieniły – czy i dziś, aby zrobić karierę, nie potrzeba wkraść się w łaski protektora?

Ważną kwestią poruszoną w spektaklu są relacje z ludźmi i Bogiem, konflikt z ojcem czy konkurentem oraz sposoby oswajania ludzkich lęków i przyjmowanie porażek zesłanych przez los. Rakowski umiejętnie stopniuje napięcie, dozując odsłanianie kolejnych faktów z życia dwóch kompozytorów. Krok po kroku dokonuje ich rekonstrukcji niczym Herkules Poirot z kart kryminałów Agathy Christie. W spektaklu nie brakuje też elementów komicznych, jak choćby pozbawiona muzyki próba Wesela Figara. Z kolei scena pisania mszy żałobnej na zlecenie tajemniczej postaci to majstersztyk.

Kluczowym komponentem przedstawienia jest doskonale dobrana muzyka. Układ elementów wokalno-instrumentalnych przypomina dobrze napisaną partyturę. Historia Mozarta i Salieriego rozpoczyna się od motywu muzycznego przywodzącego na myśl nastrajanie instrumentów. Jest Adagio E-dur na skrzypce i fortepian, później wsłuchujemy się w takty kolejnych oper tworzonych przez Mozarta, w symfonie i koncerty, aż dochodzimy do Lacrimosa z Requiem d-moll, mszy żałobnej, która wieńczy dzieło. Amadeusz świetnie koresponduje ze spektaklem baletowym (sic!) Requiem d-moll Mozarta, w choreografii Jacka Tyskiego, który miał swoją premierę na deskach Opery Śląskiej 19 marca 2021 roku. Choreograf postanowił rozpisać mszę żałobną na język ciała, podejmując się karkołomnego zadania. Efekt był piorunujący!

W klimat XVIII wieku wprowadza oryginalna scenografia Marii Jankowskiej. Oprawa jest prosta, acz wymowna, metaforyczna i niezwykle funkcjonalna. Oddaje realia ówczesnego Wiednia i pozwala na zanurzenie się w świecie bohaterów. W scenie otwarcia przestrzeń gry zasłania dekoracja przypominająca nadpaloną, starą kartkę. Przez wypaloną dziurę można dostrzec sylwetkę starca – narratora. W kolejnej scenie element ten został podniesiony do góry, a dzięki odpowiedniemu oświetleniu konstrukcja ta przypomina dziurę w niebiosach – wszak Salieri prowadzi bluźnierczą dysputę z Bogiem, który poskąpił mu takiego talentu, jakim obdarzył Mozarta.

Całości dopełniają kostiumy Krystiana Szymczaka, które przywodzą na myśl stroje noszone przez wiedeńskie elegantki, a jednak inne, zrezygnowano bowiem z palety barw obejmującej róże, odcienie niebieskiego i zielonego oraz urozmaiconych faktur, wybierając monochromatyzm. Ciężkie robrony z jedwabiu, sukno czy kamlot brukselski zamieniono na zwiewny tiul. Z kolei panowie odziani są we fraki, kuloty, kamizelki i koronkowe żaboty, a nawet pończochy – a wszystko, poza tymi ostatnimi, również z tiulu! Bohaterowie noszą także kunsztownie ułożone peruki, które w XVIII wieku były oznaką wysokiego statusu społecznego.

Rakowski świetnie dobrał też obsadę. Mozart w interpretacji Mateusza Trzmiela, znanego gliwickiej publiczności z roli Wampira w spektaklu opartym na autorskim tekście Agaty Biziuk Wpuść mnie, jest cudownym dzieckiem, bon vivantem, nieokrzepłym geniuszem, neurastenikiem, który wprawia wiedeńskie towarzystwo w konsternację swymi wulgaryzmami, sprośnymi żartami i zbytnią pewnością siebie. Trzmiel zbudował postać z krwi i kości, którą rozwija z pełną konsekwencją. Jego Mozart przechodzi bowiem metamorfozę od infantylnego seksoholika i impertynenckiego kompozytora, w którego oczach widać błysk szaleństwa, poprzez muzyka ogarniętego obsesją tworzenia, aż po zrezygnowanego i umęczonego ciągłą walką człowieka. Aktor z lekkością wpada z euforii w depresję, płacze, a po chwili cieszy się. Niczym cyrkowiec wybornie żongluje emocjami. Ot, osobowość proteuszowa. To postać wyróżniająca się na tle innych bohaterów sztuki, odstaje od nich energią, żywiołowością i pasją. Znakomicie wypadł m.in. w scenie tworzenia Requiem czy próby Wesela Figara, która została pozbawiona muzyki. Jednym słowem, swoją partię rozegrał koncertowo. Wielkie brawa!

Z kolei Salieri Błażeja Wójcika to machiaweliczny, przebiegły intrygant, który knuje misterny plan mający na celu pozbycie się młodego geniusza. Z metodyczną konsekwencją realizuje swój zamiar, kurtuazyjnie uśmiechając się do ofiary. Wójcik otrzymał trudne zadanie, bowiem nie schodzi ze sceny. Ba! Cała historia opowiedziana jest z jego perspektywy – jest on zarazem narratorem, jak i jednym z bohaterów. Mruga do widzów, burząc czwartą ścianę, i zaprasza ich do świata dramatu. To my, widzowie, z obserwatorów stajemy się sędziami, którzy wydają wyrok na umierającego kompozytora. Wójcik genialnie gra zarówno zatroskanego przyjaciela, jak i powiernika, aby za chwilę przeobrazić się w mistrza zbrodni. Z łatwością zmienia goffmanowskie maski, wchodząc w kolejne role. W finale, prosząc o zrozumienie, nie przebaczenie, kona powoli, żegnając się ze światem i dzieląc się swoją historią. Scena ta przypomina nieco ars moriendi rodem ze średniowiecznych eposów. To klamra kompozycyjna otwierająca i zamykająca sztukę. Symboliczna, udramatyzowana.

Świetnie wypadł też Krzysztof Prałat jako zmanierowany, znudzony życiem Józef II – cesarz Austrii. Tym razem aktor zbudował postać powściągliwą do granic możliwości, trzymającą na wodzy mimikę, cedzącą słowa z niezwykłą starannością.

 

Magdalena Mikrut-Majeranek

teatrologia.pl

źródło