Szaszłyk wraca do Gliwic, czyli ballada o królu złodziei i ucieczek – recenzja

Gdyby nie istniał, trzeba by go było wymyślić! A już na pewno uczynić bohaterem teatralnego spektaklu, co właśnie stało się w Teatrze Miejskim w Gliwicach.
Zdzisław Najmrodzki, ksywa Szaszłyk. Słynny złodziej, obdarzony ułańską fantazją i nieprzeciętnym wdziękiem osobistym, 29 razy skutecznie uciekał stróżom prawa. Kochał włamy do samochodów i kradzieże luksusowych artykułów, bo miał chłop ciągoty do życia w komforcie, którego w PRl-u zaznać było trudno. Jak mu się zaś trafiła przerwa w przestępczości, pisał wiersze, balował i łamał kobiece serca…

Taki życiorys to teatralny samograj. A jednak spektakl „,Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach” tego dobrodziejstwa nie wykorzystuje w pełni. Zawodzi rzecz podstawowa – dramaturgia. Jeśli już proponować stylistyczny patchwork – a taki zamysł miał autor scenariusza i reżyser Michał Siegoczyński – to każda minuta, i każdy wątek, powinny być pod ścisłą kontrolą. Tymczasem na gliwickiej scenie oglądamy wszystko, co się jakoś z postacią bohatera wiąże, ale kiepsko wiąże się ze sobą. Plusy przedstawienia są dwa: rezygnacja z formuły dokumentu (drobne wstawki można przełknąć) i dobre aktorstwo. Jakimś sposobem aktorzy ulepili z tej dramaturgicznej magmy przekonujące, wyraziste postacie. Wszyscy, nawet w epizodach, na czele jednak z Mariuszem Ostrowskim w roli Najmrodzkiego i Aleksandrą Maj w roli jego matki.

Trzygodzinny spektakl składa się z serii migawek o komediowym charakterze; jest i parę scen w poważnym nastroju. No dobrze, taka poetyka. Tylko konsekwencji wielu scen zwyczajnie brakuje. Po co przeciągać całość występem dwóch tercetów (damskiego i męskiego), zabawnych nawet, ale nic nie wnoszących do całej historii? Po co, na przykład, wątek reżysera filmowego i drugiego Najmrodzkiego, skoro nie wykorzystuje się tego motywu, choć kamera filmowa co jakiś czas wkracza do akcji? I te nieszczęsne, brodate kawały o Radiu Erewań…!

Najmarniej wypada jednak szyte grubą nicią powiązanie Najmrodzkiego z historią Gliwic. Realizatorowi nie wystarcza, że „Zdzisek” po prostu tu mieszkał. Wprowadza więc na siłę niesmaczną karykaturę Tadeusza Różewicza, czy wizytę byłego mieszkańca miasta (Horst Bienek?), który błąka się po scenie rozpaczliwie, ale zupełnie poza nawiasem zdarzeń.

Problem tego przedstawienia polega nie na braku pomysłów, lecz na ich nadmiarze. Brak selekcji sprawia, że w scenicznym chaosie gubią się naprawdę udane fragmenty spektaklu. Bo nie przeczę, że są i takie – oniryczne rozmowy z żoną, brawurowa zagrywka gangstera Marchewy na hałdach, kapitalna, filmowa „relacja” Najmrodzkiego z przyciasnego podkopu (z górnikami w tle) czy dobrze zaplanowane momenty wychodzenia aktorów z roli, podkreślające umowność przedstawianej historii.

Henryka Wach-Malicka
Dziennik Zachodni (źródło)