TEATR WOŁA: CHODŹCIE DO MNIE

Teatr Miejski w Gliwicach_ Czuj_fot Michał BuksaTrzeba się wyzbyć egoizmu, odłączyć myślenie o swoich artystycznych wizjach i przejść na pozycję kogoś, kto zajmuje się tworzeniem kulturalnego uniwersum wokół teatru.

Rozmowa z Łukaszem Czujem, dyrektorem artystycznym Teatru Miejskiego w Gliwicach.
Małgorzata Lichecka: Posiadanie własnej sceny i zespołu to komfort? Dotąd był pan raczej człowiekiem do wynajęcia, teatralnym wędrowcem.

Łukasz Czuj: W Gliwicach mamy sytuację wyjątkową, zmieniamy dotychczasową formułę teatru: musimy od podstaw zbudować zespół i stworzyć program, ale też, co już się dzieje, zmierzyć się z infrastrukturą techniczną, niesłychanie zaniedbaną i wymagającą wielu inwestycji. Po 18 latach od debiutu w teatrze zawodowym jestem w momencie, w którym mogę wykorzystać doświadczenia z pracy z innymi scenami, ale też muzeami, gdzie zajmowałem się tworzeniem, od podstaw, rozbudowanych wystaw narracyjnych. Zarówno krakowska Fabryka Schindlera, jak i wystawa o historii Górnego Śląska dla Muzeum Śląskiego w Katowicach, zaczynały się od pustych gmachów, a potem, wspólnie z licznym gronem współpracowników, budowałem wielkie, scenograficzno-teatralne opowieści z budżetami ponad 8 milionów każdy.

ML: Na Nowym Świecie też jest tylko gmach.

ŁC: Wbrew plotkom, teatr żyje i choć nie ma już Gliwickiego Teatru Muzycznego, jest Teatr Miejski w Gliwicach, z przejętym po poprzedniej instytucji licznym zespołem technicznym, pracowniami, obsługą sceny, administracją, pracownikami kina, bez których istnienie tej instytucji byłoby niemożliwe.

ML: Nie bał się pan, że zgotują tu panu powitanie, jak we Wrocławiu. Aktorzy, na znak protestu, kupili Cezaremu Morawskiemu, nowo mianowanemu dyrektorowi, bilet powrotny do Warszawy.

ŁC:  Wejście w gliwicką sytuację nie było ani łatwe, ani komfortowe. Jednak w przeciwieństwie do sytuacji wrocławskiej, co trzeba podkreślić, odbyło się według absolutnie czystych reguł. Od dyrektora naczelnego Grzegorza Krawczyka, którego wcześniej nie znałem osobiście, dostałem propozycję objęcia funkcji dyrektora artystycznego. Wyszukał mnie, sprawdził i uznał, że mogę być zainteresowany takim projektem. Mam świadomość żalu artystów, przez wiele lat pracujących dla GTM. To dla mnie naturalne. Jednocześnie podzielam sens i niezbędność zmian, których należało w teatrze przy Nowym Świecie dokonać. Dotychczasowa formuła, bez dodatkowych milionów dotacji, nie miała szansy na dalszy rozwój. Ważną rolę w przyjęciu tej propozycji pełnił też fakt, że od debiutu jestem zawodowo mocno związany ze Śląskiem i bardzo lubię tutaj pracować. Oglądając Śląsk z różnych perspektyw, poczyniłem pewną obserwację, będącą pośrednio wytyczną dla mojej pracy w Gliwicach. Chodzi o potencjał do zagospodarowania, często przez mieszkańców bagatelizowany. Mnie, przybyszowi z zewnątrz, łatwiej go dostrzec. Ogląd człowieka z zewnątrz, sprawdzającego się w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu, ale też w Legnicy i Bielsku-Białej, chcę tutaj wykorzystać.

ML: Miał pan już okazję to zrobić. Przez dwa sezony (1998-2000) był pan doradcą programowym GTM i zrealizował dwa widowiska: „Studnię skarbnika” oraz „Miłość, zbrodnię i sikawkę”.

ŁC:  W 1998 Paweł Gabara właśnie został dyrektorem i miał bardzo ambitne plany: chciał stworzyć nowoczesną scenę teatru muzycznego. Trochę nawiązująca do tego, co oferowała wtedy chorzowska Rozrywka czy Teatr Muzyczny w Gdyni. Pomysł mi się podobał, ale był kłopot ze znalezieniem partnerów do robienia takiego teatru.

ML: Partnerów w zespole?

ŁC:  Też. Choć wówczas brakowało na rynku także reżyserów, dramaturgów. Do „Miłości, zbrodni i sikawki” zaangażowaliśmy chórzystów, najmłodszych artystów z zespołu, najbardziej otwartych, gotowych do eksperymentowania, poszukiwania nowego teatru. Ich ówczesna młodzieńcza energia bardzo dobrze się sprawdziła. Równolegle rozmawialiśmy z ówczesnymi solistami, ale ich sposób myślenia o teatrze bardzo mocno kształtowała operetka. Byli wybitnymi specjalistami w tej dziedzinie, natomiast wielki problem sprawiało im przestawienie się na piosenkę aktorską, opowieść poetyckim tekstem, improwizację, rzeczy, bez których współczesny teatr muzyczny nie istnieje.

ML: Trudno czynić im z tego zarzut.

ŁC: Jestem od tego daleki, po prostu operetka jest czymś innym. W wielu miejscach dyrektorzy mierzą się z odpowiedzią na pytanie, czy możliwe jest połączenie jej z musicalem i teatrem muzycznym, a przykłady scen z Wrocławia, Warszawy i innych pokazują, że nie. Eksperyment prowadzony przez lata w Gliwicach, polegający na próbie połączenia warsztatu musicalowego i operetkowego, był obarczony wielkim ryzykiem. De facto powinny istnieć dwa zespoły: soliści operetkowi oraz aktorzy dramatyczno -muzyczni. Ale to niesłychanie kosztowne, oznacza bowiem zatrudnienie olbrzymiej ilości ludzi i żaden miejski budżet nie jest w stanie takiej kwoty zainwestować. Myślę, że w Gliwicach właśnie z tego powodu nie było możliwości zrobienia mocnego kroku do przodu.

ML: Śledząc pana twórczość, da się zauważyć co najmniej kilka kluczowych zainteresowań: surrealizm, teatr absurdu, oberiuci, rosyjska i niemiecka bohema lat 20.i 30. Jaki będzie teatr Czuja w Gliwicach?

ŁC: Zniknięcie z nazwy określenia „muzyczny” nie oznacza, że muzyczność zniknie z Teatru Miejskiego.

ML: Muzyka to przecież pana specjalność.

ŁC: To prawda. Poświęciłem jej całe teatralne życie, dlatego na pewno będzie obecna, bo nie ma nic piękniejszego na scenie, niż żywa orkiestra i aktorzy. Myślę o teatrze muzycznym w tym znaczeniu, w jakim tworzy się dziś teatr dramatyczny: w centrum są oryginalne spektakle, do których pisze się nową muzykę, scenariusze odnoszące się do otaczającej nas rzeczywistość, w jakiś sposób ją definiujące, wchodzące w dialog z publicznością. To mnie teraz najbardziej interesuje.

ML: „To”, czyli co?

ŁC: Tworzenie teatru w żywy sposób opowiadającego o emocjach, nierezygnującego jednocześnie z rozrywkowego charakteru. Jedyny teatr w mieście musi łączyć bardzo wiele zadań, od których uciekają instytucje komercyjne. Na przykład edukacyjnych. Będzie to nasza misja, bo przecież budujemy kulturę nie tylko po to, by ją sprzedawać i na niej zarabiać, ale także inwestować w wartości. Podstawowym zadaniem teatru jest produkowanie spektakli i tworzenie przestrzeni do rozmowy wokół tych przedsięwzięć. Nie zajmują się tym media publiczne i szkoły, więc teatr sam musi zadbać o siebie, nauczyć i uczyć widza języków współczesnego teatru, tradycji teatralnej czy opowiadania o literaturze. Stąd nasz pomysł przekształcenia Gliwickich Spotkań Teatralnych w cykl całoroczny. Widzowie będą mogli, na bieżąco, oglądać najciekawsze spektakle produkowane w polskich teatrach, spotkać ulubionych aktorów. Już jesienią pojawią się na scenie przy Nowym Świecie Jerzy Trela, Jerzy Stuhr, Dorota Stalińska, Kacper Kuszewski, Katarzyna Zielińska, w namiocie cyrkowym swoją polską premierę da Teatro Tato ze spektaklem w reżyserii Ondreja Spisaka, na scenie Bajka Osiecką zaśpiewa Katarzyna Groniec, w Ruinach zagra Czesław Mozill.

ML: Słuchając pana, obawiam się, czy przypadkiem przy Nowym Świecie nie powstanie jakiś dom kultury, a ta działalność edukacyjna to trochę pod przymusem.

ŁC: Absolutnie nie. Realizując własne spektakle, robię to w zgodzie z wewnętrznym przekonaniem i intuicją. Czymś innym jest realizowanie marzeń czy artystycznych oczekiwań, czymś innym natomiast to, jak ma wyglądać nowoczesna instytucja kultury. Widz przychodzi do teatru i często nie rozumie wielu rzeczy. W czasach, kiedy prężnie działał teatr telewizji, publiczność w każdym miejscu w Polsce mogła zobaczyć premiery nowych, współczesnych tekstów i klasyki. Dziś nie bardzo ma gdzie je oglądać, nie ma dostatecznej erudycji, i w końcu odwraca się od teatru. Dlatego edukacja jest tak ważnym zadaniem miejskiej instytucji kultury.

ML: Pytam o ten przymus, bo będzie pan musiał oddzielić Czuja – twórcę od Czuja – koordynatora pracy teatralnej. To dwie różne sfery, które się często nie spotykają.

ŁC: Trzeba się wyzbyć egoizmu, odłączyć myślenie o swoich artystycznych wizjach i przejść na pozycję kogoś, kto zajmuje się tworzeniem kulturalnego uniwersum wokół teatru. Trzeba pamiętać, że nasz jest miejscem szczególnym – niebawem z czterema scenami (w listopadzie planujemy otwarcie Małej Sceny przy Nowym Świecie), bardzo dobrym kinem studyjnym Amok. Taka struktura organizacyjna narzuca formułę działania – powinnością jedynego teatru w mieście jest różnorodność. Trywialne, ale prawdziwe, gdyż największym błędem wielu polskich scen jest hermetyczność: teatr adresowany do jednego, bardzo wysublimowanego grona odbiorców. Moje ostatnie spektakle są najlepszym tego przykładem. Po rockowo-popowym widowisku „Noc w Kosmosie”, po projektach adresowanych raczej dla młodej widowni Teatr Fredry w Gnieźnie zaprosił mnie do zrobienia spektaklu dla seniorów. Byłem tym nieco zdumiony, ale podjąłem wyzwanie i tak powstał „Klub samotnych serc Portofino”, opowieść o zawiedzionych miłościach, ułożona z piosenek z lat 50. i 60. Z przyjemnością mogą powiedzieć, że faktycznie na widowni zagościły osoby pamiętające przeboje Ludmiły Jakubczak, Nataszy Zylskiej czy Sławy Przybylskiej. Przyszli też dużo młodsi, ciekawi klimatów z tamtych lat. „Klub” idealnie wpisał się w moją teatralną myśl o muzyce łączącej pokolenia.

ML: Kiedy Teatr Miejski przygotuje swój pierwszy spektakl?

ŁC: Teraz najważniejszy jest zespół, znalezienie interesujących aktorów, dysponujących rozbudowanym warsztatem muzycznym i dramatycznym, będących w gotowości do sprostania trudnym zadaniom. Pierwsza premiera przewidziana jest na grudzień, będzie to spektakl muzyczny w mojej reżyserii, z udziałem nowo przyjętych aktorów. Zaraz potem planujemy dwie premiery adresowane do publiczności dziecięcej. Ale też cały czas moje myśli krążą wokół najnowszej historii miasta, związanej na przykład z losami Kresowiaków, mam też pomysł na spektakl kryminalny, osadzony w realiach przełomu lat 70. i 80. Pracujemy również nad czymś, co roboczo nazwaliśmy „Gliwickim śpiewnikiem miejskim”. Zaprosimy mieszkańców do jego współtworzenia, będą mogli przysyłać i przynosić piosenki, utwory rodzinne, a my ułożymy z nich śpiewnik, po to, by poszukać wspólnej przestrzeni muzycznej, poznać się wzajemnie. Chcemy być otwarci na widza, dlatego myślę o spektaklach wędrujących, rozgrywających się w różnych miejscach Gliwic.

ML: Pana domeną jest przedwojenna Rosja i Berlin, kabarety, poezja absurdu, duszna atmosfera, politycznie określona. I tak sobie myślę, czy przedwojenne Gliwice też nie byłyby pod tym względem ciekawe.

ŁC: Ruiny Teatru Victoria już są takim pomostem, wszak wielu artystów kabaretów berlińskiego i monachijskiego występowało na tej scenie przynajmniej do 1933 roku, dopóki nie włączyła się polityka i nie wyeliminowała twórców pochodzenia żydowskiego. Marzy mi się lokalny Eberhard Mock, jak ten z powieści Marka Krajewskiego o Wrocławiu, tylko związany z przedwojennymi Gliwicami i widowisko zbudowane wokół tej postaci.

ML: Trwają przesłuchania do zespołu, zgłaszają się absolwenci szkół aktorskich, muzycznych, ale też artyści dojrzali. Jakieś olśnienia?

ŁC: Rzeczywiście, przesłuchaliśmy już dużą grupę absolwentów szkół wrocławskiej i krakowskiej i znalazłem kilka bardzo interesujących osób. Oglądałem zresztą ich sceniczne dyplomy i od dłuższego czasu śledzę to, co robią. Docelowo zespół będzie liczył piętnastu aktorów i aktorek, nie tylko na stałych umowach. Zaangażujemy też ludzi do konkretnych projektów, a nowością będą rezydencje – już zaprosiłem aktorów teatru Papachema, absolwentów białostockiej Akademii Teatralnej, realizujących spektakle dla dzieci i współpracujących z teatrami Montownia i Polonia.

ML: Skąd u pana zamiłowanie do teatru?

ŁC: W liceum uznałem, że potrafię napisać jednoaktówkę i z kolegami ją wystawię. Pojechaliśmy z powstałym w dwa tygodnie spektaklem na festiwal szkół średnich i dostaliśmy za nią nagrodę. Potem był kabaret, czyli doskonała forma konfrontacji z rówieśnikami, bo można było od razu, na gorąco zweryfikować, czy skecze się podobają. Odbyłem długą podróż w poszukiwaniu własnego teatru. W Krakowie, w latach 80., miałem szansę z bliska obserwować wyjątkowe zjawiska: Teatr Cricot 2 Tadeusza Kantora, Piwnicę pod Baranami – wtedy w rewelacyjnej formie z Piotrem Skrzyneckim, budującym magię sobotnich kabaretów, na które dzięki protekcji ciotki mojego kolegi z liceum chodziliśmy bardzo często. Bywałem na spektaklach Teatru Starego – reżyserowanych przez Andrzeja Wajdę, Jerzego Jarockiego, potem na pierwszych realizacjach Krystiana Lupy.

ML: Ale przecież młodzieńcza fascynacja przechodzi i pojawia się pytanie, czy to będzie moje życie i jak to będzie, kiedy sam będę robił teatr.

ŁC: Zaczynałem liceum w klasie biologiczno – chemicznej z mocnym wewnętrznym przekonaniem, że to kierunek właściwy. W połowie nauki, pod wpływem literatury i teatru, okazało się, że dużo lepiej odnajduję się w tej sferze. Moja praca artystyczna, mimo że często sięgam po nowe formy, dotyczy cały czas tego samego: budowania opowieści o ludziach, historii i szukania do nich atrakcyjnych środków wyrazu.

ML: Urodził się pan w Nowej Hucie, mieszka w Krakowie, w Galicji, zupełnie innej mentalnie niż Śląsk, także jeśli chodzi o publiczność. Przemieszcza się pan między różnymi ośrodkami, jakoś w tym tyglu funkcjonując.

ŁC: W Nowej Hucie mieszkałem dość krótko, bo moi rodzice szybko przeprowadzili się do „właściwego” Krakowa. Do Nowej Huty wróciłem jako reżyser na początku 2000 roku. Teatr Ludowy był dobrą szkołą konfrontacji z trudną, kapryśną publicznością, nie tak łatwo godzącą się na to, co prezentuje się na scenie. Bywam na prawie każdym swoim spektaklu, stoję z tyłu widowni i słucham reakcji, potem kręcę się po foyer, nasłuchując opinii. To pozwala na bieżąco korygować swoje myślenie o teatrze, widzę, gdzie myśl przenosi się przez scenę, a gdzie zawisa w próżni. Wówczas mieszkańcy Nowej Huty chętniej jeździli do Krakowa, do Teatru Starego, Słowackiego czy Bagateli. Bardzo dużo czasu zajęło, wtedy jeszcze dyrektorowi Fedorowiczowi, przekonanie jej do wyboru lokalnej sceny. Doświadczenie nowohuckie pokazuje proces, który trzeba rozpocząć. Wcale nie łatwy, bo w teatrze oczekiwanie na natychmiastowy efekt jest wielkim błędem. Doskonale wiemy, że dziś bardzo wiele osób obraziło się na gliwicki teatr. Patrzą z nieufnością i niechęcią na zmiany i nasze propozycje repertuarowe, pojawia się wiele ironii, powątpiewania, oczekiwania, że to się pewnego dnia zawali. Nie zawali się, bo teatr to nasze życie.

źródło: http://www.nowiny.gliwice.pl/teatr-wola-chodzcie-do-mnie