Tuwim dla dzieci, Tuwim do dzieci

W przedstawieniu Połońskiego mamy do czynienia z przemyślanym i ciekawie zrealizowanym zamysłem, który pozwala twórcom „domknąć” ukazywaną na scenie opowieść, sprawić, by mówienie Tuwimem (i o Tuwimie) z jednej strony nie wydawało się bezkontekstowe, a z drugiej – by oferowało widzowi coś więcej niż możliwość wysłuchania znanych i lubianych wierszy.

Gliwicki Tuwim to postać ukazana na kilku poziomach, które można by opisać następująco: poeta w wierszu, wiersz w poecie, poeta w świecie, świat w poecie. Dwie pierwsze realizacje odnoszą się do sposobu ujęcia spuścizny Tuwima, którą w przedstawieniu – oczywiście poza warstwą tekstową – oddają wszechobecne książki: potraktowane jako element scenografii oraz rekwizyty. Twórcy poszli jednak o krok dalej, nie zdecydowali się wyłącznie na taką symboliczną, powierzchowną reprezentację – poeta u Połońskiego niejako „wychodzi” z tych wykorzystywanych i poustawianych w stosy książek, unosi się nad nimi. W wyobrażeniu reżysera autor „Zosi Samosi” nie jest pisarzem schowanym za wierszem, postacią bytującą wyłącznie w podręcznikach do historii literatury, tylko staje się żywą, interesującą, pełną energii osobą. Maciej Piasny, który w pokazie odgrywa (choć nie wiem, czy to najlepsze słowo; należałoby raczej powiedzieć, że symbolizuje lub prezentuje) samego Tuwima, „wyciąga” go zza tekstu – aktor, otwierając i wertując wielką książkę, determinuje bieg wydarzeń: powoduje opowieść, sprawia, że na scenie ucieleśnia się wyobraźnia jednego z najważniejszych artystów dwudziestolecia międzywojennego. Dwie pozostałe realizacje – czyli poeta w świecie i świat w poecie – odnoszą się nie tyle do samego Tuwima, ile do procesu twórczego. Znamienna w przedstawieniu okazuje się jedna ze scen, gdy Piasny na środku sceny pisze w notatniku, a wokół niego dzieje się tworzony właśnie wiersz – tak, jakby widzowi dane było obserwowanie wyobraźni pisarza, dojrzenie tego, co poprzedza moment zapisu, wejście do poetyckiego świata „Lokomotywy” czy „Abecadła”. Ten moment prezentacji z jednej strony pokazuje wyjątkowość i autentyczność poezji Tuwima, a z drugiej strony uwiarygadnia go jako człowieka w oczach młodszego odbiorcy – poeta staję się w tym wypadku kimś namacalnym, autentycznym, nie tyle wymyślającym zabawne i pouczające wiersze, ile spisującym je z otaczającego go świata.

Chwilę po premierze, zaraz po wyjściu z sali teatralnej, moją uwagę przykuł chłopiec, który – komentując plakat (tak na marginesie: rewelacyjny!) promujący „Tuwima dla dzieci” – zauważył, że znajdują się na nim wszystkie rekwizyty, które zostały wykorzystane na scenie – między innymi okulary (do wiersza o wiadomym tytule), skakanka (bo przecież „gdyby [kózka – dod. aut. rec.] nie skakała, / Toby smutne życie miała”) oraz rzepa (którą wszyscy jak jeden mąż ciągnęli i ciągnęli, a wyciągnąć i tak nie umieli). Niby nic takiego, zwykła konstatacja, ale trafnie oddająca porządek rzeczy: twórcy wykreowali na tyle kompletną, spójną i wiarygodną rzeczywistość sceniczną, że wszystko wydaje się w niej uzasadnione i potrzebne. Rekwizyty stają się czymś więcej niż przedmiotami pomagającymi zobrazować tekst – uzmysławiają nam, że świat zabawek (rozumiany jako przestrzeń dziecka) staje się niejako światem Tuwima. Tak jak poeta potrafi uczynić codzienne, zwykłe przedmioty obiektem twórczego zainteresowania, tak też aktorzy – w intuicji reżysera i scenografki (Joanny Martyniuk) – powinni je równie wiarygodnie i „magicznie” ograć (przykładem jest fenomenalnie zaadaptowany „Pan Maluśkiewicz i wieloryb”).

Twórcom w wystawianiu Tuwima nie brakuje wyobraźni, przebojowości i polotu. Przedstawienie Połońskiego zagrane jest z dużą energią i werwą, co sprawia, że zarówno młodszy, jak i starszy widz nie odczuje znużenia – na scenie wiele się dzieje, a aktorzy pozostają cały czas w ruchu. Dobrą decyzją było pokierowanie pokazu w stronę musicalu (na pochwałę zasługują świetne aranżacje Łukasza Damrycha), która okazuje się o tyle trafiona, o ile pozwala z jednej strony utrzymać uwagę młodszego odbiorcy, a z drugiej wykorzystać potencjał gliwickiego zespołu. W „Tuwimie dla dzieci” łatwo zachwycić się scenami zbiorowymi: zarówno choreograficznie, jak i aktorsko przedstawienie zostało przygotowane bez zarzutu – widać dużą pracę z aktorami, ewidentne zgranie i świadomość własnych możliwości. Gliwicka adaptacja zasługuje na uwagę – Połoński przygotował bowiem bardzo ładny, dobrze wyreżyserowany, zagrany i zaśpiewany spektakl, który zdaje się mówić: „czytajmy Tuwima, bawmy się jego wierszami!”. Ja powiem więcej: „czytajmy, a najlepiej wraz z Teatrem Miejskim w Gliwicach!”. Zwłaszcza że niebawem – bo już w styczniu – do oferty dla dzieci dołączy propozycja dla dorosłych. Wszak Tuwim nie tylko o rzepie i lokomotywie pisał…

Kamil Bujny

teatrdlawszystkich.pl

26 listopada 2019 r.

źródło