Walący się salon z dziwakami

Reżyser spektaklu, Paweł Aigner, postanowił pobawić się i tekstem, i inscenizacją. Zresztą, ma tak w zwyczaju, więc można było spodziewać się takich właśnie rewelacji w gliwickim „Ożenku”. I są to rewelacje rewelacyjne, sądzę, że nie krzywdzące tekstu, dające przednią zabawę widzom i chyba wielką satysfakcję aktorkom i aktorom, którzy znaleźli się w obsadzie.

Pierwsze oko reżyser puszcza do nas już w pierwszej scenie, kiedy to Podkolesin przygotowuje się do wizyty u Agafii – ewentualnej wybranki swego serca. Tyle tylko, że wydaje się ono już zajęte – przez przystojnego sługę Stiepana, który generalnie robi dobrą minę do złej gry. Wszak jego pan – być może by ukrócić jakieś plotki – chce się żenić, a więc ich intymne relacje w domowym zaciszu staną pod znakiem zapytania.

Kolejne żarciki reżyser stroi sobie między innymi kiedy ze ścian różowego salonu w posiadłości Agafii zaczynają odpadać obrazy, a później – gdy cała skomplikowana scenografia zaczyna się… walić! Cudnie więc oglądamy nie tylko metaforyczne, ale zupełnie dosłowne burzenie iluzji czwartej ściany w teatrze.

Jednocześnie akcja posuwa się naprzód jak gdyby nigdy nic – aktorzy idealnie odnajdują się w tej dekonstrukcji, zgrabnie uciekają spod walących się ścian, wygłaszając kolejne dialogi i monologi. Jasne – niektóre z nich z perspektywy widza z XXI wieku – dotyczące kobiet, małżeństwa, miłości – są absurdalne i niedorzeczne, więc… śmiejemy się z nich jeszcze bardziej, bo ten spektakl do zadumy i smutku nie skłania. Jak już to tylko do łez, ale takich, które toczą się po policzku z nadmiernego śmiechu.

Na szezlongu w szlafroku leży aktor Błażej Wójcik. Obok na fotelu siedzi beztrosko aktor Dominik Mironiuk.

Oglądanie tylu nieporadnych typów ludzkich zgromadzonych w jednym, powoli rozpadającym się salonie to czysta przyjemność, w przeciwieństwie do bałaganu, który rozlewa się po scenie w kolejnych odsłonach. Wszak świat ma skłonności do entropii, a XIX-wiecznej rzeczywistości dawno już nie ma, pozostały tylko bibeloty…

Ubaw po pachy powodują kolejni absztyfikanci Agafii, ale także trzpiotowaty sposób bycia samej panny na wydaniu i jej „świty”, czyli ciotki, służki oraz swatki. Oczywiście najbardziej bawi nas sposób prezentacji treści Gogolowskiej sztuki przez aktorów, a ci grają wybornie! Na poważnie, ale lekko. Z nutką przesady, ale bez zbytniego wyolbrzymiania przywar swoich postaci. Są wszyscy tak nieporadni, że aż słodcy.

Wśród pań prym wiedzie oczywiście Karolina Olga Burek jako Agafia Tichonowna – panna na wydaniu, centralna postać, bohaterka tego całego zamieszania. Gra dziewczynę naiwną, bez doświadczenia w prowadzeniu flirtu, ale uroczą w swoim zagubieniu. Świetnie  wypadają sceny, kiedy Agafia spotyka swoich adoratorów, gdy ci na osobności z nią flirtują oraz kiedy – w finale – czeka na ślub. Emocje sięgają zenitu, co widać na jej okrągłej buzi. Nie mniejszą uwagę przyciąga Aleksandra Maj w roli bezpośredniej, momentami nieokrzesanej swatki Fiekły, która ciska słowami jak kulami na lewo i prawo. Dostojna i przystojna ciotka (Katarzyna Wysłucha) oraz roztrzepana Duniasza (Antonina Federowicz) stanowią miłe dopełnienie tej damskiej kohorty.

Spośród panów pierwsze skrzypce gra Błażej Wójcik jako Podkolesin, choć czasem cały show kradnie Łukasz Kucharzewski, tu Jajecznica. Jest świetny, w szczególności kiedy opowiada o udrękach zalotów i na chwilę się jakby zawiesza. Z kolei Wójcik gra szalenie wstydliwego elegancika, ale jakże uroczo nieporadnego podstarzałego amanta.

Dobrą robotę wykonuje również Przemysław Chojęta jako Koczkariew, energiczny przyjaciel Podkolesina, w przeciwieństwie do samego absztyfikanta. Każde jego pojawienie się jest efektowne, burzliwe, pełne napięć. Nie sposób nie docenić także Macieja Piasnego jako dziarskiego Żewakina oraz Krzysztofa Prałata jako nieco zakompleksionego oficera w stanie spoczynku. Wszyscy członkowie i członkinie obsady tego spektaklu dają nam powody do radości. Scena grupowa ze spektaklu "Ożenek" w centrum Karolina Olga Burek w wystawnej sukni, wokół niej zamieszanie

„Ożenek” Teatru Miejskiego to również uczta dla oka pod względem wizualnym. Bogate, barwne, czasem krzykliwe kostiumy, które korespondują z dawną carską Rosją wyszły spod ręki Zofii de Ines, zaś drobiazgową scenografię zaprojektowała Magdalena Gajewska. Na ścianach wiszą kunsztownie wykonane reprodukcje (m.in. pyszniący się w bawialni Podkolesina „Bachus” Caravaggia), ale jest też i miejsce na… upstrzoną kwiatami i balonami karocę, która zawiezie Agafię do ślubu (co z tego, że jej wybranek uciekł, znajdzie się inny)! Jest też prawdziwy ogień, a w tle tej szalonej gonitwie uczuć przygrywa – nieco podrasowany – wdzięczny Szostakowicz.

Dawno się tak dobrze nie bawiłam, oglądając klasyk, ot co (i nie tylko ja, inny uczestnicy również)! I z pewnością o to właśnie chodziło twórcom tego widowiska, ich zamysł więc oraz jego wykonanie oceniam celująco. To sztuka wyprodukować nową jakość z dobrze znanej… sztuki!

Marta Odziomek

Gazeta Wyborcza Katowice

źródło

Przejdź do treści