Wszechogarniająca katastrofa

Marta Odziomek, Gazeta Wyborcza

„Wszechogarniająco” Nikołaja Kolady w reż. Tomasza Mana w Teatrze Miejskim w Gliwicach. Pisze Marta Odziomek w Gazecie Wyborczej – Katowice.

«Wydawało się, że ten spektakl jest skazany na sukces. Po pierwsze – była to polska prapremiera sztuki lubianego przez nas Nikołaja Kolady. Po drugie – powstała w koprodukcji z warszawskim Teatrem IMKA. A po trzecie – w obsadzie znalazły się dwie znane, utalentowane i doświadczone aktorki. Nic z tego.

„Wszechogarniająco” to sztuka niełatwa. Wręcz bardzo trudna do zagrania. O życiu i o teatrze. O życiu w teatrze. O dwóch aktorkach, które to życie teatrowi poświęciły, ale teatr nie uczynił ich – w zamian za to poświęcenie – gwiazdami. Przez cztery dekady Nina i Wiera, bohaterki „Wszechogarniająco”, grywały ogony, role poślednie, drugoplanowe. I generalnie nie pałały do siebie sympatią, choć wiele je łączyło. Po latach obie panie spotykają się w sali prób w swoim teatrze. Wiera jeszcze jest w zespole aktorskim, Nina już go opuściła – przeszła na etat inspicjentki, więcjej gorycz jest stokroć większa niż koleżanki. Ta może jeszcze pomarzyć o swoim „le grand finał” na scenie. Marzy, ale nie tylko. Postanawia to marzenie urzeczywistnić. Wynajduje jakąś nieznaną nikomu kostiumową sztukę o dziwnym tytule „Wszechogarniająco” i chce, aby dyrektor umieścił ją w – skądinąd bar dzo pesymistycznym, pełnym sztuk o umieraniu – repertuarze. Oczywiście z Wierą w jednej z głównych ról. Najpierw jednak aktorka chce się do niej przygotować. Nie potrafi jednak sama wyuczyć się jej na pamięć, potrzebuje pomocy koleżanki po fachu, by wspólnie przeczytać scenariusz. Tak oto obie aktorki znajdują się w sali prób. Wspólne czytanie sztuki, na które Nina nie od razu się godzi, jest okazją do wspominania dawnych lat. Wspominanie to oczywiście jest pełne emocji, przeważnie złych. Są pretensje, żale, obwinianie drugiej strony i całego świata o niepowodzenie pierwszej.

Bilety jak świeże bułeczki

W roli Niny na scenie Teatru Miejskiego w Gliwicach wystąpiła Ewa Dałkowska, aktorka, którą podziwiać można m.in. w awangardowym Nowym Teatrze prowadzonym w Warszawie przez Krzysztofa Warlikowskiego, guru nowoczesnego teatru nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Wcześniej grała w stałym zespole aktorskim na deskach Teatru Śląskiego oraz Teatru Powszechnego. W Wierę z kolei wcieliła się Maria Pakulnis. Była w stałym składzie aktorskim warszawskich teatrów: Współczesnego, Dramatycznego i Ateneum. Obie panie są aktorkami doświadczonymi, mają za sobą lata pracy w teatrze, ale i w filmie. Są publiczności znane i są przez tę publiczność raczej lubiane. Nie dziwi więc fakt, że bilety na premierę w Gliwicach i kolejne spektakle rozeszły się jak świeże bułeczki. Ba, do repertuaru dodano nawet kolejny termin, bo zainteresowanie tym tytułem okazało się jeszcze większe, niż przewidywano. Spektakl wyreżyserował twórca doświadczony – Tomasz Man, nie tylko reżyser, ale również dramaturg, autor wielu słuchowisk w Teatrze Polskiego Radia. W naszym regionie parę dobrych lat temu zrealizował m.in. „Moją Abbę” i „EU” w Teatrze Śląskim w Katowicach oraz „Plotkę” w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Premiera „Wszechogarniająco” wyprodukowana została przez dwa teatry – Teatr Miejski w Gliwicach i IMK-ę w Warszawie, którą kieruje znany z kina i telewizji aktor Tomasz Karolak. Dzięki temu, że to koprodukcja właśnie, w dodatku z Karolakiem, widzowie w Gliwicach mieli szansę zobaczyć znane aktorki. Wiadomo – w zespole formującego się wciąż, stosunkowo nowego Teatru Miejskiego nie ma znanych aktorów i aktorek (co nie znaczy, że utalentowanych też nie, bo tacy w nim oczywiście są!). Nie ma też artystów w średnim wieku i starszych, szeregi zapełniają raczej młodzi, który nabierają szlify. Bohaterów „w wieku posuniętym” zatem nie zagrają. Decyzja o koprodukcji z IMKĄ, która pomogła pozyskać doświadczone i znane aktorki, wydała się więc dobrym pomysłem. I to by było na tyle.

Katastrofa podczas premiery

Podczas piątkowej premiery doszło bowiem do małej katastrofy. Sądzę, że zawinił brak odpowiedniej ilości czasu potrzebnego do przygotowania się do tak wymagającego spektaklu. Sprawę zawalił po pierwsze reżyser, któremu brakło pomysłu na inscenizację tego tekstu. Jedna zastawka i kilka rekwizytów nie wystarczą. Albo inaczej – wystarczą, jeśli aktorki byłyby odpowiednio ustawione, wymyślone. A nie były. A przecież są aktorkami utalentowanymi. Reżyser nie wykorzystał więc dostatecznie tej szansy. Nie popisała się też Ewa Dałkowska, która co kilka minut zapominała tekstu, więc w rezultacie podpowiedzi suflerki było słychać co chwila. Aktorka – i to już od samego początku – nie grała, tylko myślała o tym, co ma mówić. Efekt? Rola niewiarygodna, dziwna, oderwana od sytuacji. Wymachiwanie rękami, bezładne błądzenie po scenie, brak po prostu gry aktorskiej… I brak partnerowania Marii Pakulnis, która próbowała ratować sytuację, ale jej się to jednak nie udało. Nie można jedną rolą unieść tak ważnego duetu, kiedy druga jest w powijakach. Ewidentnie też aktorka miała gorszy dzień, nie potrafiła wykrzesać z siebie tak potrzebnej do tej kreacji energii. Wychodzi na to, że twórcy, aktorki i reżyser – być możne z zapracowania – nie dość mocno skupili się na przygotowaniach. Chyba pierwszy raz w życiu było mi dane oglądać tak niedopracowane przedstawienie. Mam wielką nadzieję, że zawinił właśnie ów brak czasu, a nie myślenie rodzaju: „Gliwice to i tak prowincja, więc możemy zagrać chałturę”.

Zawiódł mnie też trochę sam tekst sztuki autorstwa, jak już wspomniałam, Rosjanina Nikołaja Kolady, człowieka teatru, dyrektora, reżysera, pisarza, aktora i również scenografa. Pisał go z doświadczenia. Sam ma zespół aktorski, w którym z pewnością są aktorzy niespełnieni, a już powoli żegnający się ze swoim fachem. Rozgoryczeni. Przeczuwający, że zaprzepaścili swoją karierę, a może i swoje życie. I jest w tej sztuce kilka ciekawie spisanych dialogów, sytuacji trzymających w napięciu, tekstów, które pozwalają się widzowi nagle roześmiać czy też zasmucić. Same bohaterki są zgrabnie zróżnicowane, przeciwstawione sobie, różne od siebie, choć też i podobne. Ale finał, w którym miały objawić się jako wielkie filozofki życia, zawodzi. Wypowiedzianych zostało kilka banalnych prawd o przemijaniu. Nic odkrywczego. Filozofii żadnej tam nie dostrzegłam. Może przez to, że przysłoniła mija nieporadna gra? Premiera w Teatrze IMKA Warszawie będzie w marcu (jak jest koprodukcja, to najczęściej są właśnie dwie premiery, w obu instytucjach produkujących spektakl). Oby tamtejsi widzowie oglądali inny spektakl. Przygotowany, przemyślany, lepiej zagrany. I oby potem w Gliwicach został powtórzony w tej lepszej wersji. Wierzę, że tak będzie.»

źródło: http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/255187.html?josso_assertion_id=E7CE09A226E8D01C