Rockowa opowieść o polskiej chorobie afektywnej dwubiegunowej

Rozmowa z Łukaszem Czujem, zastępcą Dyrektora ds. artystycznych, reżyserem i współautorem scenariusza „Domu Spokojnej Młodości”.

Teatr Miejski w Gliwicach_ Czuj_fot Agata Skrzypek

Marta Odziomek: „Dom spokojnej młodości” przenosi nas do początku lat 90. Dlaczego akurat w ten czas?
Łukasz Czuj: Jest to podróż w dość nieodległą przeszłość, ale istotną dla nas, ponieważ to, co się wówczas wydarzyło, jest ciągle aktualne i ma kontynuację w otaczającej nas rzeczywistości. Początek lat 90. – w szczególności 1989 rok – czyli czasy, kiedy skończył się w Polsce komunizm, to moment, gdy sen o wolności, który tak długo śniliśmy, zaczyna się urzeczywistniać. Jest jednocześnie początkiem, mitem założycielskim dzisiejszej rzeczywistości. Te 27 lat wolności to czas, jaki przebyliśmy od młodości po pewną dojrzałość.

A z pana prywatnej perspektywy dlaczego był to tak ważny czas?
– Ponieważ należałem do pokolenia, które w 1989 roku wkraczało w dorosłe życie. Przed Polakami otwierały się wtedy nowe możliwości i perspektywy. Mieliśmy szansę tworzyć własne projekty, otwierać prywatne biznesy. Znikł gorset polityczny i cenzura.

Była radość, ale potem przyszło otrzeźwienie.
– Tak. Wolność jest euforyczna, ale niewolna od problemów, z którymi do dziś nie potrafimy się uporać. W miarę upływu lat one zaczęły się nasilać. Jako społeczeństwo straciliśmy poczucie wspólnoty. To właśnie jej odzyskanie było na początku lat 90. ważne – czuliśmy, że jesteśmy razem. Potem nastąpiło rozwarstwienie, znikło tak ważne zaufanie. Dziś jesteśmy podzieleni na dwa wrogie plemiona. Próbuję sobie przez ten spektakl zadać pytanie, gdzie to pęknięcie się zaczęło, gdzie się pogubiliśmy.

Gdzie?
– W kapitalizmie, o którym też opowiadamy. Owa wolność gospodarcza szybko podzieliła nas na tych, którym się udało, i tych, którym nie. W komunie żyliśmy wszyscy dość podobnie. A kapitalizm przyniósł rozwarstwienie społeczne. Zaczął powodować poczucie niesprawiedliwości, żalu i agresji wśród ludzi, którym się nie powiodło. Dziś na ten podział ekonomiczny nałożyły się polityczne, obyczajowe, religijne. Dobrym przykładem jest proces, który wiąże się z relacją z Unią Europejską. To rozpoczęło się po 2000 roku, kiedy wchodziliśmy do UE. Część społeczeństwa Polski chce być w Unii, druga część nie. Woli nie integrować się z Zachodem, pozostać samotną wyspą, starać się iść własną, narodową droga, która stanowi pewną kontynuację dawnych tradycji, ale powoduje też spory i rodzi niebezpieczeństwo.

Niezła sceniczna analiza socjologiczna.
– Bez obaw – jest ona w tle! To przecież spektakl muzyczny i to właśnie muzyka, która rodzi emocje, jest tu najważniejsza. Będzie motorem napędowym kolejnych historii, które zobaczymy na scenie. Remiksujemy wydarzenia z tamtego czasu przez piosenki. Ważne wystąpienia Leszka Balcerowicza, Andrzeja Leppera, papieża czy Tadeusza Mazowieckiego zostały przetworzone na songi.

Czy będą to autorskie piosenki, czy wykorzystacie bogaty repertuar z tamtych lat?
– Autorskie utwory skomponowane przez Marcina Partykę uzupełnione będą przebojami takich zespołów jak Proletaryat, Kult czy T.Love. Usłyszymy je w nowych aranżacjach. Dwunastoosobowemu zespołowi aktorskiemu, który będzie je – w większości zbiorowo – wykonywał, towarzyszy pięcioosobowa kapela rockowa. Ten rock jest tutaj bardzo istotny.

Jak i gdzie się to wszystko zaczyna?
– Bohaterem spektaklu jest grupa młodych ludzi. Wyjątkiem jest jeden, nieco starszy od nich człowiek. Wszyscy oni wpadają w szalone lata 90. Konfrontują się z tym czasem. To niejako opowieść o pokoleniu młodych, którzy szukając wolności, zostali uwięzieni w pułapce oczekiwań i możliwości, które przyszły razem z kapitalizmem. I dziś są zmęczeni tym oraz sporami i konfliktami społecznymi. Można powiedzieć, że punktem wyjścia tej opowieści jest wolność i anarchia, a dojścia – pułapka, jaką zastawia na nas system społeczny. Chcąc przetrwać, musimy się mu poddać. Opowieść kończy się u progu lat 2000.

Będą wątki lokalne?
– Historia w „Domu spokojnej młodości” jest uniwersalna, ale są w niej i Gliwice. Będzie mowa m.in. o powstaniu Balcerka, czyli słynnego targowiska oraz o wizycie papieża Jana Pawła II w tym mieście. Jest więc trochę kontekstów. Aczkolwiek jest to opowieść, która mogłaby przydarzyć się zarówno w Gliwicach, jak i w Krakowie czy Wrocławiu.

Jednak nie to tylko rzecz o przeszłości?
– Oczywiście, że nie. Staramy się opowiadać o tym, co jest tu i teraz. Patrzymy na lata 90. z dzisiejszej perspektywy. Nie z nostalgią, ale zadając pytania o to, kim jesteśmy, dlaczego nie potrafimy ze sobą rozmawiać, kłócimy się i dzielimy, gdzie zapodzialiśmy naszą wolność, co się dzieje z tą wolnością.

Czy tej refleksji towarzyszy ocena działań narodu 27 lat wstecz?
– Absolutnie nie oceniamy tamtych czasów, ale przywołujemy pewne emocje, które towarzyszą zbiorowości. Opowiadamy o polskiej chorobie afektywnej dwubiegunowej, czyli narodowym przechodzeniu od euforii do depresji – bez stanów pośrednich. Jako Polacy szybko popadamy w ekstazę, dajemy porwać się jakiejś idei i fałszywym prorokom ją głoszącym, ale jednocześnie umiemy tych proroków szybko obalić i popaść w stan totalnej depresji. Żyjemy w ciągłym rozdygotaniu, jesteśmy albo szczęśliwi, albo bardzo nieszczęśliwi. To rodzaj choroby, która nas toczy od dawna. Ona nas wykańcza. Jednocześnie nie podajemy lekarstwa na tę chorobę. Chcemy po prostu zaprosić widza w podróż wstecz, by doświadczył pewnych emocji, które być możne zachęcą go do dyskusji.

Jak przedstawia się sfera wizualna spektaklu?
– Wszystko dzieje się w pewnej umownej, wielofunkcyjnej, trzypoziomowej przestrzeni. Nie ma jednego, realistycznego miejsca zdarzeń. To skrzyżowanie urzędu, szkoły, kościoła, biura korporacji. Przestrzeń konotuje różne znaczenia, ponieważ sam spektakl też jest ciągiem impresji i nie ma jednego wątku fabularnego. To teatralna podróż w głąb naszej podświadomości, wyznaczana rytmem muzyki.

źródła: http://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35018,21254570,rockowa-opowiesc-o-polskiej-chorobie-afektywno-dwubiegunowej.html