Ze zwyczajności w nadzwyczajność Rozmowa z Grzegorzem Krawczykiem, autorem tekstu „Chłopiec z Gliwic”

Teatr Miejski w Gliwicach_ Chłopiec_fot. Krzysztof KrzemińskiKarolina Obszyńska: „Chłopiec z Gliwic” to pana pisarski debiut, jeśli chodzi o literaturę dla najmłodszych. Proszę opowiedzieć, jak zrodził się ten ambitny pomysł.
Grzegorz Krawczyk: To zaledwie krotochwila – drobna, lekka sztuka, którą napisałem dosyć szybko. Nie traktowałem jej w kategoriach ambicjonalnych, lecz jako przyjemne ćwiczenie pisarskie. Jestem historykiem literatury, wydawcą książek i często uczestniczę w ich redakcji. Przed laty pracowałem także jako konsultant programowy w Teatrze Banialuka w Bielsku-Białej, którym kierował wówczas Piotr Tomaszuk, miałem więc idealną sposobność, żeby podglądać od kulis znakomity warsztat reżyserski i teatralny. Od tamtego czasu wysoko cenię teatr lalkowy i literaturę dla dzieci, która każdego z nas wprowadza w świat kultury powszechnej. Jako muzealnik chciałem, żeby wymyślona przeze mnie historia nie działa się za górami, za lasami, ale żeby rozegrała się tutaj, w naszym mieście, w miejscach konkretnych, jak kościół farny Wszystkich Świętych, rynek, Biała Brama. Starałem się ożywić najsłynniejszą, choć nieco zapomnianą miejscową legendę o heroicznej obronie miasta w czasie wojny trzydziestoletniej XVII wieku po to, żeby dzieci dostrzegły niezwykłość ich najbliższego, zwyczajnego otoczenia, dzięki teatrowi przemieniającego się w arenę, na której rozgrywają się rzeczy porywające.

Czym, według pana, charakteryzuje się pisanie dla dzieci? Ma pan swoje sposoby na dotarcie do najmłodszych odbiorców?
Najważniejsze to nie nudzić. To pisanie ze świadomością nieustannego zabiegania o ulotne zainteresowanie małego czytelnika/widza, o jego – co rusz przygasającą – koncentrację. Należy więc postępować tak, jak czynili rozmówcy w jednej z podróży Guliwera, bodaj na latającą wyspę Laputę, którzy byli tak nieuważni, że aby utrzymać ich skupienie, należało nieustannie uderzać o ich uszy grzechotką wykonaną z wypełnionego grochem świńskiego pęcherza, zatkniętego na tyczce. A jak zainteresować ich historią o lokalnym kolorycie, bez superbohaterów i treści znanych z popkultury?

Czy ubranie tej opowieści w konwencję komedii dell’arte pomogło?
Niepozorny chłopiec, który fortelem pokonuje potężnego wroga, to idealny superbohater. Jako muzealnik chciałem, żeby wymyślona przeze mnie historia nie działa się za górami, za lasami, ale żeby rozegrała się tutaj, w naszym mieście, w miejscach konkretnych, jak kościół farny Wszystkich Świętych, rynek, Biała Brama.
Natomiast walka dobra ze złem stanowi oś wszystkich opowieści dla dzieci. Lokalny koloryt to tło, oczywiście bardzo ważne, bo pozwala uwrażliwić najmłodszych na przestrzeń, w której żyją, ale w strukturze samej opowieści to niczego nie zmienia. A konwencja dell’arte, ze swoimi błazeńskimi popisami i nadekspresywnymi gestami, jest dzieciom bliska. Aktorzy na scenie zachowują się przecież jak dzieci.

Skąd wziął się pomysł na opowieść o chłopcu z Gliwic i na samą tę postać? Czy zrodziła się od początku do końca w pana głowie, czy powstała z jakiegoś archetypu?
Mój bohater literacki urodził się niemal w tym samym czasie, co pewien chłopiec z krwi i kości. Jest jednym z tych jakże zaradnych chłopców, którzy własnym pomyślunkiem i pracą wychodzą z biedy, pokonują przeszkody i osiągają szczęście – bez utraty szczerego i dobrego serca. To jest oczywiście archetypiczna postać, ale tacy byli i po wsze czasy będą bohaterowie literatury czy teatru. Bohaterem się staje, przechodzi ze zwyczajności w nadzwyczajność. Rzecz jasna nie jest to pisane każdemu, ale każdy powinien starać się nim zostać – w tym tkwi sedno sprawy.

Jak inscenizacja teatralna tego tekstu spotkała się z pana wizją samej historii?
Nie ingerowałem w pracę reżyserską Irka Maciejewskiego. Ustaliłem tylko zasadnicze ramy formalne commedie dell’arte i na tym poprzestałem. Scena ma swoje prawa, tekst jest jej podporządkowany. Ja wyreżyserowałem słuchowisko radiowe, które w ubiegłym roku wyemitowano na antenie Polskiego Radia Katowice.

Będzie więcej tekstów dla najmłodszych? Czy już jakieś historie chodzą panu po głowie?
Pióra nie złamałem, ale kiepsko u mnie z czasem.