Zrób sobie dobrze i idź na musical | Król Lew | Notre Dame de Paris | Miłość w Leningradzie

Teatr Miejski w Gliwicach_ Miłość w Leningradzie__Foto_Michał RamusZ cyklu przyjemne sposoby pozbywania się pieniędzy: musicale! Do Londynu na „Króla Lwa” na West Endzie. A jeśli Londyn za daleko, to do Gdyni na „Notre Dame de Paris” lub do… Gliwic! Na „Miłość w Leningradzie”.

Nie lubisz musicali? Nie czytaj dalej.

Kochasz teatr muzyczny całym serduszkiem? Rozgość się! Ten wpis jest dla Ciebie! Będzie trochę czytania oraz (a jakżeby inaczej!) co nieco do słuchania i oglądania. […]

Na koniec zostawiłam spektakl, który musicalem prawdę mówiąc nie jest – „Miłość w Leningradzie”

„Miłość w Leningradzie” Teatru Miejskiego w Gliwicach to bardzo udana hybryda rockowego koncertu i piosenki aktorskiej. Potrzeba sporej dozy dobrej woli, aby doszukać się tu jakiejś fabuły. Na stronie Teatru Miejskiego w Gliwicach czytam, że niby knajpa i jakieś pijackie widy. Ale równie dobrze to może być psychuszka i majaki obłąkańca (co trochę, ale tylko trochę przywodzi na myśl „Mistrza i Małgorzatę”).

Ale to akurat jest mało istotne. Ważne natomiast są piosenki rosyjskiej grupy Leningrad o znaczeniu i sławie, którą w Polsce można porównać do dokonań Kultu i Kazika Staszewskiego. Pierwowzorem głównego bohatera „Miłości w Leningradzie” jest zresztą frontman grupy – Sergiej Sznurow. W ojczyźnie kochany i nienawidzony po równo. Na czym zresztą wcale źle nie wychodzi. Wikipedia donosi, że w 2016 roku był najlepiej zarabiającym rosyjskim artystą.

Nie mniej jednak nie jesteśmy tu po to, aby Panu Sergiejowi zaglądać do portfela. Miast tego skupmy się na tym, co dzieje się na scenie Teatru Miejskiego w Gliwicach. Cóż się tam nie wyrabia! W dwóch słowach: tęgi melanż. Wódka leje się litrami, papierosy nie gasną, struny gitar się rwą, nóżki bezwiednie podrygują.

Spektakl „Miłość w Leningradzie” to trzydzieści piosenek (świetne tłumaczenia!), czyli trzydzieści aktorskich miniatur i trzydzieści brawurowych interpretacji. Piosenki Leningradu bywają nieprzyzwoite, zawsze są dosadne (olaboga, dużo brzydkich słów). Niby spektakl jest o Rosji i Rosjanach, ale niech pierwszy rzuci kamień ten, kto w tekstach Sznurowa nie zobaczy naszego narodu.

„Miłość w Leningradzie” to odświeżona wersja wrocławskiego przedstawienia „Leningrad”. I – true – nie jest to rzecz formatu „Króla Lwa” ani ma miarę „Notre Dame de Paris”. Ale to w niczym mu nie umniejsza. Warto!

Zofia Jurczak
„Podróże po kulturze” – blog
źródło