K/153: O cierpieniu

Łukasz Drewniak, teatralny.pl
(Fragment dotyczący „Psiego serca” w reż. Krzysztofa Rekowskiego)

Dzisiaj będzie o trzech przedstawieniach: z Wrocławia, z Nowej Huty i Gliwic. Za tydzień też o trzech, tylko o innych. I tak sobie przetrwamy w Kołonotatniku do kolejnej wojny teatralnej, rozważając różne formy i oblicza cierpienia jednostek i społeczeństw. Ludzi i zwierząt. (…)

Psie Serce Michaiła Bułhakowa reż. Krzysztof Rekowski, Teatr Miejski w Gliwicach.
W Gliwicach siedzimy na scenie, bokiem do widowni. Część kulis i prawą lożę opakowano na biało. Jesteśmy w mieszkaniu profesora Preobrażeńskiego, w jego salonie i jadalni, jego laboratorium i sali operacyjnej. Rekowski rozpina akcję między Rosją bolszewicką a współczesnością. Trochę porewolucyjnych realiów, trochę cytatów z naszego świata. Szarika gra Mariusz Galilejczyk przebrany za bezdomnego alkoholika, brodaty, zapleśniały, żałosny. Nie jest psem, ale człowiekiem traktowanym jak pies. Przy pierwszej lekturze Psiego serca Bułhakowa wydaje się nam, że Szarik – uliczny włóczęga, oblany wrzątkiem przez kucharza jest dobry: biedne zwierzę skrzywdzone przez ludzi, które profesor wykorzysta do medycznego eksperymentu, uwalniając z niego człowieka; uwolni z niego zło albo raczej zarazi je złem. U Rekowskiego inaczej. Szarik niby tuli się do litującej się nad nim sekretarki (Karolina Burek), ale obejmuje ją za mocno za nogi, zbyt seksualnie. Monolog psa jest szantażem, rodzajem donosu, groźbą seksualną.

Łukasz Kucharzewski pojawia się na scenie w czarnym futrze. Postawny, z wielką brodą wygląda jak przybysz z XIX wieku, kupiec, akademik. Siła i tradycja carskiego świata. Jego Preobrażeński wabi Szarikowa plasterkami kiełbasy. Galilejczyk je z ręki, z podłogi. Dziwnie ogląda się człowieka w takim upodleniu i pokorze. Bo już pojawił się temat dwuznaczności Szarika. Pokora zapowiada odwet. Miłość i oddanie zmieni się w swoje przeciwieństwo. Z monologu Szarika wskakujemy prosto w dziennik i wykład doktora Bormentala. Michał Wolny uruchamia jakiś aparacik w kieszeni i słyszymy jego głos z winylowej, trzeszczącej płyty. Aktor nie przypadkiem akcentuje, że jest synem carskiego śledczego. Dom Preobrażenskiego to wyspa starego ładu na oceanie bloszewickiego szaleństwa. Ale u Rekowskiego stare nie znaczy od razu dobre i uczciwe. Dziwny to dom. Jakby teatr. Preobrażeński wygłasza w nim filipiki przeciwko teatrowi nowoczesnemu, drwi z Meyerholda i młodych reżyserów, sławi świat opery. Zina Aliny Czyżewskiej, która nakrywa do kolacji długi stół, wnosi kolejne półmiski, przypomina bardziej seksualnego robota, zmechanizowaną służącą niż kobietę z krwi i kości. Lalka teatralna, manekin odkrywający swoje pożądanie wobec Bormentala, dziwiący się cielesności Szarika. Skoro świat Preobrażeńskiego to także stary teatr, bułhakowowski Szwonder i jego świta (Aleksandra Maj, Karolina Burek, Łukasz Kabus) przynoszą na scenę inną estetykę. Są z innego czasu. Ni to grupa awangardowych artystów, ni to komuna squatersów, dopiero w ostatniej scenie przemienią się w umundurowanych czekistów. Nad sceną na wielkim ekranie pojawiają się filmy udziałem Ewy Wyszomirskiej i Ryszarda Kotysa, udają test screeny pacjentów po przeszczepie zwierzęcych jąder i jajników. Odpowiedzialna za ich przygotowanie Emilia Sadowska rozdziela głos od obrazu, bawi się fakturą i montażem kadrów. Rekowski chce byśmy w ten sposób zajrzeli do archiwów Preobrażeńskiego, rekonstruuje to, co spalił i zniszczył przed finałową rewizją. Operacja przemiany psa w człowieka dokonuje się na pustym stole. Rękawiczki i białe fartuchy Profesora, Bormentala i Ziny brudzą się coraz bardziej krwią. Jakby to jatka była, a nie laboratorium. Szarik staje się Szarikowem. Galilejczyk oglądał dotąd niektóre sceny z loży, komentował zdarzenia z foteli i spod stołu, teraz wkracza w przestrzeń w Chrystusowej przepasce na biodrach i z obandażowaną głową. Ecce homo. Szarikow wymawia oderwane słowa bez związku, lepi z nich dziwne arie, uczy się chodzić w pozycji wyprostowanej. Stopniowo zdobywa samodzielność, kumpluje się ze Szwonderem i jego grupą, gania za kotami, proponuje małżeństwo sekretarce. Galilejczyk precyzyjnie dokumentuje jego pół zwierzęcy, pół ludzki status. Drapie się w nieoczekiwanych momentach, łypie psim spojrzeniem, próbuje jeść nożem i widelcem, ale palce same zwijają mu się w pięści. Kapitalna, drażniąca rola. Szarikow Galilejczyka odkrywa inne, nieznane mu dotąd typowo ludzkie rozkosze – jego twarz deptana jest bosą stopą Ziny, chce posiadać ustawowe 18 metrów w mieszkaniu profesora i odgradza sobie kącik na scenie z pomocą taśmy odblaskowej. Jest dumny z powodu otrzymania dokumentu tożsamości, prawa do pisania donosu, uczy się zmyślać i kłamać.

Rekowskiego nie interesuje sowiecka wersja opowieści o Frankensteinie. Nie bada moralności nowego człowieka i nie testuje zepsucia świata z jego pomocą. Preobrażeński i Bormental, a nawet Zina również mają w sobie cyniczną siłę. Oporu wobec rzeczywistości, korzystania z tego, z czego jeszcze się da. Jakby chcieli maksymalnie wykorzystać czas, jaki im pozostał przed nadejściem cierpienia – aresztowaniem, likwidacją. Szarik był na samym dnie egzystencji, ale było w nim już to coś zepsutego, złego, nielojalnego. Wyobraźcie sobie – w psie! Ale przecież u Rekowskiego to nie był pies, od początku nie tylko pies. Rekowski bada więc w swoim spektaklu nie źródła zła, a jego cyrkulację, metamorfozy. Pokazuje okoliczności, w których zło wzbiera i eksploduje. Szarikow zostaje w końcu z powrotem zamieniony w zwierzę. Żałosny strzęp człowieka i ledwie materiał na psa wjeżdża na scenę na wózku inwalidzkim. Trwa przeszukanie domu Preobrażeńskiego. Śledczy niszczą zastawę, upokarzają profesora i Bormentala. Zacięli się jak płyta w swoich kwestiach, okrzykach, interrogacjach. A Szarik wraca do monologu, cieszy się, że znów jest sobą, że odzyskał przestrzeń, zasiedział się. Jednak między słowami grozi, że jeszcze kiedyś wróci, jeszcze kiedyś dorwie łotrów… Ta groźba i wróżba jest najlepszym momentem spektaklu Rekowskiego. Pesymistyczna powieść Bułhakowa uzupełniona zostaje o kompletną niewiarę w zapomnienie, wybaczenie, odpuszczenie. Nic w scenicznym świecie nie wróci do dawnego stanu, zło nie zniknie, tylko się przyczaiło. Zło jest we wszystkim, co znamy, co robimy i czym jesteśmy. Gmeranie w nim kończy się zniszczeniem dekoracji. Podejrzewam, że gdzieś po cichu Rekowski jednak wierzy w sens takich dekoracji. Żeby menel udawał skrzywdzonego przez los, pies –przyjaciela, Zina – samotną, niekochaną, Preobrażeński – autorytet etyczny. Ten „zły teatr” jest chyba wszystkim, co naprawdę mamy.
Nie tylko przeciwko złu.

źródło: http://teatralny.pl/opinie/k153-o-cierpieniu,2011.html