Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach

Zdzisław Najmrodzki ukończył 5 klas szkoły podstawowej, miał szansę na karierę wojskową, chciał zostać kierowcą rajdowym,  a stał się legendą świata złodziejskiego. Kradł jednak tylko towary luksusowe z Pewexów i delikatesów. Sprytny i bezczelny, wyrwał się z rąk wymiaru sprawiedliwości aż 29 razy, w tym dwa razy z gliwickiego więzienia. Kryminalno-miłosna opowieść o poszukiwaniu wolności pełna jest  zwrotów akcji i najlepszych tradycji kinowego dramatu gangsterskiego.  Na scenie pojawi się korowód zaskakujących postaci m.in. Lech Wałęsa, Tadeusz Różewicz, porucznik Borewicz i Robert De Niro.

Spektakl zdobył Grand Prix, główną nagrodę aktorską, za reżyserię oraz pięć wyróżnień indywidualnych w 25. edycji Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

  • Symbol
  • Symbol
SCENA Duża
CZAS 3 godziny 40 minut, w tym 2 przerwy
WIEK WIDZÓW 16+
PREMIERA 30 listopada 2018 r.
UWAGI W spektaklu wykorzystywane jest światło stroboskopowe oraz dym, aktorzy palą szałwię i papierosy.

Twórcy

TEKST I REŻYSERIA Michał Siegoczyński
KONSULTACJA DRAMATURGICZNA Martyna Wawrzyniak
DOKUMENTACJA Tomasz Ogonowski
SCENOGRAFIA I KOSTIUMY Katarzyna Sankowska
MUZYKA Kamil Pater
PROJEKCJE I ŚWIATŁA Michał Głaszczka
RUCH SCENICZNY Alisa Makarenko

Video

Wiecej o spektaklu

"Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach"

Hałda gangsta, Maciej Stroiński
Przekrój
Dwóch mężczyzn z bronią zeskakuje ze sceny teatralnej.

Pierwsze, co należy wiedzieć o tym przedstawieniu, a co wszyscy o nim wiedzą w branży teatralnej – że jest to spektakl laureat. Nie wiem, czy w historii Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej zaistniał tytuł wszechstronniej doceniony i rzęsiściej nagrodzony. Dostali wszystko za wszystko, zestaw powiększony nagród: za scenariusz, za reżyserię, za aktorstwo główne męskie, za role drugoplanowe (pięć na sześć wyróżnień, czyli 83,33%!) oraz za całokształt, czyli dla najlepszego spektaklu sezonu. CHORE, co nie? Jak się coś nagradza, to się człowiek zazwyczaj stara „sprawiedliwie”, jakoś tak po równo… Temu dała na łyżeczkę, temu dała na miseczkę. Ale tutaj rozdzielali sprawiedliwością niesocjalistyczną.

Dlatego przyjechałem, że tyle wygrali. Albo jury oszalało, albo oszalało za tym („szaleję za tym spektaklem”). Teraz to już nie jest spektakl prowincjonalny, tylko konkursowy, można go uświetnić swoją obecnością, zaszczycić recenzją. Jechałem bardzo dobrze nastawiony, a to, wbrew pozorom, jest najgorsze nastawienie: wielkie oczekiwania łatwiej zawieść od niewielkich.

Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach to jest hołd dla kina typu gangsterskiego. Hołd na hałdzie. Gdy cię w Stanach wywożą dokądś w bagażniku, wiozą cię do lasu w Wirginii Zachodniej. Na Śląsku – na hałdę.

Wyszło boskie połączenie Zachodu ze Wschodem: zachodnia forma ze wschodnim kontentem. Zresztą nie chcę nic mówić, ale klasyczne filmy o przestępczości zorganizowanej też dużo biorą ze Wschodu. Mafia niby w Ameryce, ale włoska lub żydowska.

Jeśli miałbym to do czegoś porównać, to do braci Coen. Z jednej strony wielki kult dla klasyki (por. Miller’s Crossing, Barton Fink), ale z drugiej – wielkie jaja (por. Fargo i Big Lebowski). Dożyliśmy czasów, kiedy postmodernizm wygląda szlachetnie staro.

To nie jest dzieło przerysowane, lecz konwencjonalne, a „konwencjonalne” znaczy zajebiste, w każdym razie w tym wypadku. Korzysta z konwencji kina gangsterskiego na potrzeby Śląska. Opowiada historię pana Najmrodzkiego, mężczyzny o lepkich rękach. Ręce miał magnesy i wprost lgnęły do nich karoserie samochodów oraz całe samochody. Przemocy nie cenił, jak twierdzi jego kochanka, lecz jakie miał wyjście?

Nie od dziś wiadomo, że historie gangsterskie to są najlepsze historie, bo również w realu one są najlepsze. Nikt nie ma tak wybuchowego, tak wystrzałowego życia jak właśnie przestępcy. Ale – zorganizowani, z kodeksem, z honorem. Zdzisław Najmrodzki nie był członkiem mafii, chociaż mu proponowano. Był mafią jednego mafiosa, „klasą samą w sobie”, „rodziną na swoim”.

Lata PRL-u to był czas dziwnych zawodów. Zawód: dyrektor, zawód: przy mężu, zawód: trzy tysiące, zawód: się należy. Zdzisław Najmrodzki z zawodu był bad boy, do czego miał świetne imię. Zdzichu / Zdzisiu / Zdzisek / Dzidek nie potrafił na legalu. Nie potrafił żyć „jak ludzie”, pracować i umrzeć. Jakże by ktoś taki miał umierać w łóżku? No way. Umarł z pełną klasą: w wypadku samochodowym i w kradzionym samochodzie. A że był wybrańcem bogów, umarł przedwcześnie, jeszcze w kwiecie wieku. Każda normalność potrzebuje nienormalnych, bez nich byśmy zwariowali i stali się nienormalni w sensie chorobowym.

Ale kochane, same się przyznajcie, że dobrych facetów się kocha, ale złych ubóstwia. Zresztą laski, to nie wszystko: Zdzichu pisał wiersze, por. Oblicza prawdy. Złodziej, ale i poeta! „Miałem ponad dwadzieścia lat życia / I perspektywę trzydziestu lat gnicia. / Co miałem robić w czerwonej kaźni? / Prysnąłem stamtąd – / Przez okno łaźni”.

Spektakl przedrewolucyjny w podejściu do spraw płciowych, a sprawy płciowe to jest jego główny temat. Mężczyźni są męscy, a kobiety są kobiece. Więcej: kobiety grają kobiety, a mężczyzn – mężczyźni! Czy tak jest fajnie i czy tak jest słusznie? Nie wiem, nie znam się, ale na pewno seksownie. Narracjom gangsterskim wolno, nikt im nie podskoczy.

Najmrodzki odpowiada na pytanie: gdzie ci mężczyźni? Ściślej: gdzie ci mężczyźniii? Tutaj, k…a, tutaj! W pierdlu lub na Śląsku. Tu się uchowali. Wąsy are back! Hipsterzy je noszą i już się nie pamięta, jak się kiedyś naśmiewano z nosicieli wąsów, co zawsze uważałem za niesprawiedliwe i głęboko antypolskie.

Ironia, broń obosieczna polskiego teatru, którą trzeba stosować homeopatycznie, nie zjadła tego spektaklu. Oprócz że ironiczny i konwencjonalny, jest to spektakl wzruszający, nostalgiczny. Nostalgic, cinematic, climatic. To ostatnie słowo co innego znaczy w języku angielskim, a jakoś pasuje. Najmrodzki to słodko-kwaśna propozycja, tak jak druga płyta Whitney: szybkie, wolne, szybkie, wolne.

W ogóle z teatrem to jest bardzo prosta sprawa. Dobra edukacja wiecie, co robi: bawiąc, uczy, a w dobrym teatrze jest podobnie prosto: śmiesząc, wzrusza. Nic więcej nie trzeba. Inne spektakle: róbcie jak Najmrodzki. Było tak dobrze, że w ogóle nie robiłem notatek; nie mam czasu pracować, gdy się dobrze bawię.

Wieczór „robi nam” muzyka. Już od pierwszej sceny słychać, że dobrze dobrana, filmowo, pod nastrój. Między innymi z Zagubionej autostrady, Wo die Blumen sind? i inne szlagiery. Nawet jeżeli nie będziesz w nastroju, to soundtrack będzie za ciebie.

Na nagrody zasłużyli, mówiąc najogólniej. Było zasłużone. Szczególnie Mariusz Ostrowski, który nie mówię, że gra tu najlepiej, ale na pewno najwięcej. Przemysław Chojęta, Izabela Baran, Karolina Burek, Aleksandra Maj, Dominika Majewska. #dreamteam

Mariusz Ostrowski, urodzony jak ja w Kielcach. Nie jest to typ Tony’ego Soprano, bardziej Al Pacino w pierwszym Ojcu chrzestnym, bardziej De Niro w Chłopcach z ferajny. Gra operetkowe wyobrażenie o gangsterze polskim, zupełnie bezobciachowe, ale jakimś sposobem nie popada w disco polo. Urok, który chce roztaczać, mógłby być żenadą, ale jakoś nie jest. Cienka to granica pomiędzy kampem a kiczem, trzeba grać z wyczuciem, ażeby nie przesterować. W czwartek 12 września wszystko poszło gładko.

Ciekawe, skąd się wzięło nazwisko Najmrodzki – jaką ma etymologię? Nie wiem, zatem zmyślam, bo jest takie słowo: nemrod. W gwarze łowieckiej jest to słowo żartobliwe i znaczy „myśliwy”, w Biblii był taki kacyk na Mezopotamii, a po angielsku nemrod znaczy „palant”. Winona Ryder jako taksówkarka krzyczy do źle jeżdżącego (Noc na Ziemi): Try driving school, you fucking nemrod! Czy to organizatorzy Boskiej Komedii mieli na myśli, gdy karnety dziennikarzy nazywali Nemrod Pass?

À propos Boskiej Komedii. Przyjadą do Krakowa na Boską Komedię, królową festiwali teatralnych polskich. Bardzo jestem ciekawy reakcji widowni, bo na Boskiej widownia jest dość specyficzna: z jednej strony zblazowana, bo na Boskiej teatrolożki wszystkich województw łączą się, z drugiej – rozpalona, podjarana, gorąco chcąca oglądać, gotowa na wszystko. Widownia jest, poza wszystkim, międzynarodowa. Jestem dobrej myśli. Na Wesele we wsi Kamyk, gdy przyjechało z Poznania na Boską, spraszałem znajomych i byli zadowoleni, chociaż są snobami, a spektakl w ogóle nastukał se nagród. Mają też zagrać w Warszawie w Operze. No, w ogóle wszędzie!

Źródło:

https://przekroj.pl/artykuly/recenzje/halda-gangsta

Pobierz recenzję .pdf

"Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach"

Ballada łotrzykowska, Jacek Sieradzki
e-teatr.pl
Dwóch mężczyzn z bronią zeskakuje ze sceny teatralnej.

„Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach” wg scenar. i w reż. Michała Siegoczyńskiego w Teatrze Miejskim w Gliwicach. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Michał Siegoczyński już się kiedyś zajął jednym z legendarnych łotrzyków Polski Ludowej, niepohamowanym uwodzicielem Kalibabką. Ale koszalińskie przedstawienie z 2014 roku nazywało się „Kali Babki”, a bawidamka scenarzysta i reżyser nawet nie wpuścił na scenę we własnej osobie. Pokazywał go oczami dziewcząt, których amant „naciął jak róż w kraju sosny”, żeby zacytować klasyka. Dookoła stał Peerel taki, jaki był: szary, przaśny, prowincjonalny i żenujący, a samotne kobiety (jak i wszyscy, tak naprawdę) chciały mieć w tej beznadziei jakiś kolor, jakąś miłość, jakąś czułość i do kogoś, kto potrafił je w tych kwestiach namiętnie ocyganić, lgnęły jak pszczoły do miodu, dalece wbrew rozsądkowi.

„Najmrodzki” w gliwickim Teatrze Miejskim zbudowany jest na podobnym fundamencie. Żywi się w znacznej mierze kontrastem między szarością a kolorem. Z jednej strony jest codzienna banalność lat siedemdziesiątych tamtego wieku, mechaniczne życiowe czynności, płaskość horyzontu, odklepywane frazesy dialogów ze szkoły, telewizji i kolejek po mięso, marniawy światek spoconych mężczyzn i znudzonych kobiet, bandziorków, milicjantów i partyjnych sekretarzy – a z drugiej taki kolorowy kogucik z nastroszonymi piórkami. Facet z fantazją, z nieźle podrasowanym ego, z rozwiniętym talentem przywódczym i czułą dbałością o własną niezależność. Pół cyniczny, pół sentymentalny zdobywca dam, kozak, co zwieje z każdego milicyjnego kicia i niekwestionowany mistrz włamu, przed którym każde samochodowe drzwi stoją otworem. Tyle, że są to drzwi od auta marki polonez, o którym sam włamywacz powtarza obiegowe powiedzonko, że łatwiej go otworzyć, niż zamknąć.

Siegoczyński dobrze zna wzory, pewnie i literackie, ale nade wszystko kinowe, służące konstruowaniu sylwetek takich bohaterów. Jego Najmrodzki ma przede wszystkim wdzięk, ile trzeba błyskotliwy, ile trzeba knajacki. Umie być w stosunkach z ludźmi i twardy, i miękki; i pokrętnie chytry, i wzruszająco szczery, cóż, że niekiedy z lekka kłamliwie. Kobiety czaruje i porzuca wirtuozersko, bezgranicznie kocha matkę (a ta bywa wspólniczką w jego najbardziej widowiskowych numerach). Szybko dobija się respektu w sferach bandyckich, najpierw współpracując, potem przeskakując wszechwładnego miejscowego gangstera o wdzięcznej ksywie Marchewa. Wyprowadza w pole dwóch tępawych opiekunów z ramienia milicji, a i istotniejsze postacie takoż. Rozsiewa wokół refleksje na temat swojej życiowej postawy, a wszyscy słuchają go jakby przemawiał najwyższy autorytet, najwyraźniej zauroczeni jego bezczelnym wdziękiem. Ba, nawet pisze wiersze i wydaje w tych swoich Gliwicach tomik poetycki. Wszystko to są odwieczne klisze najróżniejszych Fanfanów Tulipanów; reżyserowi oczywistą frajdę sprawia żonglowanie nimi, na przykład z pomocą wprowadzonego we własnej osobie na scenę Roberta de Niro. Ale i porucznika Borewicza też, żebyśmy nie zapomnieli, gdzie jesteśmy.

Sprzyja temu poetyka „filmu w teatrze”. Siegoczyński znakomicie opanował ćwiczoną od wielu już realizacji technikę kręcenia na żywo na scenie przenośną kamerą kolejnych epizodów w prowizorycznych dekoracjach i rzutowania ich na ekran nad głowami aktorów w charakterze „pełnoprawnych” filmowych sekwencji. Bardzo to efektownie wypada, służy głównie zabawie, a także nadaje opowieści zbawienny dystans, podkreślający całkowitą konwencjonalność tej łotrzykowskiej ballady i zdejmujący z porządku dziennego pytania o prawdziwość czy dogłębność rysunku postaci bądź wizerunku epoki. Elementów dystansujących jest zresztą w widowisku całe mnóstwo. Sceniczny Najmrodzki jest poniekąd narratorem opowieści o sobie, często zwraca się wprost do publiczności, brawurowo miesza poziomy narracji – jak wówczas, gdy stojąc na proscenium zatrzymuje przedstawienie i oznajmia, że teraz będą świętowane imieniny jego mamy, a cała widownia z aktorami śpiewa jej sto lat. Także inne, poboczne postacie, nieustannie dostają ataków nadświadomości i metarefleksji, bawiąc się dialogami typu:

NAJMRODZKI To jesteśmy po rozwodzie?

BYŁA ŻONA Nie myśl o tym teraz, to będzie w następnych scenach dopiero.

Do imponującego zestawu inteligentnie dystansujących środków komediowych widowiska doliczyć wypada język. Postacie przemawiają skundloną składnią la Paweł Demirski z orzeczeniem w najdziwniejszych miejscach i zdaniowymi zakrętasami. O ile wszakże u Demirskiego sposób mówienia oddaje najczęściej kłopoty tożsamościowe bohaterów czy ich wewnętrzny bunt, o tyle w „Najmrodzkim” powykręcana mowa służy głównie puszeniu się mówiących, ich staraniu o ozdobność i podkreślenie własnych aspiracji. A też i wspomnianej podwójności zadań: postacie jednocześnie mówią do siebie i opowiadają o sobie publiczności, więc muszą być naraz w sytuacji i poza nią. Co dodaje mnóstwo barw i tonów opowieści; faktura tej ballady jest naprawdę przyjemnie bogata.

A przez to daje znaczne pole do popisu aktorom; ich zadania mieszczą się w gatunkowym worze komedii kryminalnej, ale tego typu stereotypami można przecież zgrabnie grać i tak się też dzieje. Pożyczony z łódzkiego Teatru im. Jaracza Mariusz Ostrowski z wyraźną frajdą mości się w postaci tytułowej: panuje nad sceną, dyktuje ton dialogów, łamie gdy chce konwencje, a nade wszystko uwodzi spojrzeniem, uśmieszkiem spod szarmanckiego wąsika, tonem głosu. Ponadto jest tyle podmiotem ballady o sobie, ile jej przedmiotem, balansuje od roli wszechwiedzącego narratora do bohatera dziwiącego się swoim losom, co czyni jego łotrzyka niejednoznacznym i ciekawym. Bardzo uroczo podkłada babski spryt pod rzekomo pokorną bezradność Aleksandra Maj jako matka. Przemysław Chojęta, ostatnio niewykorzystywany w Poznaniu tworzy kilka wyrazistych sylwetek, między innymi prowincjonalnego capo di tutti capi imieniem Marchewa, czy ojca Najmrodzkiego w najbardziej wzruszającej może scenie wyimaginowanej rozmowy z dojrzałym już synem. Aktor rysuje jeszcze mnóstwo innych epizodów, czasem ograniczonych do dwóch zdań dialogu – podobnie jak jeszcze jeden wykonawca gościnny, Krzysztof Prałat, pamiętny ze świetnego spektaklu Siegoczyńskiego sprzed dziewięciu lat „2084”, a dziś zrzucony na jakiś margines. Wraz z gliwickim Mariuszem Galilejczykiem tworzą błazeński duet milicyjnych gamoni jak z najlepszych komediowych wzorów. Galilejczyk w jednej ze scen gra najpierw młodszego, potem starszego brata Zdzisława Najmrodzkiego; niewymuszona i lekka konwencja spektaklu pozwala i na takie, ekscentryczne wygibasy.

Czy jest więc jakiś słaby punkt tego, jakby wynikało, ze wszech miar udanego widowiska? Owszem. Jest nim, mówiąc brutalnie, narcyzm jego twórcy. Przez co rozumiem przeświadczenie, że każdy pomysł fabularny, jaki przyjdzie mu do głowy w związku z obranym tematem, musi znaleźć się w przedstawieniu, każdy epizod jest równie ważny i każda zaprojektowana quasi-filmowa scena musi być solennie zrealizowana a najchętniej jeszcze powtórzona. W związku z czym widowisko trwa trzy godziny i czterdzieści minut!

Nie przeczę: tok spektaklu jest na tyle wartki, że pozwala wysiedzieć do końca bez kręcenia się i wzdychania. Rzecz nie w nudzie, rzecz w proporcjach: najzwyczajniej w świecie nie starcza tematu na tak długą a z założenia lekką opowieść. Nawet Ostrowskiemu kończy się inwencja: knajacki zaśpiew jego fraz brzmi pod koniec przedstawienia coraz bardziej monotonie i płasko. Kolejne scenki albo międlą w kółko te same motywy, albo dodają nowe, niekoniecznie potrzebne postacie. Niektóre mikro-wątki urywają się bez końca, więc i bez powodu były wprowadzone. Inne są tu doszywane na siłę – jak wątek z Tadeuszem Różewiczem, wiążącym się z Najmrodzkim przez to jedynie, że też mieszkał w Gliwicach. Siegoczyński ładuje na scenę poetę, ale koncept, w jaki go ubiera, jest dosyć żałosny.

To nie jest wyrzekanie zblazowanego recenzenta z serii „ach, dlaczego to takie długie”. Kwestia zgrabności kompozycji i wyliczenia właściwych proporcji jest jednym z podstawowych kryteriów dobrego widowiska scenicznego, a w przypadku teatru popularnego (a nie tego spod znaku kontynuatorów Krystiana Lupy, gdzie wszystko da się usprawiedliwić kontemplacją i mistyką) kryterium wręcz kluczowym. Przesądza o harmonijnym i dobrze wyważonym odbiorze opowieści. Michał Siegoczyński jest, wolno przypuszczać, zaprzysięgłym miłośnikiem dobrego kina rozrywkowego. Czy jednak widział kiedyś łotrzykowską komedię kryminalną trwającą cztery godziny i czy sam by na niej wysiedział? Niby wiadomo, że najtrudniej selekcjonować własne pomysły i odrzucać najsłabsze – mimo, że z góry wiadomo, iż dzięki temu najlepsze będą jeszcze lepsze. Tak czy owak coraz większą budzi złość gremialne w polskim teatrze odpuszczenie sobie owej trudnej sztuki eliminacji i machanie ręką „niech leci wszystko”. Bezradni wobec reżyserskiej miłości do własnych konceptów są też w coraz większym stopniu dyrektorzy teatrów – a śmiem przypuszczać, że szefostwu sceny też nie do końca na rękę jest widowisko kończące się dziesięć minut po odjeździe sprzed teatru ostatniego autobusu miejskiego. Niezależnie od tego, że widowisko na razie jest w Gliwicach sensacją a na kasie wisi napis „wyprzedane”.

Żeby było jasne: kłopoty z harmonijną kompozycją, wyważeniem proporcji między treścią a formą opowieści i z umiejętnością eliminacji nadmiaru konceptów nie dotyczą tylko spektakli trwających 220 minut. Równie bolesne bywają w częstych dziś wieczorach teatralnych trwających minut pięćdziesiąt. Ale to temat na inne opowiadanie.

*

Michał Siegoczyński NAJMRODZKI CZYLI DAWNO TEMU W GLIWICACH. Reżyseria: Michał Siegoczyński, konsultacja dramaturgiczna: Martyna Wawrzyniak, dokumentacja historyczna: Tomasz Ogonowski, scenografia i kostiumy: Katarzyna Sankowska, muzyka: Kamil Pater, projekcje i światła: Michał Głaszczka, ruch sceniczny: Alisa Makarenko. Prapremiera w Teatrze Miejskim w Gliwicach 30 listopada 2018.

Źródło:

https://e-teatr.pl/ballada-lotrzykowska-a266058

Pobierz recenzję .pdf

"Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach"

Najmrodzki Gangster Star, Henryk Mazurkiewicz
teatralny.pl
Dwóch mężczyzn z bronią zeskakuje ze sceny teatralnej.

Nazwiska nazwiskami, zapowiedzi zapowiedziami, lecz w teatrze, jak w życiu, nigdy nie wiadomo, co i kiedy cię zaskoczy. Bywa, że nie możesz się doczekać. Skreślasz dni w kalendarzu, wyciągasz z półki odpowiednie książki, starannie czyścisz i ostrzysz zestaw narzędzi interpretacyjnych… i nic. Dosłownie nic. Ani dla duszy, ani dla prozy zawodu twego krytycznego. A zdarza się, że jedziesz do takich Gliwic, przygotowujesz się na trzygodzinne spotkanie z lokalnym kryminalnym geniuszem z lat poprzedzających datę twojego urodzenia, czyli raczej jakoś tego zbytnio nie widzisz, nie czujesz i niespodziewanie dostajesz prawdziwy hicior. Teatralną bombonierkę. Jakby ktoś po czasie przypomniał sobie o twoich urodzinach.

Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach mnie zaskoczył, ale nie aż tak, jak główny bohater spektaklu potrafił zaskakiwać przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Pod tym względem był i pozostaje raczej bezkonkurencyjny. I to na skalę całej Polski. „Uciekał na różne sposoby, podczas zatrzymywania na ulicy, z konwoju, z sądu, z aresztów” – informuje program, podając listę najbardziej spektakularnych zbiegnięć. Zdarzyło się Najmrodzkiemu, na przykład, że opuścił Komendę Stołeczną Policji w Warszawie, „pożyczywszy” legitymację i marynarkę u ogłuszonego wcześniej oficera. W innej sytuacji, skutecznie upiwszy konwojerów, wyskoczył z pociągu. I tak 29 razy, trafiając tym samym do księgi rekordów Guinnessa. Jednak koniec końców wyczerpał własne karmiczne rezerwy i fortuna się od niego odwróciła. Chociaż nie do końca, bowiem skazany na dwadzieścia lat pozbawienia wolności, za sprawą ogłoszonej przez Lecha Wałęsę amnestii wyszedł z więzienia po zaledwie pięciu. W wolnej Polsce, po rozpoznaniu ducha epoki, planował prowadzić całkiem legalne interesy. Marzyła mu się hodowla łososi. Lecz los zadecydował inaczej. Farciarz i poeta występków karalnych zginął w wypadku samochodowym, zabierając ze sobą na tamten świat dwóch synów swego kolegi, którzy siedzieli z tyłu, jak się później okazało, kradzionego samochodu.

O tym wszystkim w tak uporządkowanej i linearnej formie, jak wspomniałem, dowiedziałem się z notki spektaklowej. Co nieco doczytałem też później w Internecie. Lektura z pewnością warta zainwestowanego w nią czasu, szczególnie dla tych, którzy tytułowe nazwisko mogli słyszeć po raz pierwszy. Warta, jako że gliwickie przedstawienie, chociaż na liście jego twórców znajdziemy pozycję „dokumentacja historyczna” (Tomasz Ogonowski), stara się jak najdalej uciec od dokumentalistyki, precyzyjnego trzymania się faktów i jakiejkolwiek dydaktyki. Reżyser Michał Siegoczyński przed premierą uczciwie o tym wszystkim uprzedzał. Nie chodzi więc o to, że twórcy nie odrobili zadania domowego i nie przeprowadzili porządnego researchu. Research był, tylko że postanowiono, nie krępując się zgromadzoną wiedzą, inaczej porozstawiać akcenty. Dlatego na przykład, chociaż Najmrodzki w rzeczywistości pozascenicznej zasłużył sobie na miano „króla złodziei”, na scenie Teatru Miejskiego nie zobaczymy za wiele z jego wyczynów kryminalnych, a największym utrapieniem gangstera okazuje się być nie dwójka fajtłapowatych policjantów, lecz trapiące go znacznie skuteczniej liczne kobiety. Rozerotyzowane kochanki, adoratorki charakterystycznego wąsika i zawiedziona, żyjąca wspomnieniami żona. Nawet w stosunkach z lokalnym ojcem chrzestnym o ksywie „Marchewka” bardziej niż wątek kryminalny reżysera wydają się interesować uczucia rodzące się między Najmrodzkim i wychowanką gangster bossa.

Bohaterem, a raczej bohaterką spektaklu są też same Gliwice. Spektakl zaczyna się monologiem wydartej z ciemności punktowym światłem scenicznej personifikacji miasta. Aktorka siedzi na ogromnej, obramiającej centralną przestrzeń sceny kanapie i wieszczy w transie: „Gliwice ja w najcieńszej strunie jak parka co cofnęła nóż i byt miasto będzie trwać Gliwice ja bo słońce wpierw padało gdzieś i życia ślad Gliwice ja zataczam krąg na piasku ślad przypłynie rzeka a nocą gwiazd jak ludzi wszystkich w miejscu danym co byli są i być będą”. Wszystko to natychmiast wprowadza nas w klimaty poetyckich niejednoznaczności, mitów i metafor, które wcześniej czy później opanowują znaczną część zbiorowej i indywidualnej pamięci. Nie zamierza jednak Siegoczyński problemu pamięci zbytnio problematyzować i radykalizować. (Nie)pamiętanie nie jest tu źródłem udręki czy niewoli. Nie jest też jedynym z pozostałych schronień, wyspą szczęśliwości wewnętrznego eskapizmu. Przeszłość w przedstawieniu to przeszłość. Cenna, ważna, ciekawa, ale zawsze odnoszona do współczesności, do tego, kto ją uaktualnia, kto nadaje jej sensy i ładuje w ją emocje. Podejście to odwzorowuje dość umowna scenografia Katarzyny Sankowskiej, która nie przypomina ani śmietniska artefaktów, ani archiwum symboli, tylko laboratoryjną niemalże i, jak się przekonujemy, bardzo funkcjonalną przestrzeń-ekran, przestrzeń lustro.

Poza tym Najmrodzki… to przede wszystkim i ponad wszystko spektakl o wolności. O tysiącach możliwych, często bardzo pokrętnych i, jak w tym akurat wypadku, moralnie co najmniej dwuznacznych, prowadzących (lub nie) do owej wolności dróg. „To sunę sobie na tym rowerze sunę wiatr pióra rozwiewa i jeszcze mocniej, bo najpewniej na ten moment z jakiejś gliwickiej górki lecę kominy dymią, ale wiosna wygrywa bo zielone to nasze miasto i sztach powietrza to chce się żyć kochani naprawdę chce się” – beztrosko, niczym zafascynowane samym faktem bycia dziecko dzieli się z widzem swoimi doznaniami główny bohater, grany przez ściągniętego z Łodzi Mariusza Ostrowskiego. Jego pierwsze zwierzenia relacjonowane są przy współudziale kamery, która przez cały niemalże spektakl będzie walczyć o naszą uwagę, dwoić nam percepcję, powielać plany i duplikować bohaterów. Najmrodzki… pod tym względem jest świetnym i niestety dość rzadkim przykładem na to, jak można śmiało i oryginalnie korzystać z obu żywiołów naraz: filmowego i teatralnego. Filmowym jest tu, chociażby montaż scen z jego specyficznym tempem i ciągłymi flashbackami. Skomplikowana dramaturgia natomiast pęcznieje od metateatralnych zabiegów, które pozwalają jednemu z aktorów zagrać zarówno starszego, jak i młodszego brata głównego bohatera, a samemu Najmrodzkiemu „zamówić” dla siebie scenę spotkania ze śmiertelnie chorym ojcem, do której w rzeczywistości nigdy nie doszło. I będzie to, należy przyznać, najbardziej wzruszająca scena spektaklu.

Slapstick i pantomima sąsiaduje tu z niemalże transcendentalną, promieniującą obecnością Izabeli Baran, która nieruchoma obok kochanka, jakby „zpauzowana” personifikuje i ucieleśnia kochającą kobiecość, wobec której większość mężczyzn nadal pozostaje zupełnie bezradna. Raz nas potraktują maską reptiloida i „klasycznym” Lynchem (wspaniała scena „przypowieści” finałowej tragedii), innym razem na scenę niespodziewanie wyskoczy Robert De Niro, kreśląc oczywiste, zaznaczone już w tytule analogie z Dawno temu w Ameryce. Atmosfery dopełnia dobrana przez Kamila Patera muzyka z przebojami popularnymi i bardzo popularnymi.

Trudno się dziwić, że Najmrodzki… stał się frekwencyjnym sukcesem, skoro nawet sami aktorzy czerpią autentyczną frajdę z uczestniczenia w spektaklu. Ciągnie ich do proscenium, do widza. Chcą wysyłać publiczności oczka, uśmiechać się porozumiewawczo i przekraczać czwartą ścianę. Nawet granice narzucane przez kamerę często wydają im się za ciasne. Tak już jest, że pewne historie po prostu lubimy opowiadać, i chociażby tylko dlatego warte są opowiedzenia.

Źródło:

https://teatralny.pl/recenzje/najmrodzki-gangster-star,2634.html?fbclid=IwAR11-zn2ejW9GkcJx73In95UjnGIx1vxH8PLV6LnOs8jfZilLO0FDAcEDdE

Pobierz recenzję .pdf

"Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach"

Między Monty Pythonem a Koterskim! Najmrodzki zachwyca pod każdym względem! Adriana Urgacz-Kuźniak
Tuba Gliwice, Prestiż
Dwóch mężczyzn z bronią zeskakuje ze sceny teatralnej.

Czy może być lepsza rekomendacja dla spektaklu niż ta, że na grudniowe jego odsłony nie ma już biletów? Nic co napiszę poniżej nie przebije tego faktu, a jednak skreślę kilka pełnych emocji słów przed styczniową odsłoną „Najmrodzkiego, czyli dawno temu w Gliwicach”. Dobrze się pisze, gdy w tym pisaniu znajduje się przyjemność. A chwalić, zawsze jest miło…

Nie ukrywam, że mam do Najmrodzkiego słabość. Jego historia splotła się z historią początków mojej pracy w zawodzie dziennikarza. Miałam napisać tekst o jego ucieczce z Aresztu Śledczego na Wieczorka. Odwiedziłam nawet ten przybytek i zostałam bardzo sympatycznie przyjęta przez ówczesne kierownictwo Aresztu. Oprowadzono mnie po nim, pokazano więzienne cele i korytarze. Usłyszałam opowieści o codziennym życiu aresztantów. O tym, jak spędzają czas, co im wolno, czego nie.

O Najmrodzkim nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Przy każdym o niego pytaniu moi gospodarze nabierali wody w usta.

Jakąś dekadę później zobaczyłam „go” na własne oczy. Na scenie, grany przez genialnego Mariusza Ostrowskiego, puścił do mnie symbolicznie oko. Tak właśnie go sobie wyobrażałam. Ujmujący gangster, taki trochę pirat z romantyczną duszą poety. Czasem fircyk, czasem kochający syn, czasem zwykły człowiek tęskniący za normalnością.

Tak, ten spektakl to bajka, nie dokument. Historia pełna przygód, czasem mocno odrealniona, opowiedziana w sposób charakterystyczny dla Monty Pythona, językiem znanym z filmów Marka Koterskiego. Ogląda się go z ogromną przyjemnością, pozwalając sobie na żywe reakcje w interakcji do tego, co dzieje się na scenie. Trzy godziny doskonałej dynamiki zdarzeń, przeplatanej humorem i sentymentalną treścią mija jak z bicza trzasnął. Końcowe owacje na premierze, gdyby spektakl był koncertem, wymusiłyby na grających bisy…

Z zakulisowych rozmów wyniosłam pewną informację, którą warto się z Czytelnikami podzielić. Na premierze spektaklu obecna była mama Zdzisława Najmrodzkiego. Zapytana o to, co czuje oglądając snutą właśnie opowieść o swoim najukochańszym a zmarłym już synu, wyznała, że Zdziśka takiego, jakiego pamięta, odnalazła dopiero w ostatnich scenach. W tych, w których postać grana przez Ostrowskiego jest już bardziej dojrzała, spokojna. Tak czuje matka. Jaki naprawdę był Najmrodzki?

Odkąd dowiedziałam się, że na gliwickiej scenie zagrana zostanie historia Najmrodzkiego, z dużą ciekawością zastanawiałam się nad tym, jaki będzie jej scenariusz. Jak pokazać postać zbira, którego ucieczki z więzień stanowić mogą kanwę dla dobrego gangsterskiego hollywoodzkiego filmu? Autor scenariusza i reżyser w jednym, Michał Siegoczyński, nie zawiódł mnie i stworzył wspaniałe dzieło. A z samego komercyjnego potencjału historii „Saszłyka” delikatnie zakpił w jednej ze scen. Tych scen będących dialogiem z oczekiwaniami widzów i uprzedzających ich komentarze, jest całkiem sporo. Są podwójne i potrójne dna. Spektakl w spektaklu, który wiadomo, że jest spektaklem, bo nikt nie udaje, że tego nie widać. Mistrzowski i inteligentny miszmasz, w którym mimo wszystko łatwo się odnaleźć.

Jestem pod dużym wrażeniem technicznego przygotowania spektaklu. Aktorzy, a w szczególności Mariusz Ostrowski, mieli do opanowania ogromną ilość bardzo trudnego językowo tekstu, w którym ustalony przez tradycję, a współcześnie pilnowany przez Radę Języka Polskiego szyk zdania staje się raczej sugestią niż obowiązującą normą. Mało tego. Ten głos Ostrowskiego! Ta nonszalancja! Umiejętności muzyczne i aktorskie! Teatr Miejski zaprosił do tego spektaklu naprawdę doskonałego artystę!

Z wielkim szacunkiem odnoszę się również do operatora (operatorów?) kamery, którzy stanowili niemy, niemal niezauważalny, ale integralny element spektaklu.

Zakończę pewnym spostrzeżeniem. Zespół aktorów Teatru Miejskiego w Gliwicach pięknie ewoluował. Widać, jak znakomicie się już z sobą zgrał, jak doskonale bawi się w swoim gronie, jak zgodnie realizuje zaproponowaną przez reżysera konwencję. Bardzo mnie, już chyba wiernego widza gliwickiej sceny, to cieszy. Wreszcie mamy teatr dramatyczny w Gliwicach. Taki z prawdziwego zdarzenia.

Źródło:

https://tubagliwic.pl/aktualnosci/czytaj/5337-miedzy-monty-pythonem-a-koterskim–!najmrodzki-zachwyca-pod-kazdym-wzgledem?fbclid=IwAR2nVf3ssjIkjH85j2cWNbs0wceWlNqKZyEHQIZ26uZGWk6p_-FCWsCANHY

Pobierz recenzję .pdf

"Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach"

Filmowy spektakl czyli Najmrodzki, Tomasz Sknadaj
Teraz Teatr
Dwóch mężczyzn z bronią zeskakuje ze sceny teatralnej.

Teatr Miejski w Gliwicach w najnowszym spektaklu postanowił sięgnąć do swoich lokalnych legend i przywołał na scenie postać Zdzisława Najmrodzkiego czyli „króla złodziei”, „mistrza ucieczek” jak określały go swego czasu media. Otóż Zdzisław Najmrodzki żył i ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości w Gliwicach. Na przestrzeni lat ’70 i ’80 przewodniczył gangowi, który trudnił się okradaniem luksusowych sklepów jakimi były Pewexy oraz kradzieżą samochodów marki Polonez (kradli samochody wyłącznie tej marki). Wielokrotnie uciekał z rąk policjantów, z konwojów, a nawet brawurowo, bo przez podkop, wydostał się z gliwickiego aresztu. Uwielbiał wystawne życie, szybką jazdę samochodem oraz kobiety. Można więc powiedzieć, że uosabiał zachodni, wolnościowy, pełen kolorytu styl życia, który był tak pożądany w czasach szaro-burego PRL-u.

Życiorys Najmrodzkiego, a dokładniej – to co o nim wiadomo, idealnie pasuje do stworzenia sensacyjnego filmu o gliwickim półświatku. Michał Siegoczyński podjął się wyzwania przeniesienia legendy tej postaci na deski sceny teatralnej i zrobił to w naprawdę wyśmienitym, bo filmowym stylu! Spektakl swoim wykonaniem nawiązuje do stylu w jakim tworzone są filmy – sposób zawiązywania fabuły, akcji, żywo przypomina miks filmów Quentina Tarantino i Guy’a Ritchiego z domieszką (miejscami bardzo absurdalnego) humoru jaki kojarzy mi się z filmami w których występował Leslie Nielsen. Od Tarantino zostały wzięte doskonale zarysowane postaci główne i postaci poboczne oraz pewien sensacyjny dryg, który wykorzystuje po swojemu dobrze nam znane motywy z filmów sensacyjnych o świecie przestępczym, mafii. Z kolei od Ritchiego zostało żywcem wzięte zaburzenie chronologii, wtrącenia, odwracanie akcji i pokazywanie tego samego wydarzenia z zupełnie innej perspektywy. Taki miks ogląda się wyśmienicie i naprawdę pasuje do prezentowanej historii. W jednym momencie jesteśmy zaciekawienia co też wydarzy się dalej, po chwili wybuchamy śmiechem żeby znów popaść w zadumę, a wszystko to obleczone jest PRL-owskim sznytem.

Co ciekawe to od samego początku postać Najmrodzkiego burzy czwartą ścianę i przemawia wprost do widzów, do tego jest on jednocześnie sobą, Najmrodzkim z lat swego życia, ale też jest sobą w roli wszechwiedzącego narratora i bardzo płynnie przechodzi z jednej roli w drugą. Tak naprawdę to on sam opowiada widzom o swoich losach, swoich przygodach, a robi to w bardzo luźnym stylu. Bo właśnie sposób opowiadania wygląda tak jakby nasz narrator dosiadł się w barze do zupełnie obcej osoby i zaczął jej opowiadać niesamowicie ciekawą anegdotę ze swojego i robił to w tak fascynujący sposób, że nie można się od niej oderwać i chcemy tę opowieść wysłuchać do samego końca. Taki styl narracji od razu skojarzył mi się z filmem „Przekręt” Guy’a Ritchiego. Filmowość przedstawienia podkreśla też samo wykorzystanie kamery w toku fabuły. Niby widzowie widzą wszystko na scenie, ale nad sceną wisi olbrzymi ekran, na którym widać to co właśnie tu i teraz, na żywo, jest filmowane w teatrze, co zupełnie zmienia perspektywę odbioru danego zdarzenia. Kamera najczęściej pokazuje wszystko z bliska, jasno wskazuje widzom na co powinni zwrócić uwagę, co jest w danym momencie ważne. A dodatkowo kamera pozwala tak operować ujęciem, że zwykły rekwizyt teatralny (tutaj: filmowy) wydaje nam się czymś innym niż jest w rzeczywistości, niż widać go na scenie (np. rowerek stacjonarny staje się najprawdziwszym rowerem). I co ciekawe, wykorzystanie kamery pozwala też skorzystać w spektaklu z efektu specjalnego tzw. greenscreen-u, czyli nałożenie innego tła (niż jest w rzeczywistości) w filmie wyświetlanym na żywo.

Postaci na scenie to temat niemal na osobny wątek do opowiedzenia. Owszem, Najmrodzki jest centralną postacią, która wszystko spaja, wokół której kręci się cała fabuła i która jest też narratorem historii, ale w tym spektaklu także postaci poboczne są na swój sposób ważne, dopełniają historię i wypadają po prostu genialnie! Na scenie widzimy niby tylko 9 osób, ale praktycznie każdy, oprócz Mariusza Ostrowskiego (Najmrodzki) i Aleksandry Maj (matka Najmrodzkiego) odgrywa po kilka postaci, przez co można mieć wrażenie, że aktorów występujących na scenie jest dużo więcej. Od Mariusza grającego główną postać aż bije pewność siebie, jego Najmrodzki jest draniem ale takim którego nie sposób nie lubić. Jego matka w wykonaniu Aleksandry jest prawdziwą matką polką, która całym swoim sercem, bezinteresownie kocha swoje dziecko i która stara się z całych sił racjonalnie tłumaczyć jego przestępcze działanie. Jedna z kochanek Najmrodzkiego czyli Grażyna odgrywana przez Dominikę Majewską żywo przypomina swoim zachowaniem Ryszardę, żonę Siary z kultowego filmu „Kiler” Juliusza Machulskiego. Gangster Marchewa w wykonaniu Przemysława Chojęty to nieprzewidywalny świr zdolny do wszystkiego na miarę Jokera z „Mrocznego Rycerza” Christophera Nolana. Policyjny duet Kondora (Krzysztof Prałat) i Sewera (Mariusz Galilejczyk) to jeden z ciekawszych duetów tego typu jakie widywałem, obaj skorumpowaniu i szaleni, bo nie sposób nie zauważyć, że pewne szaleństwo wprost wylewało się ich aparycji za każdym razem gdy pojawiali się na scenie. Karolina Olga Burek odegrała m.in. Jadzię, byłą żonę Najmrodzkiego, która zupełnie do niego nie pasowała, już samym swoim zachowaniem pokazane było, że jest z zupełnie innej bajki. Pojawia się jeszcze Tola, którą odgrywa Izabela Baran, czyli kolejna z licznych kochanek Najmrodzkiego, protegowana gangstera Marchewy, studentka. I jeszcze Michał Wolny, który wcielił się np. w młodego, raczkującego aktora, który dostał (dzisiaj) szansę odegrania w filmie postać Zbigniewa Najmrodzkiego. To co zostało wymienione to zaledwie garstka z postaci, które przewijają się na scenie, bo pojawiają się też m.in. Lech Wałęsa, Robert de Niro, Tadeusz Różewicz, Józef Glemp, Pierwszy Sekretarz Partii, hipisi którzy swego czasu zamieszkiwali Gliwice… Jedne postaci są na scenie dłużej, inne przewijają się tylko przez chwilę, ale naprawdę widać, że aktorzy włożyli całe serce w odegranie każdej z postaci i wszyscy mają w sobie to coś dzięki czemu nie przemykają niezauważeni przez całą prezentowaną historię.

Trzeba też przyznać, że spektakl do krótkich nie należy, bo trwa przeszło 3 godziny (z dwoma przerwa w trakcie). Ale fabuła którą się ogląda na scenie tak wciąga, że nie czuje się upływającego czasu, nie zanudza, nie ciągnie się, co na pewno jest bardzo dużym osiągnięciem. Bo nie jest łatwym takie rozłożenie akcentów w tak długim spektaklu żeby trzymać widza w zaciekawieniu do samego końca. Za co trzeba po prostu bić wielkie brawa dla wszystkich osób zaangażowanych w realizację filmowej sztuki jaką jest „Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach”.

Podsumowując więc zdecydowanie warto wybrać się na ten spektakl żeby zobaczyć coś filmowego na deskach teatru i naprawdę dobrze się bawić oglądając opowieść o Gliwickim „królu złodziei”.

Źródło:

https://www.terazteatr.pl/aktualnosci/filmowy-spektakl-czyli-najmrodzki-recenzja,4723?fbclid=IwAR24Al8VF50cfNZy3jhp10twRLAWnIItJkHmz1RDIQtQCS0LumjmHak759w

Pobierz recenzję .pdf

"Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach"

Jak Zdzisio komunizm sobie okradał, a potem Teatr Miejski zdobył, Dariusz Pawłowski
Dziennik Łódzki
Dwóch mężczyzn z bronią zeskakuje ze sceny teatralnej.

Takie to były „wesołe” czasy. Bohaterem PRL mógł zostać rzezimieszek. Teraz zagarnął sobie scenę. I wszystko wskazuje na to, że stał się gwiazdą hitu Teatru Miejskiego w Gliwicach.

Gliwice wątpliwości nie mają: na elewacji bloku, w którym mieszkał bohater przedstawienia „Naj­mrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach” widnieje napis: „Zdzis­ław Najmrodzki lokalny bochater”. Scenariusz napisał i wyreżyserował Michał Siegoczyński, a zdając sobie sprawę, iż sztuka miejska, mocno ulokowana w danej rzeczywistości i społeczności, to samograj, zbudował swą opowieść z licznych scen, elementów, przywołań, odniesień, przenikania się historii z teraźniejszością. Tak wielu, że miejscami szwy pękają, narracja traci werwę, a całość krzyczy o skróty. Cięcia, niekoniecznie bandyckim nożem, zdają się być pożądane. Przedstawienie zyskałoby na potoczystości, klarowności i ekspresji. A na pewno udałoby się zniwelować poczucie, iż „Najmrodzki” to spektakl nierówny, gdzie sekwencje efektowne, pomysłowe, dowcipne, pełne emocji teatralnej wieloznaczności, sąsiadują z nieprzepracowanymi, niepewnymi, z wysiłkiem „poszukującymi” pomysłu na rozwiązanie lub „doklejenie” do reszty.

Żywioł pozostawiony przez autora scenariusza, pierwszorzędnie porządkują i organizują, dodając przy tym nowe sensy, realizowane na żywo przy użyciu kamery projekcje wideo. Przekształcając optykę wydarzeń, które jednocześnie oglądamy na scenie i na ekranie powodują, iż inaczej widzimy to, co zdaje się oczywiste. A zmiana perspektywy to przecież także początek wydawania mniej radykalnych sądów. Filmowa stylizacja teatralnego widowiska podkreśla potencjał historii o PRL-owskim gangsterze z całą gamą celnych i zabawnych porównań z kinem Sergio Leone, Martina Scorsese czy Quentina Tarantino.

Z fantastyczną energią ożywili opowieść o Najmrodzkim aktorzy. Wcielający się w tytułową rolę Mariusz Ostrowski (z Teatru „Jaracza” w Łodzi) ogrywa swoją postać na wszystkie strony, obdarzając zawadiackim wdziękiem, ale i niepokojącymi nutami czy ujmującą tęsknotą za uczuciem i rodziną (z klasą przy tym śpiewając). Imponuje plastycznością przemian i oddawaniem charakteru postaci jednym gestem czy grymasem Dominika Majewska. Bawi parodystycznym talentem i żywiołowością Krzysztof Prałat, kawał aktorstwa zostawiają na scenie Przemysław Chojęta i Aleksandra Maj. Wszyscy potrafią spleść się w świetnie uzupełniającą się aktorską strukturę. Dodajmy do tego wielowymiarową scenografię Katarzyny Sankowskiej, wyciekające z każdego kąta wspomnienia i zawartą w przedstawieniu autoironię, a także wydobywanie z widowni różnorodnej reakcji. Teatr w Gliwicach wyprodukował sobie spektakl, który może długo żyć.

Źródło:

Dziennik Łódzki, 13.12.2018

Pobierz recenzję .pdf

"Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach"

220 minut czystej rozrywki, Magdalena Mikrut-Majeranek
Dziennik Teatralny
Dwóch mężczyzn z bronią zeskakuje ze sceny teatralnej.

Doskonałe aktorstwo, cięte dowcipy, barwne postaci, szaleńcze pościgi i brawurowe ucieczki, przenikanie się historii z teraźniejszością i fikcją, a do tego klimatyczna muzyka pozwalająca na przeniesienie się w czasie do lat 80-tych – najnowsza produkcja Teatru Miejskiego w Gliwicach w reżyserii Michała Siegoczyńskiego to majstersztyk! Spektakl „Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach”, którego premiera miała miejsce 30 listopada to hit sezonu, choć ten się dopiero rozpoczął. Zespołowi Grzegorza Krawczyka trudno będzie przeskoczyć zawieszoną tak wysoko poprzeczkę. W tytułowej roli polskiego Arsène Lupina zobaczymy bezbłędnego Mariusza Ostrowskiego.
„Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach” to 220 minut czystej rozrywki. Reżyser, biorąc na warsztat życiorys „Saszłyka”, jednego z najciekawszych zbirów Polski Ludowej, dał się ponieść ułańskiej fantazji i stworzył dzieło niejednorodne, łączące elementy klasycznego filmu gangsterskiego z komedią. Siegoczyński wypełnia białe plamy w życiorysie Najmrodzkiego tkając arcyciekawą opowieść opartą na kanwie legendy miejskiej i uzupełnioną fragmentarycznymi doniesieniami prasowymi. Umiejętnie manipuluje widzem mieszając fikcję z rzeczywistością, historię z ułudą. Łączy koraliki nanizane na wątłą nić żywota w monumentalne dzieło pełne zaskakujących zwrotów akcji. Występuje tu pomieszanie stylów i czasów akcji. O linearności prowadzonej akcji możemy zapomnieć… Jednakże w tym pozornym chaosie tkwi geniusz. Akcja, choć prowadzona pokrętnie, nie jest skomplikowana, a fabuła wyłożona została klarownie. Reżyser przebiera w multimedialnych narzędziach jak w ulęgałkach, widać, że doskonale czuje się operując środkami filmowymi. Stosuje też rozwiązania filmowe z minionej epoki.

Spektakl osadzony został w lokalnej historii. Legendę miejską przekuto w dynamiczny spektakl opowiadający o losach „księcia złodziei”. Zasadniczo życiorys Najmrodzkiego to gotowy scenariusz na niejeden film, ale i spektakl teatralny. I Siegoczyński postanowił sięgnąć po filmowe środki wyrazu, aby uatrakcyjnić przekaz. Kreatywności nie można mu odmówić, bo pomysłów i wątków jest tu co niemiara. Wyobraźnia reżysera jest niczym nieograniczona, świadczy o tym ogrom pomysłów inscenizacyjnych, które wtłoczył w spektakl. Upchnięcie ich wszystkich w jednym skończonym dziele to nie lada wyzwanie. I można tu się doszukać urwanych, czy też niekontynuowanych wątków, może nie wszystkie z nich są potrzebne, może warto dokonać selekcji i wyciąć te, które niewiele wnoszą do rozwoju fabuły? Może. Żyjemy w końcu w kulturze nadmiaru i ekstazy komunikacyjnej, więc poniekąd i gliwicki spektakl wpisuje się w tę manierę, a przez co niektórzy mogą go uznać za nieco przydługi. Ale reżyser doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bo ustami Najmrodzkiego, który burzy czwartą ścianę, komentuje, że „siedzimy tu już dwie godziny z kawałkiem”…. a przed publicznością jeszcze jeden akt scenicznego dramatu istnienia. Rzecz dzieje się w Gliwicach, a bohaterem jest niejaki Zdzisław Najmrodzki pseudonim „Saszłyk”. Miał być „Szaszłyk”, ale nasz bohater odrobinę seplenił. Gdyby nie wszedł na ścieżkę przestępczą, pewnie zyskałby przydomek lokalnego amanta, lowelasa, ale tak? Cały PRL miał jego nazwisko na ustach. Szaro-bure życie lokalsów żyło kolejnymi doniesieniami o wyczynach Najmrodzkiego. Zdzisiek to taki celebryta, gwiazda czasów słusznie minionych, swego rodzaju bohater. Któż w Gliwicach o nim nie słyszał? Miał ciężką nogę i gorące serce. Kradł samochody i zginął w samochodzie, kiedy wreszcie miał się ustatkować na … Mazurach. Okradał też Pewexy, a kochanki zmieniał jak rękawiczki, ale przede wszystkim ośmieszał władze i pokazywał nieudolność milicji. „Saszłyk” choć pochodził z woj. kieleckiego, zadomowił się w Gliwicach, do których przyjechał w 1975 r. Marzył o karierze kierowcy rajdowego, a skończył jako złodziej samochodów. Zdzisiek, zamiast postawić na dolce far niente jak wielu jego kolegów z podwórka, zagrał va banque o dolce vita. Reżyser jednak niejako tłumaczy zachowanie Najmrodzkiego mówiąc, iż był to sposób na wyrwanie się z biedy.
Człowiek- legenda miał na swoim koncie 29 ucieczek z aresztów, więzień, komend, konwojów i obław. Uciekał milicji, skakał z okna, przeskakiwał przez płoty, czy czmychał podkopem pod spacerniakiem w areszcie śledczym w Gliwicach, wykopanym przez matkę do spółki z emerytowanym górnikiem, ale nade wszystko lubował się w ucieczkach samochodowych. W końcu jednak osadzono go w więzieniu w Strzelcach Opolskich, skąd nie było ucieczki. Poddał się resocjalizacji. Pisał nawet wiersze, które wydał w tomie „Oblicza prawdy” w 1990 r., a w 1994 r. został ułaskawiony przez prezydenta Lecha Wałęsę. Nie cieszył się jednak zbyt długo wolnością, ponieważ rok później zginął.

Życiorys niczego sobie. Taki w sam raz na scenariusz filmu. Nie może zatem dziwić, że najnowsza premiera Teatru Miejskiego w Gliwicach utrzymana jest właśnie w estetyce filmowej. To nie tylko teatr ekranów, pojawiają się też sceny w zwolnionym tempie, czy „przewijania akcji do tyłu”. Reżyser z upodobaniem sięga po projekcję wideo w czasie rzeczywistym, czy najpopularniejsze narzędzie do efektów specjalnych, jakim jest green screen, a to obfite czerpanie z dobrodziejstwa kinematografii to jego podpis autorski (spektakle „Utopia”, „Hollywood”).

Reżyser bawi się formą i treścią. Miesza porządki czasowe, postaci historyczne z fikcyjnymi, nakłada na siebie zdarzenia i plany akcji, wykorzystując literalnie całą dostępną przestrzeń, bo akcja spektaklu rozgrywa się zarówno na scenie, za sceną, pod sceną (więzienie), czy na widowni (scena z wojska, tu też ustawiony jest jeden z samochodów „Saszłyka”). Pojawiają się tu intertekstualne nawiązania do innych popkulturowych dzieł. Jest polski serial „07 zgłoś się” i porucznik Borewicz, a także Robert de Niro jako gangster z filmu „Dawno temu w Ameryce” w reżyserii Sergia Leone, który radzi Najmrodzkiemu jak powinna wyglądać dobrze zagrana scena w filmie gangsterskim. Wprowadzenie postaci kultowego aktora przypomina nieco rozwiązanie zastosowanie w „Zagraj to jeszcze raz, Sam” W. Allena, gdzie pojawia się legendarny amant czarnych kryminałów Humphrey Bogart. Siegoczyński dotyka kolejno wszystkich płaszczyzn życia, ale tworzy także pewien wymiar uniwersalny. To śmierć, która dotyka każdego, przydarza się nawet „królom życia”, którzy przekroczyli zalewie próg czterdziestki.

Bohaterowie spektaklu wychodzą z roli, podejmują dialog z publicznością, dzięki czemu czujemy się niejako także uczestnikami zdarzeń, obserwatorami. Na scenie króluje Najmrodzki, który snuje opowieści ze swojego życia niczym wędrowny bard przybliżający losy herosów. Bo i Najmrodzki to człowiek-legenda. W końcu był takim herosem, tyle że w krzywym zwierciadle. Amant, żigolo, cwaniak. Przyczesany włos, zadziorny wąs, złoty łańcuch na szyi, zblazowany wyraz twarzy i świdrujące spojrzenie, ten czar, którego i Najmrodzkiemu nie można było odmówić — Mariusz Ostrowski, aktor Teatru im. Jaracza w Łodzi, świetnie odnalazł się w roli księcia złodziei. Wypada nadmienić, że fizycznie także jest do niego bardzo podobny. Ostrowski gra całym sobą ani na chwilę nie zwalnia tempa, a przy tym w tym swoim wyluzowaniu jest genialny. Prawdziwy macho musi mieć swoją kobietę, dlatego jest i Grażyna, PRL-owski kociak, kochanka Najmrodzkiego i żona Pierwszego Sekretarza Partii. Postać fikcyjna, w którą wcieliła się Dominika Majewska, fantastyczna także w roli Stelli Kowalski w „Tramwaju zwanym pożądaniem” w reż. Jacka Jabrzyka. Ale jedna to za mało dla takiej sławy, więc pojawia się też słodka i niewinna Tola (Izabela Baran). Zdzichu, miał też żonę, Jadzię, w którą wcieliła się obdarzona anielskim głosem Karolina Olga Burek. Czwartą rolą kobiecą jest postać Sabiny Najmrodzkiej, matki Zdzisława. W tej roli zobaczymy rewelacyjną Aleksandrę Maj. Jej stoicki spokój i niebanalny humor wprowadzają do akcji element wyciszenia, uspokojenia. Trzy kobiety, trzy zupełnie inne postaci, ale każda stworzyła pełnokrwistą bohaterkę. Podobnie jest w przypadku ról męskich. Przemysław Chojęta (Marchewa, ojciec Zdziśka) genialnie wypada jako gliwicki gangster Marchewa, Mariusz Galilejczyk (Sewer, Niemiec, Marian najmłodszy brat, Ryszard najstarszy brat, Jaszczur, Cień, Hippis, facet od poloneza, Robert De Niro, porucznik Borewicz), Krzysztof Prałat (Kondor, Różewicz, Wałęsa, Pierwszy Sekretarz Partii, Józef Glemp, reżyser), Michał Wolny (aktor, facet od poloneza, hippis) – wszyscy grają równo i niezwykle przekonująco. Szalony duet Sewer i Kondor (Galilejczyk, Prałat) bawi, ale i nieco przeraża, podobnie jak Borewicz…. Każda z postaci została obdarzona indywidualnymi cechami, a nawet głosem! Wisienką na torcie jest tutaj scena ułaskawienia i genialny Krzysztof Prałat jako Wałęsa.

Nie można też zapomnieć o wielowymiarowej i przemyślanej w każdym calu scenografii stworzonej przez Katarzynę Sankowską. Pojawiają się tu aż dwa samochody, w tym autentyczny polonez! Jest też gigantyczna, turkusowa kanapa i monstrualne drzewo. Muzyka Kamila Patera harmonizuje z wydarzeniami i pozwala wczuć się w klimat lat 80-tych. Całość dopełnia reżyseria świateł, za którą odpowiada Michał Głaszczka.

Spektakl „Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach” trzyma w napięciu do ostatniej minuty, nie pozwalając na dekoncentrację, co rusz serwując widzowi niespodziewane zwroty akcji, cięte riposty, czy sporą dawkę humoru i autoironii. I wszystko fajnie, choć razi trochę postać nieporadnego, zagubionego nieco w świecie Różewicza. Postać co prawda bawi, ale czy faktycznie tego chcemy? Czy to gliwickie „Pulp fiction”? Poniekąd tak. Są pościgi, brawurowe ucieczki, nieszablonowe dialogi, romanse, nocne życie, ale i bardziej subtelne, miejscami wzruszające, sceny rozmowy z matką, czy nieobecnym ojcem.

Żródło:

http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/220-minut-czystej-rozrywki.html

Pobierz recenzję .pdf

"Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach"

Szaszłyk wraca do Gliwic, czyli ballada o królu złodziei i ucieczek, Henryka Wach-Malicka
Dziennik Zachodni
Dwóch mężczyzn z bronią zeskakuje ze sceny teatralnej.

Gdyby nie istniał, trzeba by go było wymyślić! A już na pewno uczynić bohaterem teatralnego spektaklu, co właśnie stało się w Teatrze Miejskim w Gliwicach.
Zdzisław Najmrodzki, ksywa Szaszłyk. Słynny złodziej, obdarzony ułańską fantazją i nieprzeciętnym wdziękiem osobistym, 29 razy skutecznie uciekał stróżom prawa. Kochał włamy do samochodów i kradzieże luksusowych artykułów, bo miał chłop ciągoty do życia w komforcie, którego w PRl-u zaznać było trudno. Jak mu się zaś trafiła przerwa w przestępczości, pisał wiersze, balował i łamał kobiece serca…

Taki życiorys to teatralny samograj. A jednak spektakl „,Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach” tego dobrodziejstwa nie wykorzystuje w pełni. Zawodzi rzecz podstawowa – dramaturgia. Jeśli już proponować stylistyczny patchwork – a taki zamysł miał autor scenariusza i reżyser Michał Siegoczyński – to każda minuta, i każdy wątek, powinny być pod ścisłą kontrolą. Tymczasem na gliwickiej scenie oglądamy wszystko, co się jakoś z postacią bohatera wiąże, ale kiepsko wiąże się ze sobą. Plusy przedstawienia są dwa: rezygnacja z formuły dokumentu (drobne wstawki można przełknąć) i dobre aktorstwo. Jakimś sposobem aktorzy ulepili z tej dramaturgicznej magmy przekonujące, wyraziste postacie. Wszyscy, nawet w epizodach, na czele jednak z Mariuszem Ostrowskim w roli Najmrodzkiego i Aleksandrą Maj w roli jego matki.

Trzygodzinny spektakl składa się z serii migawek o komediowym charakterze; jest i parę scen w poważnym nastroju. No dobrze, taka poetyka. Tylko konsekwencji wielu scen zwyczajnie brakuje. Po co przeciągać całość występem dwóch tercetów (damskiego i męskiego), zabawnych nawet, ale nic nie wnoszących do całej historii? Po co, na przykład, wątek reżysera filmowego i drugiego Najmrodzkiego, skoro nie wykorzystuje się tego motywu, choć kamera filmowa co jakiś czas wkracza do akcji? I te nieszczęsne, brodate kawały o Radiu Erewań…!

Najmarniej wypada jednak szyte grubą nicią powiązanie Najmrodzkiego z historią Gliwic. Realizatorowi nie wystarcza, że „Zdzisek” po prostu tu mieszkał. Wprowadza więc na siłę niesmaczną karykaturę Tadeusza Różewicza, czy wizytę byłego mieszkańca miasta (Horst Bienek?), który błąka się po scenie rozpaczliwie, ale zupełnie poza nawiasem zdarzeń.

Problem tego przedstawienia polega nie na braku pomysłów, lecz na ich nadmiarze. Brak selekcji sprawia, że w scenicznym chaosie gubią się naprawdę udane fragmenty spektaklu. Bo nie przeczę, że są i takie – oniryczne rozmowy z żoną, brawurowa zagrywka gangstera Marchewy na hałdach, kapitalna, filmowa „relacja” Najmrodzkiego z przyciasnego podkopu (z górnikami w tle) czy dobrze zaplanowane momenty wychodzenia aktorów z roli, podkreślające umowność przedstawianej historii.

Źródło:

https://dziennikzachodni.pl/szaszlyk-wraca-do-gliwic-czyli-ballada-o-krolu-zlodziei-i-ucieczek/ar/13717506

Pobierz recenzję .pdf

Organizatorzy / Partnerzy / Patroni

Teatr Miejski w Gliwicach