Nina i Paul

Spektakl dla młodszych nastolatków, który mówi ich językiem – mówi do nich i o nich. Jest jak strumień niekontrolowanych myśli, pierwszych emocji, buntów i zawstydzeń, trudnych pytań stawianych sobie i światu. Historia dziewczyny i chłopca jest zapisem zaledwie kilku godzin ich życia – ale godzin, które zostawią wspomnienie na wiele lat. Pierwsza przyjaźń, pierwszy pocałunek, pierwsze – dotknięcie nieba.

CZAS 1 godzina, bez przerwy
WIEK WIDZÓW 11+
PREMIERA 1 lutego 2020 r.

Twórcy

REŻYSERIA Roxana Miner
SCENARIUSZ Thilo Reffert
TŁUMACZENIE Lila Mrowińska-Lissewska
SCENOGRAFIA Agnieszka Aleksiejczuk
MUZYKA Dawid Mazurek
PROJEKCJE Eyecandy Visual

Wiecej o spektaklu

"Nina i Paul"

Nasze pierwsze wiatraki, Henryk Mazurkiewicz
teatralny.pl
Dziewczyna i chłopak klęczą przy stoliku

Masz wczesne „naście” lat i po raz pierwszy odwiedzasz dom koleżanki z klasy, którą chciałbyś, chociaż boisz się do tego się przyznać nawet samemu sobie, nazwać swoją dziewczyną. Dom, w którym – o zgrozo! – mieszkają jej rodzice. W którym mieści jej prywatny pokój. Pokój, gdzie odrabia lekcje, śpi, czyta, bawi się i, kto wie, czy niekiedy nie myśli o tobie. Czym jest taka wyprawa? Odyseją kosmiczną! A pierwszy pocałunek na szczycie potężnego wiatraka – co najmniej eksplozją atomową!

Jak zapowiada to notka spektaklowa: „Historia dziewczyny i chłopca jest zapisem zaledwie kilku godzin ich życia – ale godzin, które zostawią wspomnienie na wiele lat”. Dlatego właśnie w kameralnym przedstawieniu Roksany Miner z obiektywnego punktu widzenia, można by powiedzieć, nie dzieje się prawie nic. Z drugiej strony, jak wyżej – dzieje się wszystko i nawet więcej. Bo to rzecz archetypowa i stara jak świat. Jest Ona, czyli Nina, i jest On, czyli Paul. A pomiędzy nimi kiełkujące pierwsze uczucie. Te niezgrabne, wstydliwe, trwożliwe, niekontrolowane ruchy w kierunku drugiej osoby. Tyleż w nich czystego poetyckiego uniesienia, co szalonego hormonalnego rollercoastera.

Zawdzięczamy to wszystko wyobraźni niemieckiego pisarza, dramaturga i pedagoga teatralnego Thilo Refferta. Wydana w 2010 roku Nina i Paul jest jego książkowym debiutem, który w swej wersji słuchowiskowej został niejednokrotnie wyróżniony w ojczyźnie autora. W polskim zaś tłumaczeniu Lili Mrowińskiej-Lissewskiej wystawiono go w Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu oraz w rzeszowskim Teatrze Maska.

Na czym zasadza się popularność tego dzieła, wyjaśniłem poniekąd powyżej. Dodam teraz, że historia Niny i Paula, o czym zostaniemy uprzedzeni już na samym wstępie spektaklu, ma dwie wersje, czyli dwóch narratorów. Wszystko, co się dzieje na scenie, widzimy zarówno oczami Niny, jak i Paula. Słyszymy ich myśli, którymi chętnie, niczym z bliskimi przyjaciółmi, dzielą się z widownią. Znamy ich marzenia, pragnienia i plany. Dla siebie nawzajem jednak pozostają tajemnicą. Zagadką, którą na różne sposoby próbują rozplątać i wyjaśnić.

Dotychczas spotykali się na lekcjach angielskiego, gdzie w języku obcym musieli się „spowiadać” ze swoich upodobań, dnia powszechnego i spraw rodzinnych. Czasami też mijali się na korytarzach i nieśmiało przyglądali się sobie nawzajem na szkolnym podwórku. Próby nawiązania bliższego kontaktu w najlepszym razie kończyły się niezręcznym milczeniem, w najgorszym – totalną kompromitacją, na którą nie odnajdywali lepszego sposobu niż ucieczka z wielką nadzieją, że wszystko jeszcze da się unieważnić i wymyślić na nowo. Czyli krok do przodu, dwa do tyłu. Taki taniec. Z namiętnym snuciem mijających się z rzeczywistością przypuszczeń, opaczną interpretacją cudzych słów i dorabianiem niedorzecznych filozofii do każdego spojrzenia. Na tym prostym dramaturgicznym fundamencie nieustannego zderzania dwóch odmiennych perspektyw – a Paul i Nina w dodatku pochodzą z umownych światów „miasta” i „gospodarstwa rolnego” – zbudowany jest skromny gmach gliwickiego przedstawienia. Stąd też płynie sympatyczny, może nawet nazbyt grzeczny jego humor, w którym zręcznie łączą się motywy komedii romantycznej z klasycznymi perypetiami, jak chociażby pomylenie właścicielek pokoju, znanymi z komedii pomyłek. W tej sytuacji odpowiedź na pytanie, która wersja zdarzeń jest „prawdziwsza”, nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Zwłaszcza że każda z nich prowadzi ku pięknemu i na swój sposób dramatycznemu finałowi. Ma on miejsce na szczycie wspomnianego już wiatraka, gdzie przezwyciężywszy strach, niepewność i wszelkie inne opory, uczucia każdego z nich wreszcie zostaną ujawnione i natychmiast odwzajemnione.

Tyle by można, chociaż w scenariuszu Refferta nie zabraknie innych drobnych akcentów, w sprawie samej opowieści. Tymczasem Mała Scena Teatru Miejskiego w Gliwicach, przechodząc do rozwiązań inscenizacyjnych, jest rzeczywiście małą sceną. Zaledwie osiem rzędów po osiem krzeseł. Do tego przestrzeń gry niemiłosiernie zawężona i ściśnięta. Trudno byłoby więc oczekiwać jakiś fajerwerków scenograficznych. Niemniej jednak minimalizm i umowność zaproponowanych przez Agnieszkę Aleksiejczuk rozwiązań, kiedy przyglądałem się im, czekając aż wszyscy widzowie zajmą swoje miejsca, natychmiast wzbudziły moją podejrzliwość estetyczną. Czyżby tych kilka białych prostokątnych brył – większych w postaci ścian i mniejszych, przypominających pufy – to rzeczywiście wszystko? Nie, nie wszystko. Za chwilę się przekonamy, że „ściany” otwierają się niczym gargantuiczne książki. Między ich kartki scenografka „włożyła” pokoje głównych bohaterów. Fioletowy, z obrazem uroczego misia, błyszczącymi, użytymi jako elementy dekoracyjne, płytami CD oraz z pokaźną kolekcją lalek Barbie, wprost przymocowanych do ściany – to pokój Niny. Sałatowy, z podobnym asamblażem, tylko że składającym się z modeli samolotów, należy do Paula.

Dodatkowo spektaklowi towarzyszyć będą projekcje multimedialne, wykonane przez absolwentów wrocławskiej ASP tworzących pod szyldem Eyecandy Visual, niemalże przez cały czas rzucane na elementy scenografii jak na ekrany. Często wyglądają niczym ruchome akrylowe abstrakcje, obrazy z kalejdoskopu czy senne widziadła. Urozmaicają przestrzeń, nadając jej kolorów i głębi. Potrafią też wyczarować obecność pozostałych, drugoplanowych postaci, takich chociażby jak nielubiana nauczycielka Pani Zrzęda. Widzimy jedynie jej migocącą czarną sylwetkę z dorysowanymi sztubackim zwyczajem diabelskimi rogami. Z offu zaś słyszymy głos Katarzyny Wysłuchy. Mimo tych starań i zabiegów warstwa plastyczna przedstawienia raczej nie zachwyca i nie zaskakuje. Rzecz nie w skromności i prostocie, tylko w braku ciekawszych, nieoczywistych, pogłębiających możliwe interpretacje metafor. Przełożenia jednego języka na drugi.

Do atutów spektaklu natomiast skłonny jestem zaliczyć dwójkę wykonawców: delikatną, a jednocześnie potrafiącą dopiąć swego Katarzynę Domalewską oraz swojskiego chuligana o gołębim sercu, Michała Wolnego. Mieli przed sobą zadanie niełatwe, lecz spisali się, jeżeli nie na medal, to z pewnością na honorowe wyróżnienie za warsztatową sprawność i szczere przejęcie. Udało im się nadać własnym bohaterom tę krytyczną masę realności, wypukłości i indywidualności, która jest w stanie wzbudzić w widzu żywy, emocjonalny odzew. Mam wszelako nadzieję, że w trakcie kolejnych pokazów nabiorą większej pewności siebie, która pozwoli im bardziej niż na sobie, skupić się na wytwarzaniu chemii pomiędzy granymi postaciami.

Również mam nadzieję, że owych kolejnych pokazów nie zabraknie. Jak deklarują twórcy w materiałach promocyjnych, Nina i Paul jest dla teatru próbą otwarcia się na nową, dotychczas zaniedbywaną przez placówkę, grupę widzów. Tę „liczną, wrażliwą i bardzo wymagającą”, czyli nastolatków. Czy próbą udaną? Nie próbuję wyrokować. Spektakl rzeczywiście stara się „mówić ich językiem – mówić do nich i o nich”, ale czy nie są to jedynie nasze „dorosłe” wyobrażenia o nieletnim pokoleniu? Jak przyznaje reżyserka w przedpremierowym wywiadzie, obserwując znajdującą się naprzeciwko teatru szkołę podstawową, była „zszokowana, jak wulgarnego języka używają niektórzy młodzi”. Pełna zgoda. Podobne obserwacje często każą wątpić, czy teatr w ogóle potrafi jeszcze przebić się do tak wyznaczonego targetu, biorąc pod uwagę liczną serialową i paradokumentalną konkurencję, w której nastolatków grają prawdziwi nastolatkowie. I nie obawiają się mówić coraz „brzydziej”. Moim zdaniem – tak, potrafi. Ale tylko w tym wypadku, gdy śmiało stawia na to, co specyficznie teatralne, co wzbogaca odbiorcę o zupełnie nowy i wyjątkowy rodzaj doświadczenia. Nie powiem, gliwicki spektakl niepozbawiony jest podobnych elementów. Ale uznać, że Roxana Miner znalazła sposób, który, „otworzy młodym głowy i serca na to, co przytrafia się im w prawdziwym życiu”, byłoby przesadą. Niemniej próbę zawiązania znajomości teatru z lokalną publicznością szkolną uważam za ważny krok. Chce się wierzyć, że teatrowi starczy odwagi, by zrobić kolejne. I to, rzecz jasna, do przodu.

Źródło:

https://teatralny.pl/recenzje/nasze-pierwsze-wiatraki,2988.html

Pobierz recenzję .pdf

"Nina i Paul"

Nina i Paul w Teatrze Miejskim w Gliwicach, Książki Sardegny
Dziewczyna i chłopak klęczą przy stoliku

Czytając o moich wizytach w Teatrze Miejskim w Gliwicach możecie odnieść wrażenie, że śledzę tylko przedstawienia skierowane dla najmłodszych. Nie jest to jednak do końca prawda. W poniższych tekstach możecie przeczytać o moich wrażeniach z „Wieczoru kawalerskiego” oraz „Plotki” – spektaklach dla dorosłych. Natomiast w dzisiejszym wpisie chciałam napisać parę słów na temat widowiska skierowanego dla młodzieży. „Nina i Paul”, czyli przedstawienie dla tej grupy wiekowej to nowa inicjatywa Teatru Miejskiego, będąca, moim zdaniem, strzałem w dziesiątkę. Co warte uwagi, widowiska skierowane dla nastolatków będą też kontynuowane w przyszłości, bowiem już w zapowiedziach afiszowych teatru możemy poczytać o zbliżającej się premierze „Alicji w krainie dziwów”. Jeżeli zatem macie w domu wrażliwego nastolatka, albo chcecie pokazać dorastającemu dziecku nieco inną formę spędzania wolnego czasu, zerknijcie na stronę Teatru Miejskiego, na pewno znajdziecie tam coś, co Was zainteresuje.

Wracając jednak do „Niny i Paula”, gdybym miała jednym zdaniem opisać tą historię, jako dorosły widz, powiedziałabym, że była to dla mnie cudowna podróż w przeszłość. Twórcom tej historii w doskonały bowiem sposób, udało się pokazać delikatność młodzieńczego uczucia oraz całą gamę emocji mu towarzyszących. Młodzi odbiorcy mogą w tej historii odkryć samych siebie, natomiast ci starsi przypomną sobie, jak to kiedyś bywało, kiedy sami przeżywali pierwszą miłość, czuli motyle w brzuchu i buzowali od nadmiaru emocji, których w większości wtedy nie rozumieli.

Nina i Paul chodzą do tej samej klasy, jednak, jak do tej pory, nie nawiązała się pomiędzy nimi większa zażyłość. Wszystko zmienia się w ostatni dzień roku szkolnego podczas rozdania świadectw, a potem wydarzenia rozgrywają się już błyskawicznie. Nastolatkowie niby przypadkowo spotykają się po lekcjach, zaczynają rozmawiać na tematy zupełnie nie związane ze szkołą, a kiedy okazuje się, że wiele ich łączy i rozmawia się im naprawdę świetnie, zaczyna pomiędzy nimi iskrzyć. Odwiedziny chłopaka w domu Niny tylko utwierdzają ich w przekonaniu, że zaczyna ich łączyć coś wyjątkowego.

Młodzi przechodzą etap zawstydzenia, próbują sobie zaimponować jednocześnie czując coraz większą, ale ciągle nieśmiałą fascynację drugą osobą. Bohaterowie spędzają razem wakacje, robiąc przeróżne rzeczy, niektóre może niezbyt mądre, jednak pełni energii, bogatsi w nowe uczucie, dające im świadomość, że znaleźli kogoś, z kim można przenosić góry i zdobywać świat, dodaje im skrzydeł.

Pierwsza miłość spada na bohaterów z wielkim hukiem. Jeszcze wczoraj dzieciaki, zajmujące się zabawą i wygłupami, dziś już młodzi ludzie, stojący u progu nowych doświadczeń, czegoś, co zatyka im dech w piersiach, trochę przeraża, ale jednocześnie bardzo ciekawi. Brzmi znajomo? No właśnie!

Wydarzenia, w których biorą udział zakochani, a także cała, budująca się pomiędzy nimi, relacja, pokazane są naprzemiennie z perspektywy dziewczyny i chłopaka. Inaczej bowiem wygląda sytuacja z męskiego, a inaczej, z kobiecego punktu widzenia. I świetnie się to ogląda! Cudownie jest być świadkiem tych wszystkich szalonych, młodzieńczych emocji, wybuchów euforii i tego najważniejszego, pierwszego pocałunku.

Widowisko to dostarczy nam całą paletę uczuć i emocji. Od zawstydzenia, zażenowania, niepokoju związanego z pierwszymi próbami nawiązania kontaktu z płcią przeciwną, niepewności z prób robienia dobrego wrażenia, czy inicjowania rozmowy, poprzez radość w znajdowaniu wspólnych tematów, zafascynowanie drugą osobą, aż do niepohamowanego uczucia szczęścia, fruwających w brzuchu motyli na samą myśl o kolejnym spotkaniu. Pierwsze młodzieńcze zakochanie, oddanie drugiej osobie, wzniosłe uczucia i przeświadczenie, że można z ukochaną osobą zdobyć cały świat i dokonać niemożliwego. Czujecie się zachęceni? Jeśli tak, to świetnie! Zabierzcie do teatru swoje dorastające dzieci, a gwarantuję, że sami też poczujecie się znajomo.
„Nina i Paul” to jeden z piękniejszych spektakli, jakie w życiu widziałam. Bardzo polecam!

Źródło:

https://ksiazki-sardegny.blogspot.com/2020/03/nina-i-paul.html

Pobierz recenzję .pdf

"Nina i Paul"

Przyśpieszony kurs dojrzewania, Magdalena Mikrut-Majeranek
teatrologia.pl
Dziewczyna i chłopak klęczą przy stoliku

Niewinność, czystość i olbrzymie uczucie, czyli spektakl Nina i Paul według powieści Thilo Refferta i w reżyserii Roxany Miner triumfalnie wkracza na deski Teatru Miejskiego w Gliwicach. Tutejsza instytucja kultury nie zwalnia tempa i co rusz serwuje publiczności kolejne teatralne uczty! Tym razem postawiono na młodego widza, dla którego przygotowano frapującą przypowieść o miłości.

Sztuka skreślona została ręką Refferta, niemieckiego dramatopisarza specjalizującego się także w pisaniu książek dla dzieci, a Nina i Paul to jego książkowy debiut. Publikacja bardzo szybko zrobiła oszałamiającą karierę. Dziś historię dwójki nastolatków zna niemal cały świat. Z pewnością przypadnie do gustu także gliwickiej publiczności. Dlaczego? Bo to świetnie zrealizowany spektakl przeznaczony dla młodego widza. Dramat niemieckiego pisarza to swoiste wprowadzenie do dojrzewania, oswajanie z rodzącymi się uczuciami i nauka mówienia o buzujących emocjach – a wszystko opowiedziane poetyckim, lecz jakże współczesnym językiem młodzieży. I nie, nie ma tu wulgaryzmów. Wszystko jest tak delikatne, że aż nieco nierzeczywiste.

Ukradkowe spojrzenia, przypadkowe spotkania… W sercach Niny i Paula powoli rodzi się uczucie. Nieśmiałość nie pozwala im jednak na nawiązanie bliższych relacji i ograniczają się jedynie do potajemnej obserwacji. Punktem zwrotnym w ich znajomości jest zakończenie roku szkolnego i rozdanie świadectw. Szybko okazuje się, że ostatni dzień szkoły jest zarazem pierwszym dniem ich wspólnego życia. Kiedy Paul dowiaduje się, że Nina po wakacjach zmieni szkołę, bierze sprawy w swoje ręce i postanawia działać. Przełamuje krępujące onieśmielenie i wybiera się do domu ukochanej. Od tego momentu sprawy postępują lawinowo. Pierwszy wspólny spacer, długie rozmowy, obiad, krok w chmurach, czyli wejście na 105-metrową wieżę… i pocałunek. Emocje narastają, a w głowach nastolatków kłębią się myśli, wyobraźnia działa, ale słowa nie chcą płynąć z ich ust. Wstydzą się, są nieśmiali, nie wiedzą jak opisać to, co czują. Przekonują się, że są niczym dwie połówki jabłka i rozumieją się bez słów.

Nina i Paul to nie tylko przypowieść o zakochanych nastolatkach. Tytułowi bohaterowie to reprezentanci najmłodszego pokolenia, które powoli wchodzi w dorosłość. To tak naprawę opowieść uniwersalna, która aktualna jest w każdym zakątku na kuli ziemskiej. Zmienia się anturaż, okoliczności, ale emocje towarzyszące młodym ludziom stawiającym swój pierwszy krok w chmurach pozostają te same.

Pod płaszczem nieco naiwnej historii miłości dzieciaków ukryto wiele parenetycznych treści. Mamy tu do czynienia na przykład z zagadnieniem relatywizmu – zaznaczono, że historia opowiedziana zostanie z dwóch punktów widzenia, podkreślono różnice w postrzeganiu i opisywaniu świata, różnorodność myśli i poglądów. Znajdziemy tu też odwołania do Goffmanowskiego człowieka w teatrze życia codziennego, który skrywa swoje prawdziwe „ja” za fasadą konwenansów, maską pozorów, a ekspresję tłumi w gorsecie kulturowych norm. Najlepszym tego wyrazem jest scena, w której Nina i Paul, choć darzą się uczuciem, obawiają się, że to im nie przystoi, nie wypada. Zamiast pokonać komunikacyjną barierę i wyartykułować swoje prawdziwe emocje, przerzucają się wyzwiskami. Sztuka pokazuje młodym ludziom, że nie powinni się obawiać swoich uczuć, muszą je oswoić i nauczyć się o nich mówić.

W spektaklu umiejętnie udało się uchwycić moment przejścia, transgresji, będący niezwykle ważnym etapem w życiu każdego dorastającego człowieka. Bohaterowie są nastolatkami, którzy jeszcze chętnie oddają się zabawie lalkami czy samolotami, ale z drugiej strony postrzegają tę praktykę już jako coś wstydliwego. Obawiają się ośmieszenia, odrzucenia, alienacji. Pokój Niny wypełniają lalki i krępuje się, gdy ma wpuścić do swojego mikroświata Paula – uosabiającego świat zewnętrzny. Słowem – to doskonałe studium psychologiczne i pretekst do podjęcia poważnych rozmów o uczuciach. Rozterki, jakie nękają bohaterów są prawdziwe i zdarzają się każdemu.

Nina i Paul to równocześnie podstępny spektakl, który może wprowadzić realizatorów na minę. Tytuł ten gościł już na polskich scenach teatralnych. Wystawiony został m.in. w Teatrze Maska w Rzeszowie czy Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu. Wielu inscenizacjom dramatu Refferta (nie tylko polskim) zarzuca się groteskowość i przerysowanie postaci. Taka sytuacja nie miała jednak miejsca w Gliwicach. Z aktorów emanuje świeżość, delikatność… Są rozbrajająco szczerzy i naturalni, a wszystko przychodzi im z niezwykłą lekkością. Fabuła jest nieco naiwna, ale role zostały odegrane po mistrzowsku, a wcielanie się w dzieci to trudna to sztuka.

Duet Domalewska&Wolny gra koncertowo! Są lirycznie romantyczni, niezwykle wrażliwi, a nade wszystko – szczerzy. Wybornie kreują swoje postaci. Przygotowując spektakl dla młodych widzów, który porusza wartkie tematy łatwo popaść w śmieszność. Gliwiccy aktorzy są od tego dalecy. Michał Wolny to młody, 27-letni aktor Teatru Miejskiego w Gliwicach i absolwent wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie, ale na swoim koncie ma udział w wielu nagradzanych produkcjach. Gliwicka publiczność zna go m.in. z roli aktora w Najmrodzkim, czyli dawno temu w Gliwicach, Wieczór kawalerski czy Miłość w Leningradzie. Z kolei Katarzyna Domalewska to świetnie zapowiadająca się aktorka młodego pokolenia, 25-letnia absolwentka Państwowego Policealnego Studium Wokalno-Studyjnego im. Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Częściej możemy usłyszeć jej głos niż zobaczyć ją na teatralnych desach, ponieważ specjalizuje się w dubbingu.

Reżyserka Roxana Miner zrezygnowała z konceptu stosowanego w innych realizacjach Niny i Paula. Gliwiccy aktorzy nie odgrywają postaci – nauczycielki, rodziców Niny czy jej siostry. Osoby te zostały zastąpione głosami z offu. To ciekawe i rozsądne rozwiązanie. Bohaterowie mogą maksymalnie skupić się na kreowaniu głównych postaci, a i młody widz nie będzie miał problemów z odnalezieniem się w świecie przedstawionym. Kolejnym novum jest realizowanie spektaklu w przestrzeni wyobrażonej – mamy tu pokoje Niny i Paula, szkołę, gospodarstwo rodziców Niny. Tymczasem wcześniejsze polskie inscenizacje osadzały akcję w szkolnej klasie.

Kameralna scena, minimalistyczna, acz niezwykle wymowna scenografia Agnieszki Aleksiejczuk, i nastrojowa muzyka – wszystko to sprawiło, że widzowie zostali wpuszczeni do świata Niny i Paula, i niczym panoptyczni obserwatorzy przyglądają się rozkwitowi znajomości nastoletnich bohaterów. Oniryczna oprawa – wizualizacje i klimatyczna muzyka wprawia w doskonały nastrój, a rozwiązanie scenograficzne jest genialne w swej prostocie. Na skąpanej w mroku scenie znajdują się trzy białe skrzynie. Szybko okazuje się, że posiadają wiele funkcji. Stanowią nie tylko ekran, na którym wyświetlane są barwne obrazy, dynamizujące akcję, uatrakcyjniające przekaz i dodające kolorytu scenicznej akcji, ale… kryją w sobie pokoje dwójki nastolatków, które ukazują się widzom po otwarciu skrzyń. Całość okraszona została sztuką nowych mediów, czyli wizualizacjami, wykonanymi przez Eyecandy Visual, które wprowadzają pierwiastek oniryczności i współczesności zarazem. Całość została gruntownie przemyślana i zrealizowana z dbałością o najmniejszy szczegół.

Nina i Paul to nie tylko przypowieść o zakochanych nastolatkach. Tytułowi bohaterowie to reprezentanci najmłodszego pokolenia, które powoli wchodzi w dorosłość. To tak naprawę opowieść uniwersalna, która aktualna jest w każdym zakątku na kuli ziemskiej. Zmienia się anturaż, okoliczności, ale emocje towarzyszące młodym ludziom stawiającym swój pierwszy krok w chmurach pozostają te same.

Pod płaszczem nieco naiwnej historii miłości dzieciaków ukryto wiele parenetycznych treści. Mamy tu do czynienia na przykład z zagadnieniem relatywizmu – zaznaczono, że historia opowiedziana zostanie z dwóch punktów widzenia, podkreślono różnice w postrzeganiu i opisywaniu świata, różnorodność myśli i poglądów. Znajdziemy tu też odwołania do Goffmanowskiego człowieka w teatrze życia codziennego, który skrywa swoje prawdziwe „ja” za fasadą konwenansów, maską pozorów, a ekspresję tłumi w gorsecie kulturowych norm. Najlepszym tego wyrazem jest scena, w której Nina i Paul, choć darzą się uczuciem, obawiają się, że to im nie przystoi, nie wypada. Zamiast pokonać komunikacyjną barierę i wyartykułować swoje prawdziwe emocje, przerzucają się wyzwiskami. Sztuka pokazuje młodym ludziom, że nie powinni się obawiać swoich uczuć, muszą je oswoić i nauczyć się o nich mówić.

W spektaklu umiejętnie udało się uchwycić moment przejścia, transgresji, będący niezwykle ważnym etapem w życiu każdego dorastającego człowieka. Bohaterowie są nastolatkami, którzy jeszcze chętnie oddają się zabawie lalkami czy samolotami, ale z drugiej strony postrzegają tę praktykę już jako coś wstydliwego. Obawiają się ośmieszenia, odrzucenia, alienacji. Pokój Niny wypełniają lalki i krępuje się, gdy ma wpuścić do swojego mikroświata Paula – uosabiającego świat zewnętrzny. Słowem – to doskonałe studium psychologiczne i pretekst do podjęcia poważnych rozmów o uczuciach. Rozterki, jakie nękają bohaterów są prawdziwe i zdarzają się każdemu.

Nina i Paul to równocześnie podstępny spektakl, który może wprowadzić realizatorów na minę. Tytuł ten gościł już na polskich scenach teatralnych. Wystawiony został m.in. w Teatrze Maska w Rzeszowie czy Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu. Wielu inscenizacjom dramatu Refferta (nie tylko polskim) zarzuca się groteskowość i przerysowanie postaci. Taka sytuacja nie miała jednak miejsca w Gliwicach. Z aktorów emanuje świeżość, delikatność… Są rozbrajająco szczerzy i naturalni, a wszystko przychodzi im z niezwykłą lekkością. Fabuła jest nieco naiwna, ale role zostały odegrane po mistrzowsku, a wcielanie się w dzieci to trudna to sztuka.

Duet Domalewska&Wolny gra koncertowo! Są lirycznie romantyczni, niezwykle wrażliwi, a nade wszystko – szczerzy. Wybornie kreują swoje postaci. Przygotowując spektakl dla młodych widzów, który porusza wartkie tematy łatwo popaść w śmieszność. Gliwiccy aktorzy są od tego dalecy. Michał Wolny to młody, 27-letni aktor Teatru Miejskiego w Gliwicach i absolwent wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie, ale na swoim koncie ma udział w wielu nagradzanych produkcjach. Gliwicka publiczność zna go m.in. z roli aktora w Najmrodzkim, czyli dawno temu w Gliwicach, Wieczór kawalerski czy Miłość w Leningradzie. Z kolei Katarzyna Domalewska to świetnie zapowiadająca się aktorka młodego pokolenia, 25-letnia absolwentka Państwowego Policealnego Studium Wokalno-Studyjnego im. Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Częściej możemy usłyszeć jej głos niż zobaczyć ją na teatralnych desach, ponieważ specjalizuje się w dubbingu.

Reżyserka Roxana Miner zrezygnowała z konceptu stosowanego w innych realizacjach Niny i Paula. Gliwiccy aktorzy nie odgrywają postaci – nauczycielki, rodziców Niny czy jej siostry. Osoby te zostały zastąpione głosami z offu. To ciekawe i rozsądne rozwiązanie. Bohaterowie mogą maksymalnie skupić się na kreowaniu głównych postaci, a i młody widz nie będzie miał problemów z odnalezieniem się w świecie przedstawionym. Kolejnym novum jest realizowanie spektaklu w przestrzeni wyobrażonej – mamy tu pokoje Niny i Paula, szkołę, gospodarstwo rodziców Niny. Tymczasem wcześniejsze polskie inscenizacje osadzały akcję w szkolnej klasie.

Kameralna scena, minimalistyczna, acz niezwykle wymowna scenografia Agnieszki Aleksiejczuk, i nastrojowa muzyka – wszystko to sprawiło, że widzowie zostali wpuszczeni do świata Niny i Paula, i niczym panoptyczni obserwatorzy przyglądają się rozkwitowi znajomości nastoletnich bohaterów. Oniryczna oprawa – wizualizacje i klimatyczna muzyka wprawia w doskonały nastrój, a rozwiązanie scenograficzne jest genialne w swej prostocie. Na skąpanej w mroku scenie znajdują się trzy białe skrzynie. Szybko okazuje się, że posiadają wiele funkcji. Stanowią nie tylko ekran, na którym wyświetlane są barwne obrazy, dynamizujące akcję, uatrakcyjniające przekaz i dodające kolorytu scenicznej akcji, ale… kryją w sobie pokoje dwójki nastolatków, które ukazują się widzom po otwarciu skrzyń. Całość okraszona została sztuką nowych mediów, czyli wizualizacjami, wykonanymi przez Eyecandy Visual, które wprowadzają pierwiastek oniryczności i współczesności zarazem. Całość została gruntownie przemyślana i zrealizowana z dbałością o najmniejszy szczegół.

Źródło:

https://teatrologia.pl/recenzje/magdalena-mikrut-majeranek-przyspieszony-kurs-dojrzewania/

Pobierz recenzję .pdf

Organizatorzy / Partnerzy / Patroni

Teatr Miejski w Gliwicach