Jarosław Tumidajski

Skąpiec

Tytułowy bohater „Skąpca” Molière’a należy do najwyrazistszych figur w historii światowej komedii. Równocześnie z całej galerii ojców stających na drodze do szczęścia swoich dzieci to postać chyba najbardziej bezwzględna i okrutna. Harpagon fascynuje, przeraża i śmieszy do łez. To człowiek, który przeliczył świat na pieniądze i nie widzi już niczego poza nimi. A skąpstwo nie jest jego jedyną wadą, to także owładnięty manią kontroli paranoik i narcyz – w tym jest zaskakująco podobny do wielu panów w mocno już średnim wieku, którzy nie potrafią się powstrzymać przed tym, by mówić nam jak żyć…

„Skąpiec” to również historia miłosna zaskakująco bliska komedii romantycznej. Młodzi kochają na zabój, szczerze i namiętnie, wbrew kalkulacjom i przede wszystkim wbrew ojcu. Pokonują wszelkie trudności, by wreszcie doprowadzić do realizacji własnych marzeń.

Molière zestawia te dwa żywioły – potrzebę kontroli ojca oraz namiętność młodych – tworząc jedną z najwspanialszych komedii wszech czasów. Jej ponadczasowy temat sprawia, że jest nieustająco aktualna i daje kolejnym pokoleniom twórców teatralnych materiał na błyskotliwe inscenizacje oraz wyraziste role, a widzom dostarcza rozrywki na najwyższym poziomie.

UWAGA! Prosimy o punktualność. Spóźnialscy nie będą wpuszczani na spektakl po jego rozpoczęciu.

Partnerem spektaklu jest Pre Zero Arena Gliwice

logotyp Pre Zero Areny Gliwice
Kiedy gramy Więcej
Dane dotyczące spektaklu
SCENA Duża
CZAS 1 godzina 45 minut
PREMIERA 30 maja 2026

Twórcy

Autor Molière
Tłumaczenie Tadeusz Boy-Żeleński
Reżyseria i opracowanie muzyczne Jarosław Tumidajski
Scenografia Justyna Elminowska
Kostiumy Krystian Szymczak
Reżyseria światła Krystian Szymczak , Jarosław Tumidajski

Video

Wiecej o spektaklu

"Skąpiec"

Artur Kita
www.podrozeprzezkulture.pl

Śmiech, który odbija się w tafli wody czyli o „Skąpcu” Moliera w Teatrze Miejskim w Gliwicach

Kiedy człowiek wybiera się na spotkanie z klasyką nie wie, czy wróci z podróży podczas której zobaczył „żywe” Arcydzieło, czy z lekcji muzealnictwa. Klasyka bywa przecież zdradliwa. Zbyt często zamienia się w eksponat, który należy podziwiać z odpowiedniej odległości, najlepiej nie dotykając i nie próbując odnaleźć w nim własnego odbicia. Tymczasem Teatr powinien oddychać. Powinien pulsować współczesnością nawet wtedy, gdy mówi słowami sprzed setek lat.

Tak właśnie czułem się podczas oglądania „Skąpca” Moliera w Teatrze Miejskim w Gliwicach. Szedłem na spektakl napisany ponad trzy wieki temu, a wyszedłem z przedstawienia z nieodpartym wrażeniem, że spotkałem ludzi żyjących tuż obok nas. Ludzi, których znamy z rodzinnych spotkań, korporacyjnych gabinetów, politycznych debat, internetowych komentarzy i codziennych rozmów. Bo Harpagon, choć urodził się w XVII wieku, wciąż ma się znakomicie.
To właśnie jest największe zwycięstwo tej inscenizacji.

Jarosław Tumidajski nie pokazuje Moliera jako współczesnego influencera, ani że „Skąpiec” jest komedią napisaną specjalnie dla pokolenia mediów społecznościowych. Reżyser wybrał drogę znacznie ciekawszą. Pozwolił klasyce pozostać klasyką, ale wydobył z niej to, co nie poddało się działaniu czasu.
Przecież chciwość nie starzeje się nigdy. Podobnie jak potrzeba kontroli i lęk przed utratą władzy. Podobnie jak przekonanie niektórych ludzi, że skoro coś posiadają, mogą posiadać również innych. Molier wiedział o tym doskonale. Tumidajski również. Dlatego właśnie gliwicki „Skąpiec” działa tak dobrze.
Od pierwszych scen uwagę przyciąga świat stworzony przez Justynę Elminowską. Jej scenografia nie jest jedynie dekoracją. Nie stanowi tła, które można by wymienić bez większej szkody dla przedstawienia. Scenografia współtworzy opowieść.

Zapamiętam na długo basen obecny na scenie. Prawdziwa woda w Teatrze zawsze niesie ze sobą coś nieoczywistego. Jest żywiołem nieprzewidywalnym, nieustannie zmiennym, wymykającym się kontroli. I właśnie dlatego wydaje się idealnym kontrapunktem dla Harpagona. Bo czym jest życie tego człowieka, jeśli nie desperacką próbą podporządkowania sobie świata?
Chce kontrolować dzieci, chce kontrolować uczucia i majątek. Chce kontrolować przyszłość i ludzi. A obok niego znajduje się żywioł, którego kontrolować się nie da.

Patrząc na tę przestrzeń, miałem wrażenie, że oglądam świat odbity w wodzie. Wszystko jest widoczne, ale lekko zdeformowane. Tak samo wygląda rzeczywistość Harpagona. Pieniądze zniekształciły jego spojrzenie do tego stopnia, że nie potrafi już odróżnić wartości od ceny. Choć śmiejemy się niemal przez cały wieczór, śmiech ten nieustannie styka się z czymś gorzkim, bo Harpagon nie jest tylko zabawnym dziwakiem. Nie jest sympatycznym sknerą. Nie jest również ekscentrykiem kolekcjonującym monety. Jest człowiekiem głęboko samotnym i przestraszonym. Człowiekiem, który pozwolił, aby pieniądze zastąpiły mu relacje.

Adam Krawczuk znakomicie uchwycił tę dwoistość postaci. Jego Harpagon jest oczywiście komiczny, wybucha emocjami, wpada w panikę, miota się między podejrzliwością a pychą. Publiczność reagowała śmiechem bardzo często i bardzo spontanicznie. Jednocześnie aktor nie pozwala zapomnieć, że pod powierzchnią farsy kryje się człowiek tragiczny. W jego spojrzeniu nieustannie obecny jest lęk. Lęk przed utratą, przed zmianą, przed światem, który wymyka się spod kontroli. Właśnie dlatego, a może przede wszystkim, ta postać nie zamienia się w jednowymiarową karykaturę. Jest śmieszna. Jest irytująca. Jest groteskowa. Ale pozostaje też boleśnie ludzka.

Drugim biegunem opowieści są młodzi. Kleant i Eliza nie są jedynie dodatkiem do historii Harpagona. Ich obecność przypomina, że „Skąpiec” jest także opowieścią o miłości. O uczuciu, które nie zgadza się na przeliczenie świata na monety. Cezary Jabłoński jako Kleant wnosi do spektaklu energię i autentyczność. Jego bunt wobec ojca nie jest wyłącznie młodzieńczą przekorą – to walka o prawo do własnego życia. Podobnie Klaudia Cygoń-Majchrowska jako Eliza tworzy postać pełną emocjonalnej prawdy. Jej bohaterka nie chce być pionkiem w rodzinnej rozgrywce. Chce decydować o sobie.
Patrząc na nich, miałem momentami wrażenie, że oglądam współczesną komedię romantyczną ukrytą we wnętrzu komedii klasycznej. I chyba właśnie o to chodziło Molierowi. Miłość nie zmieniła się przecież przez stulecia. Zmieniły się kostiumy i środki transportu, zmieniły się technologie, ale serce nadal bije tak samo.

Szczególne miejsce zajęła u mnie także rola Kornela Sadowskiego jako Strzałki. To jedna z tych postaci, które mogłyby pozostać wyłącznie elementem intrygi. Tymczasem aktor nadał jej własne życie. Jego Strzałka jest szybki, błyskotliwy i niezwykle czujny. Doskonale wyczuwa rytm komedii. Potrafi wykorzystać pauzę, spojrzenie czy drobny gest równie skutecznie jak najdłuższy monolog. Właśnie dzięki takim rolom Teatr oddycha, Teatr żyje i „wyrzuca” ogrom fantastycznych Emocji. Właśnie dzięki takim aktorom publiczność czuje, że uczestniczy w czymś nieoczywistym. I jeszcze świetnie wypadają w jego wykonaniu śląskie akcenty obecne w spektaklu. To rozwiązanie, które mogło zakończyć się efekciarskim popisem albo lokalnym żartem przeciągniętym do granic możliwości. Nic takiego się jednak nie dzieje. Śląskość pojawia się subtelnie, nie dominuje i nie przykrywa tekstu. Nie staje się celem samym w sobie. Jest raczej uśmiechem skierowanym do widowni. Dzięki temu przedstawienie jeszcze mocniej zakorzenia się w miejscu, w którym powstało.
Teatr zawsze jest przecież rozmową z konkretną społecznością i tutaj tę rozmowę słychać bardzo wyraźnie.

Nie sposób również nie wspomnieć o niezwykle interesującym kontraście ukrytym już w materiałach promocyjnych. Różowe serce zdobiące plakat „Skąpca” wydaje się prowadzić osobliwy dialog z czarnym sercem znanym z „Hamleta” granego po śląsku. Tam tragedia, tutaj komedia. Tam mrok, tutaj lekkość. A jednak oba serca mówią o człowieku. O jego słabościach, pragnieniach i błędach. Bo pod różowym sercem „Skąpca” również ukrywa się ciemność.
Śmiejemy się z Harpagona, ale przecież znamy takich ludzi. Może nawet spotykamy ich codziennie. Ludzi, którzy wszystko przeliczają. Którzy każdą relację zamieniają w transakcję i nie pytają, czego chcemy, lecz czego od nich oczekujemy. Ludzi przekonanych, że posiadanie daje prawo do decydowania o innych. Dlatego właśnie „Skąpiec” pozostaje tak aktualny.
Nie dlatego, że ktoś dopisał mu współczesne żarty. Nie dlatego, że zmieniono kostiumy. I nie dlatego, że na scenie pojawił się basen. Ale dlatego, że ludzkie słabości okazały się bardziej trwałe niż moda, polityka czy historia.

W drodze powrotnej do domu miałem poczucie uczestnictwa w spektaklu, który doskonale rozumie własne źródło. Reżyser nie próbuje walczyć z Molierem. Nie próbuje go poprawiać i nie próbuje być od niego mądrzejszy. Zamiast tego zaprasza autora sprzed wieków do rozmowy z dzisiejszym widzem. A kiedy taka rozmowa się udaje, dzieje się coś niezwykłego.
Klasyka przestaje być zabytkiem. Znów staje się żywym Teatrem.
Gliwicki „Skąpiec” jest właśnie takim przypadkiem. To przedstawienie pełne energii, humoru, znakomitych aktorskich kreacji i wyrazistych pomysłów inscenizacyjnych. Spektakl, który pozwala śmiać się głośno, a jednocześnie przypomina, że za każdym wielkim komediowym śmiechem kryje się odrobina prawdy o nas samych. I może właśnie dlatego Molier wciąż pozostaje nieśmiertelny. Bo choć od jego śmierci minęły stulecia, nadal potrafi spojrzeć nam prosto w oczy i zapytać: ile naprawdę warte jest życie, jeśli wszystko mierzymy pieniędzmi?

Pobierz recenzję .pdf

"Skąpiec"

Adriana Urgacz-Kuźniak
www.nowiny.gliwice.pl

„Skąpiec” Moliera to jeden z tych tekstów, przy których teatr może wpaść w pułapkę muzealnej poprawności albo przeciwnie – przesadzić z unowocześnianiem tak bardzo, że z klasyka zostaje głównie nazwisko autora na afiszu. Gliwicki spektakl w reżyserii Jarosława Tumidajskiego szczęśliwie idzie inną drogą. Jest współczesny, lekki w formie, komediowy w rytmie, a jednocześnie nie udaje, że Molier napisał swój tekst wczoraj rano przy kawie na wynos. W tej realizacji to co dawne i współczesne pracuje razem, czasem w geście, czasem w kostiumowym detalu, czasem w sposobie ustawienia sceny. Dzięki temu „Skąpiec” w Teatrze Miejskim w Gliwicach ma świeżość, ale nie traci swojego teatralnego rodowodu.
Od pierwszych minut widać, że realizatorzy nie bali się wejść w klasykę ze współczesną energią. Aranżacja została przeniesiona bliżej dzisiejszego widza, ale nie jest to współczesność nachalna, dopisana grubym flamastrem. W kostiumach pojawiają się odniesienia do czasów Moliera, jednak raczej jako mrugnięcie, składnik kompozycji, a nie rekonstrukcja epoki. To dobre rozwiązanie, bo widz dostaje jasny sygnał: jesteśmy w świecie umownym, teatralnym, trochę przerysowanym, a jednocześnie dziwnie znajomym. Harpagon nie potrzebuje peruki i historycznej dekoracji, żeby być rozpoznawalny. Jego obsesja posiadania, kontrolowania i przeliczania świata pod kątem jego zyskowności brzmi aż nazbyt współcześnie.

Dużą siłą spektaklu jest scenografia Justyny Elminowskiej. Nie jest jedynie tłem dla aktorów, lecz pełnoprawnym elementem przedstawienia. Największe wrażenie robi prawdziwy basen na scenie. W komedii o człowieku, który chce mieć wszystko pod kontrolą, żywioł obecny tuż obok bohaterów działa bardzo dobrze. Scena staje się miejscem eleganckim, lekko absurdalnym, trochę luksusowym, a trochę niepokojącym. To przestrzeń, w której pieniądze, pożądanie, rodzinne interesy i miłosne strategie mogą odbijać się jak w tafli wody: niby wyraźnie, ale zawsze z lekkim zniekształceniem.

Najważniejsze jednak, że spektakl dowiózł komediowy charakter sztuki. Molier bez tempa, precyzji i wyczucia rytmu łatwo robi się ciężki, choć teoretycznie wciąż opowiada o rzeczach zabawnych. W Gliwicach komedia działa. Jest tempo, są dobrze ustawione sytuacje, jest miejsce na reakcję publiczności, są momenty grane szerzej, ale bez rozpadania się przedstawienia na serię numerów aktorskich. Humor wynika z tekstu, z charakterów, z ruchu scenicznego i z napięć między postaciami. Nie trzeba go dopowiadać na siłę, bo aktorzy wiedzą, gdzie kończy się żart, a zaczyna nadgorliwość.

Bardzo udanym pomysłem okazało się wzbogacenie spektaklu o śląskie akcenty. To mogło być ryzykowne, bo ostatnio śląskość na scenie bywa wykorzystywana coraz częściej i nie zawsze z umiarem. Tutaj ten trop został poprowadzony ze smakiem. Nie przykrywa Moliera, nie zamienia przedstawienia w lokalną składankę i nie próbuje na siłę udowadniać, że każdą klasykę da się „przetłumaczyć” na regionalny kod. Śląskie akcenty pojawiają się punktowo, celnie, jako dodatkowa warstwa komediowa i lokalny sygnał wysłany do gliwickiej publiczności. Dzięki temu są zauważalne, ale nie dominują.

Przy tej okazji trudno nie zauważyć pewnego teatralnego smaczku. Na plakacie gliwickiego „Skąpca” pojawia się różowe serce. W tym samym czasie Teatr Śląski gra „Hamleta” po śląsku, firmowanego plakatem z czarnym sercem. Przypadek? Nie sądzę. Nawet jeśli to tylko zbieg okoliczności, bardzo ładnie układa się w mały dialog między scenami regionu: tam czarne serce tragedii, tu różowe serce komedii, pod którym bije jednak całkiem gorzka prawda o pieniądzach, zależnościach i rodzinnej przemocy ubranej w farsowy kostium.

Adam Krawczuk jako Harpagon prowadzi spektakl pewnie, z energią i wyczuciem postaci, która śmieszy, ale nie jest jedynie zabawnym starcem z obsesją na punkcie szkatułki. Jego Harpagon ma w sobie despotyzm, śmieszność, nerwowość i pewną szczególną mieszaninę lęku oraz zachłanności. Krawczuk dobrze pokazuje człowieka przekonanego, że skoro coś posiada, ma też prawo posiadać ludzi wokół siebie: dzieci, służbę, przyszłe małżeństwa, domowe układy i każdy drobny ruch cudzej woli.

Cezary Jabłoński jako Kleant i Klaudia Cygoń-Majchrowska jako Eliza tworzą młodszy, bardziej emocjonalny biegun tej historii. W ich rolach ważna jest nie tylko miłosna intryga, ale też sprzeciw wobec świata urządzonego według rachunku ojca. Weronika Błaszczyk jako Marianna wnosi lekkość i wdzięk, ale nie znika w dekoracyjności tej postaci. Mariusz Galilejczyk jako Walery, zgodnie z tym, czego można oczekiwać po jednej z najmocniejszych osobowości gliwickiego zespołu, gra z dużą swobodą. Aleksandra Maj jako Frozyna również nie zawodzi: ma sceniczny temperament, precyzję i umiejętność podbijania komediowego rytmu.

Osobne zdanie należy się Kornelowi Sadowskiemu w roli Strzałki. To jedna z tych ról, które przy dobrym prowadzeniu potrafią ukraść sporo uwagi, i tutaj rzeczywiście tak się dzieje. Sadowski jest świetny: szybki, czujny, bardzo sceniczny, z wyczuciem pauzy i reakcji. Jego Strzałka nie jest tylko służącym w trybach intrygi, ale postacią, która wnosi do spektaklu żywy, pulsujący komediowy nerw. Widać, że aktor ma frajdę z tej roli, a publiczność tę frajdę natychmiast przejmuje.

W obsadzie pojawiają się także Paweł Majchrowski jako Jakub, Łukasz Kaczmarek jako Simon i Komisarz oraz gościnnie Marek Ślosarski jako Anzelm. Aktorzy utrzymują wspólny rytm, a przedstawienie nie traci energii nawet wtedy, gdy przechodzi od czystej farsowości do bardziej gorzkiego tonu.

Gliwicki „Skąpiec” jest więc przedstawieniem, które dobrze rozumie własny materiał. Nie przykrywa Moliera pomysłem inscenizacyjnym, ale też nie traktuje klasyki jak porcelany zamkniętej w gablocie. Ma świetną scenografię, bardzo dobrą obsadę, wyrazisty rytm i lokalne akcenty podane z umiarem. Bawi, a przy okazji przypomina, że śmiejemy się z postaci napisanej kilka wieków temu, choć jej mechanizmy znamy aż za dobrze z całkiem współczesnego świata.
Polecam – do zobaczenia.

Pobierz recenzję .pdf

Organizatorzy / Partnerzy / Patroni

Teatr Miejski w Gliwicach