Kartoteka

Tadeusz Różewicz mieszkał w Gliwicach wraz z rodziną przez blisko dwadzieścia lat, pisząc tutaj dzieła, które odmieniły oblicze polskiej poezji i dramatu współczesnego. W 100. rocznicę urodzin artysty jego najbardziej znany utwór sceniczny, „Kartoteka” został po raz pierwszy wystawiony w mieście, w którym powstał. Bohater utworu, pozbawiony wiary i nadziei, nie jest zdolny do podjęcia żadnego działania. Z meandrów pamięci nieustannie powracają do niego pozostałe postaci dramatu. Co doprowadziło go do bezwładu, wypalenia i pustki? Czy sztuka może zmierzyć się z traumami i demonami wojny, z ogromem nieszczęść, które ona przyniosła? Cóż warte są sztuka i filozofia, skoro nie ustrzegły ludzkości przed nią samą, przed rozpętaniem Apokalipsy?

SCENA Duża
CZAS 1 godzina 35 minut, bez przerwy
WIEK WIDZÓW 16+
PREMIERA 9 października 2021 r.
UWAGI W spektaklu wykorzystywany jest dym, aktorzy palą papierosy

Twórcy

TEKST Tadeusz Różewicz
REŻYSERIA Paweł Szkotak
SCENOGRAFIA Damian Styrna
KOSTIUMY Natalia Kołodziej
ANIMACJE Damian Styrna , Eliasz Styrna
MUZYKA Łukasz Matuszyk
REŻYSERIA ŚWIATŁA Bogumił Palewicz
OBSADA
OLGA, DZIEWCZYNA, DZIENNIKARKA Karolina Olga Burek
URZĘDNIK W CYKLISTÓWCE, NAUCZYCIEL, PRZYJACIEL Z DZIECIŃSTWA, GÓRNIK Mariusz Galilejczyk
URZĘDNIK W KAPELUSZU, CHÓR, STARZEC II Cezary Jabłoński
CHÓR, STARZEC I, GRUBY, CHŁOP Łukasz Kaczmarek, Łukasz Kucharzewski
MATKA, BABCIA, TŁUSTA KOBIETA Jolanta Olszewska
CHÓR, PAN Z PRZEDZIAŁKIEM, STARZEC III, MŁODY MĘŻCZYZNA Paweł Majchrowski, Krzysztof Prałat
KOBIECY GŁOS SPOD KOŁDRY, KELNERKA, ŻYWA PANI, SEKRETARKA Aleksandra Wojtysiak
OJCIEC, WUJEK, DZIENNIKARZ Lech Mackiewicz, Błażej Wójcik

Video

Wiecej o spektaklu

"Kartoteka"

Pytania o kartotekę, Jacek Wakar
Dziennik Teatralny
Na łóżku spowitym mgłą śpi mężczyzna. Z tyłu przechadzają się różne postacie.

Miniony rok był Rokiem Tadeusza Różewicza. Zrozumiałe, mieliśmy setną rocznicę urodzin poety, poza tym Różewicz to Różewicz, ilu w minionym stuleciu mieliśmy artystów jego pokroju? Może więc nawet nie tyle zrozumiałe, co oczywiste.

Mimo to obchodziliśmy Różewicza w ostatnich dwunastu miesiącach jakoś bez szczególnego zaangażowania, by nie powiedzieć – bokiem. Coś tu i ówdzie się zdarzyło, owszem, ale co z tego przetrwa? Na pewno rozpisana na szeroką skalę biografia Magdaleny Grochowskiej „Różewicz. Rekonstrukcja”, podejściem do wyzwania przypominająca fundamentalne książki Andrzeja Franaszka o Miłoszu i Herbercie. Mało. A teatralnie? W Warszawie literalnie nic, poza nią też nie znalazłem impulsu, by gnać na złamanie karku. Dlatego warto docenić inicjatywę Teatru Miejskiego w Gliwicach, by właśnie tu, w mieście Różewicza, wystawić „Kartotekę”, zderzając z nią publiczność, która być może nigdy na scenie jej nie widziała. Różewicz napisał swój najsłynniejszy dramat właśnie tu, mieszkał dwa kroki od budynku przy Nowym Świecie, a właśnie teraz trafił on do repertuaru gliwickiego teatru. Do tego jeszcze, może nawet przede wszystkim, powołanie Nagrody Dramaturgicznej im. Tadeusza Różewicza. To nie będzie łatwe, nawet nie wiem, czy jest możliwe i czy nie przekracza wymiaru dzisiejszych Gliwic, ale wyobrażam sobie być może uczynienie z autora „Pułapki” nieformalnego patrona Teatru Miejskiego. Jako się rzekło, jest on obecny na polskich scenach nienachalnie. Chyba jedynie szef Wrocławskiego Teatru Współczesnego Marek Fiedor deklaruje swe przywiązanie do pisarza i stale wprowadza do repertuaru jego dzieła, regularnie powraca też do niego jako reżyser.

„Kartotekę” w inscenizacji Pawła Szkotaka można więc uznać za prolog powrotu Różewicza do Gliwic, początek rozmowy, która może przynieść ciekawe owoce. Sam Szkotak do roli inicjatora takiej rozmowy nadaje się ponad wszelką wątpliwość. Założyciel i reżyser poznańskiego Teatru Biuro Podróży, od lat pracuje także chętnie na repertuarowych scenach. Po końcu dyrektury w Teatrze Polskim w Poznaniu nie jest na stałe związany z żadną, co sprawiło, że jeździ po kraju, zmienia gatunki wypowiedzi, poznaje nowe zespoły. Często też inscenizuje ledwo widoczną kreską, niemalże kryjąc się za autorem. W przypadku literatury dramatycznej pokroju „Kartoteki” to właściwa decyzja. Trzeba – tylko i aż – uważnie przeczytać dramat i spróbować podążać za myślą pisarza. Mówił Szkotak przed premierą, że nie zamierza uwspółcześniać tekstu, bowiem widzowie i tak przepuszczą go przez siebie. Znów trudno się nie zgodzić, choć w kilku momentach oczekiwałbym bardziej intensywnego udziału reżysera. Gliwicka „Kartoteka” zyskałaby wówczas na wyrazistości.

Jeżeli dobrze rozumiem strategię Pawła Szkotaka, chciał on nie tylko przepuścić dramat Różewicza przez serca i umysły widzów, ale to samo uczynił z aktorami. W efekcie Przemysław Chojęta w roli Bohatera jest, jak sądzę celowo, przezroczysty. Jest w wydarzeniach, uczestniczy w nich, a jakby w tym wszystkim statystował. Wygląda, jakby Szkotak sprawdzał, co słowa Różewicza zrobią z aktorem, w którą stronę go popchną. W efekcie partia Chojęty ma kilka kulminacji, jak choćby w scenie z Wujkiem (ale jej rytm dyktuje obsadzony w tej roli znakomity Błażej Wójcik), prowadzona jest miarowo, czytelnie i z wewnętrzną szlachetnością, ale brakuje jej choć odrobinę wyższej temperatury. To samo zresztą można powiedzieć o całym gliwickim przedstawieniu.

Zaczyna się i kończy przedstawienie Szkotaka klamrą. Oto Bohater śpi na swoim łóżku, dwaj szarzy panowie wzięci tyleż z dramatu Różewicza, co z „Procesu” Franza Kafki mierzą go skrupulatnie, jakby szykowali się do sekcji zwłok. W finale zaś nad łóżkiem śpiącego czy raczej martwego mężczyzny gromadzą się pozostali uczestnicy jego życia. Odbywa się pożegnanie, pogrzeb Bohatera, a co za tym idzie zmiana perspektywy spojrzenia na „Kartotekę”. Scenograf Damian Styrna zamiast w pokoju Bohatera umieszcza jego łóżko, a zatem centrum scenicznego świata, w muzealnej sali, wśród białych kolumn, w sterylnej przestrzeni bez właściwości. W tle na ekranie wyświetlane są obrazy z wycieczki z Paryża, frazy o klaskaniu razem z bezwolnym tłumem ilustruje ogromny portret Stalina, co trzeba uznać za zbytnią już dosłowność. Postaci przewijają się przez scenę, a zatem przeszłą egzystencję Bohatera niejako mimochodem, jakby grali w kolejnych sekwencjach jego snu albo – jak powiedzieliśmy – przewijanego na przyspieszonych obrotach filmu z życia oglądanego po śmierci. Refleksja egzystencjalna zastępuje autotematyzm obecny w tekście, przewijający się jedynie w śpiewanych fragmentach Chóru Starców, nie wiedzieć czemu noszących na sobie ogromne głowy z posągów starogreckich filozofów.

Uczciwe, w swych intencjach szlachetne przedstawienie Pawła Szkotaka pozostawia niedosyt, ale daje szansę na nowe spojrzenie na klasyczny dramat Tadeusza Różewicza. Właśnie – klasyczny, a nie współczesny, choć w tych kategoriach niejako z przyzwyczajenia „Kartoteka” była traktowana dotychczas. Dziś ma z górą sześćdziesiąt lat i domaga się nowych pytań i nowych odpowiedzi. Gliwicki spektakl próbuje je stawiać, zastanawiając się, czy sztandarowe dzieło autora „Grupy Laokoona” ma miejsce w teatralnym muzeum czy mówi coś ważnego o nas tu i teraz.

A odpowiedzi każdy z widzów udzieli sobie sam.

Źródło:

http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/pytania-o-kartoteke.html

Pobierz recenzję .pdf

"Kartoteka"

"Kartoteka" jak nowa, Dariusz Jezierski
e-teatr.pl
Na łóżku spowitym mgłą śpi mężczyzna. Z tyłu przechadzają się różne postacie.

Bywały dni, że Gliwice zapominały o urodzinach swojego honorowego obywatela, zapomniały również, że około 2000 roku – nie pamiętam teraz dokładnej daty – przy okazji zorganizowania przez mój TNS I Gliwickich Debat Dramaturgicznych zaproponowałem również ustanowienie gliwickiej nagrody dramaturgicznej. Pomysł upadł, wraz z prezydencką miłością dla kultury wszelakiej. Udałem się zatem do gliwickiego teatru na premierę „Kartoteki” nie oczekując niczego wielkiego, zachwytów nad formą i nad treścią, którą zresztą dobrze mam utrwaloną.

Tymczasem, pełne zaskoczenie! Wiedziałem wprawdzie, że Paweł Szkotak, to świetny reżyser, wiedziałem, ale że tak wielki teatralny potencjał tkwi w czymś tak oczywistym jak „Kartoteka” – nie sądziłem. Skoro jednak powstała w Gliwicach, poprzeczka została postawiona wysoko.

Teatr „otwarty”, brak trzech jedności, momentami surrealistyczne dialogi i w końcu męki duszy człowieka dotkniętego wielką wojną – wydawałoby się, mieszanka idealna, żeby zanudzić widza. Tymczasem zatraciło się gdzieś wraz z trzema jednościami poczucie czasu. Nie wiem czy na sali spędziłem 2 godziny, czy półtorej ale… chciałem więcej, co nie często zdarza się facetowi programowo uważającemu, że teatr powyżej godziny zmienia się w nadużycie. Wiedziałem, że całość zaczyna się i kończy snem głównego bohatera, a jednak zdenerwowało mnie i spowodowało poczucie niedosytu ustawienie finałowe. Zresztą Szkotakowi udała się iluzja, że tytułowa kartoteka może być dowolnie długa i stanowi w zasadzie ciąg większych świństw i mniejszych świństewek (co zresztą puentuje Wrona – bardzo schludnie i refleksyjnie grający Kucharzewski), składających się na ludzki rachunek sumienia. Uważam przy okazji, że pomysł retrospekcji i rachunku sumienia głównego bohatera w obliczu śmierci to świetny zabieg, z bardzo dobrą etiudą grabarzy. Jest on jednocześnie dzieckiem, dorosłym, kochankiem, partyzantem i dzięki reżyserskiemu zabiegowi, wprowadza się w tym świecie coś w rodzaju logicznej wykładni.

Parę słów w tym miejscu należy się Przemysławowi Chojęcie. Decyzją reżysera zmierzł się on z, moim zdaniem, jedną z najtrudniejszch ról męskich polskiej dramaturgii. Sam bohater, cały czas na scenie, przyjmuje kalejdoskop różewiczowskich postaci, stanowiąc dla nich niejako zwierciadło, pretekst dla ich „prywatnych” etiud. Nie może przenieść, nie może takoż i nie dograć. Tu nie wystarczy wszechobecna na naszych deskach ręka w kieszeni, tu papieros jest środkiem a nie maską, za którą można się schować. Chojęta był w tej roli znakomity. Czuło się jego pogubienie, wręcz rozpacz, uniknął pokus zagrywania się, nawet pastiszu, o który tak łatwo, gdy brakuje środków aktorskich. Chojęcie starczyło, ba, odnosi się wrażenie, że starczyłoby na kolejną kartotekę. Stanowi z całą pewnością odkrycie tej „Kartoteki” i coś mi mówi, że będzie ona stanowić cezus w jego karierze.

A jeśli już o aktorach mowa, świetna Burek, bardzo dobry Wójcik, znakomite nowe nabytki Teatru w Gliwicach – Jolanta Olszewska i Aleksandra Wojtysiak. W ogóle przyjemnie patrzeć jak młody zespół Teatru w Gliwicach nabiera poloru i przemienia się w wytrawny aktorski kolektyw, nie tylko stawiając wyzwania najlepszym reżyserom ale też podejmując i przetwarzając najtrudniejsze zadania. Parę kropel dziegciu – nie podobały mi się multimedia, zarówno banalne, momentami literalnie „oświecające” widza animacje. W ogóle fakt, że multimedia istnieją, nie wystarcza do ich wprowadzenia na scenę. Zapomniałem o nich szybko, zwłaszcza, że cała scenografia była świetnie zakomponowana i podkreślała zarówno aktorów jak i treść.

Gratulacje dla Gregorza Krawczyka, rozumiejącego i czującego nerw teatru, a przede wszystkim szczęśliwie i z wyczuciem wybierając razem z Jerzym Połońskim zarówno repertuar, jak i wykonawców. Na razie, czego się tkną, zamienia się w złoto. Na pewno złotem okazuje się Teatr w Gliwicach. Sypną się nagrody!

Chciałem osobiście powiedzieć wszystko aktorom i dyrektorom, ale wzruszyłem się przeżyciami. I mimo, że teatru potrzebuję jak powietrza w każdej postaci, to po sezonie przerwy, zdrowie miało zdanie odrębne.”

Źródło:

https://e-teatr.pl/kartteka-17308

Pobierz recenzję .pdf

"Kartoteka"

Syndrom wypalenia, Beata Przybylska
teatrdlawszystkich.eu
Na łóżku spowitym mgłą śpi mężczyzna. Z tyłu przechadzają się różne postacie.

W 100 rocznicę urodzin Tadeusza Różewicza gliwicki teatr przygotował premierę „Kartoteki” w reżyserii Pawła Szkotaka. Autor „Białego małżeństwa” napisał „Kartotekę” w Gliwicach, w kamienicy przy Zygmunta Starego – trzysta metrów od Teatru Miejskiego.

Paweł Szkotak wymyślił postać Bohatera, który jest człowiekiem straumatyzowanym, psychicznie roztrzaskanym i ma problemy z podejmowaniem własnych decyzji. Takie podejście wydaje się być bliskie dzisiejszemu odbiorcy. U protagonisty dostrzegamy jakiś syndrom wypalenia. On się ciągle próbuje ze sobą rozliczać, prowadzi wewnętrzny rozrachunek, ma depresję. Bohater – postać o wielu imionach, ubrana w bladoniebieski uniform (równie dobrze może on symbolizować garnitur czy piżamę), osadzona w centrum sceny na łóżku/katafalku – siedzi, leży i tak naprawdę nie robi nic… Jego stany psychiczne kojarzyć się mogą z ogarniającą nas wciąż pandemią. Spotyka różne postacie przewijające się w jego życiu. Są one zamazane, lekko zakurzone, oniryczne, jakby przejściowe. Próbują go skłaniać do rozmowy, do wspomnień, do podejmowania decyzji i do działania. Bohater, choć ułomnie, próbuje uniknąć tego, do czego jest prowokowany, musi jednak wraz z pozostałymi poddać się tej ostatniej spowiedzi, która jest niczym rytuał oparty na ludowej obrzędowości związanej z jego pożegnaniem. Przemysława Chojęta zbudował postać Bohatera jako człowieka wrażliwego, delikatnego, nienachalnego i mocno wycofanego. Miałam wrażenie, że aktor gra wewnętrzną ciszą i było to w jego interpretacji bardzo sugestywne i przejmujące.

Zastosowane w spektaklu projekcje filmowe ukazują chaos w głowie Bohatera powstały w wyniku niezabliźnionych traum. Ponadto dają złudzenie odrapanych, pękniętych kamienic, wyliniałych, opustoszałych mieszkań; jedynie jabłonka jest symbolem czegoś dobrego. Scenografia jest wybielona, ascetyczna, skromna. Ciekawym pomysłem jest przebiegająca ulica przez pokój Bohatera. Kostiumy stworzone przez Natalię Kołodziej świetnie dopełniają wizję reżysera. Trochę przerysowane, śmieszne, trochę absurdalne. Wspaniała wielobarwność muzyki wchodzi naturalnie w obrazy spektaklu, dialoguje z nimi, łączy je i zarazem dzieli.

Do repertuaru Teatru Miejskiego w Gliwicach trafił naprawdę dobrze wymyślony i ciekawie zrealizowany spektakl.

PS. W dniu premiery 9 października 2021 r., w setną rocznicę urodzin Poety, ogłoszono pierwszą edycję Konkursu o Nagrodę Dramaturgiczną im. Tadeusza Różewicza. Nagroda, ustanowiona przez Adama Neumanna, prezydenta Gliwic, w zamyśle jej inicjatorów: Grzegorza Krawczyka, dyrektora Teatru Miejskiego w Gliwicach, Joanny Oparek oraz Juliusza Pielichowskiego, ma na celu wsparcie twórców piszących dla teatru oraz promocję najbardziej wartościowych zjawisk zachodzących we współczesnej dramaturgii polskiej.

Źródło:

https://teatrdlawszystkich.eu/syndrom-wypalenia/

Pobierz recenzję .pdf

"Kartoteka"

Każdy z nas prowadzi swoją kartotekę, Magdalena Mikrut-Majeranek
teatrologia.info
Na łóżku spowitym mgłą śpi mężczyzna. Z tyłu przechadzają się różne postacie.

Rok 2021 został ogłoszony Rokiem Tadeusza Różewicza, bowiem przypada w nim setna rocznica urodzin dramatopisarza, prozaika i jednego z najwybitniejszych poetów XX wieku. Teatr Miejski w Gliwicach uczcił ten jubileusz 9 października, prezentując Kartotekę w reżyserii Pawła Szkotaka.

Pozycję tę w roku, któremu patronuje Różewicz, wybrano nieprzypadkowo. Literat mieszkał bowiem przez niemal dwadzieścia lat (od 1949 do 1968 roku) w Gliwicach. Do miasta Horsta Bienka przywiodła go miłość do Wiesławy Kozłowskiej. Wstępując na wspólną drogę, zamieszkali przy ul. Zygmunta Starego 28. Tu tutaj na przełomie lat 1958/1959 powstała między innymi wspomniana Kartoteka. Różewicz związany był też z amatorskim Studenckim Teatrem Politechniki Śląskiej STEP, a w 1995 roku został Honorowym Obywatelem Gliwic. Jego nazwisko od 2016 roku miał też nosić gliwicki teatr, który jest najmłodszą z placówek kulturalnych na mapie Górnego Śląska. Jednocześnie jest to także najmłodszy teatr repertuarowy w Polsce. Powstał 13 października 2016 roku, z przekształcenia Gliwickiego Teatru Muzycznego. Początkowo planowano, że gliwicka scena będzie Teatrem im. Tadeusza Różewicza. Jak donosiły media, na tę nazwę nie zgodziła się wdowa po poecie. Pomimo tylu wzajemnych połączeń, Kartoteki do tej pory w Gliwicach nie zaprezentowano. Sobotnia premiera stanowiła pierwszą próbę zmierzenia się z tym dramatem w mieście, w którym dramat powstał.

Reżyserii podjął się Paweł Szkotak, założyciel alternatywnego Teatru Biuro Podróży, dyrektor Teatru Polskiego w Poznaniu (2003–2015), który wcześniej w gliwickich ruinach Teatru Victoria reżyserował Carmen Bizeta. Jest on nie tylko reżyserem, ale i psychologiem, a to istotne, jeśli chodzi o Kartotekę i materię, z którą przyszło się zmierzyć podczas konstrukcji scenicznych bohaterów. Szkotak postawił na minimalizm. Reżyser w swojej inscenizacji nie zdecydował się na uwspółcześnienie dramatu. Akcja osadzona jest w końcówce lat 50. ubiegłego wieku, a w dialogach pojawiają się odniesienia do II wojny światowej. Tekst spisany przez Różewicza został wypowiedziany bez zadęcia czy udziwnienia. Reżyserska wizja nie może jednak nie zawierać indywidualnego podpisu realizatora inscenizacji, ale o tym później.

Kartoteka to dramaturgiczny odpowiednik strumienia świadomości. Wraz z rozpoczęciem spektaklu z pewną rezerwą stawiamy pierwsze kroki w świecie Bohatera, ze zdziwieniem przyglądając się postaci drzemiącej na olbrzymim łóżku. Z lekką dozą niepewności wkraczamy do strumienia akcji i po chwili, niesieni z prądem, zanurzamy się całkowicie w świecie, który, choć tak różny, zdaje się być jednak familiarny w stosunku do naszego… Płynąc z nurtem twórca złamał zasady linearności, zrezygnował z realizmu, stawiając na poetykę snu. I ta oniryczność w wykonaniu zespołu Teatru Miejskiego w Gliwicach jest dosłowna. Bohater śpi i śni. W sennych rojeniach spotyka rodziców, kochankę, sekretarkę z operetki, kolegę z podwórka czy podwładnego z wojska. Wrażenie upiorności potęguje mgła. Postaci żyjące mieszają się ze zmarłymi. Ramy czasowe zostały zatarte. Istnieje jedynie wieczne teraz, w którym wracają traumatyczne przeżycia. Gdy opadają powieki, Bohater ma – niczym powidoki – przed oczami wciąż postaci-wspomnienia, postaci-widma, które nie pozwalają mu zaznać spokoju. Wyrzuty sumienia? Niedokończone sprawy? Niewątpliwie. Bohater Kartoteki konfrontuje się ze swoimi traumami. Nie ma w nim jednak woli działania, dążenia do zmiany. Jest rozbity, roztrzaskany na kawałki niczym lustro. Zdaje się powoli podnosić z podłogi jego fragmenty, przeglądać w nich i przypominać przeszłe wydarzenia. Temu służą między innymi retrospekcje, pomagające w rachunku sumienia. Czy z tego starcia może wyjść obronną ręką? Niekoniecznie, w przeciwieństwie do zespołu gliwickiego teatru, który biorąc na warsztat kultową sztukę, musiał liczyć się z porównywaniem do poprzednich realizacji. Wszak Kartotekę reżyserowali m.in. tacy twórcy, jak Wanda Laskowska, Konrad Swinarski, Kazimierz Kutz czy Michał Zadara. Spektakl przeniesiono także na grunt telewizyjny i radiowy, za sprawą Swinarskiego i Krzysztofa Kieślowskiego (Teatr Telewizji) oraz Tomasza Mana i Janusza Kukuły (Teatr Polskiego Radia).

Bohater to typowy everyman. Nie ma znaków szczególnych, zasług ani przewin. Katalog (gastro)grzechów rozpoczyna kiełbasa zjedzona w Wielki Piątek, a wieńczy zabójstwo żołnierza, do którego miało dojść przypadkiem podczas czyszczenia broni. Kartkuje w głowie poszczególne stronice swojego życiorysu, a przed oczami wyobraźni pojawiają mu się kolejne postacie oraz wydarzenia z jego życia. Pojawiają się i znikają. Niczym miraże wyłaniają się z zakamarków umysłu, materializują się, by po chwili zniknąć. Bohater wchodzi z nimi w dialog, przypominając sobie kolejne wydarzenia ze swojego życia. Rozgrywające się sceny nie są ze sobą powiązane ciągiem logicznym. Mogą być to obrazy pojawiające się przed oczami Bohatera, który żegna się ze światem, pogrążając w majakach. Rozmyślania Bohatera przerywa chór gargantuicznych głów. Surrealizm w najczystszej postaci! Chór starców jest co prawda wpisany w didaskalia, aczkolwiek realizatorzy gliwickiej wersji zdecydowali się na pewne modyfikacje, dzięki którym stał się on bardziej atrakcyjny. Co więcej, wizerunki gipsowych postaci przypominają antycznych mędrców: Arystotelesa, Sokratesa i Platona. O domniemanej śmierci można wnioskować także po epizodzie z sukcesywnie pojawiającymi się grabarzami, którzy nadjeżdżają na rowerze, aby wziąć miarę na trumnę. Spektakl otwiera i zamyka scena z konduktem pogrzebowym, spinając całość klamrą kompozycyjną.

W postać głównego bohatera wcielił się Przemysław Chojęta. Powściągliwy w gestach, gra mimiką. Drobne westchnienie, grymas, spuszczenie wzroku… Jego bohater jest zagubiony, stłamszony, zrezygnowany, przygnieciony ciężarem życia. Wszystko to, co najważniejsze, Chojęta pokazuje oczami. Mistrzostwo. Świetnie zagrał też Łukasz Kucharzewski. Jako wojak Wrona – postać-wspomnienie – przypomina się swojemu zabójcy. Metodycznie wyjaśnia jego przewinę. Nie karci, a delikatnie napomina.

Inni aktorzy? Tłusta kobieta w wersji gliwickiej przemieniła się w ponętną sąsiadkę, która niby to jest zła na podglądacza, ale zarazem zdaje się mieć wobec niego pewne plany i czeka na tête-à-tête. W tej roli wystąpiła Jolanta Olszewska, która w tym sezonie artystycznym dołączyła do obsady Teatru Miejskiego w Gliwicach. Kiedy wszystkie postaci pojawiające się na scenie rozliczają Bohatera z jego życia, jest jednak ktoś, kto zdaje się stawać w jego obronie. To Kobiecy głos spod kołdry, czyli Aleksandra Wojtysiak. Jest i świetna Karolina Olga Burek jako Olga (choć tym razem w marginalnej roli). Mariusz Galilejczyk z kolei wcielił się w postać kolegi ze szkolnej ławy oraz w górnika. Zwłaszcza w tej drugiej roli wypadł świetnie, mówiąc po śląsku. Błażej Wójcik zagrał dobrodusznego wuja, który pamiętając o rodzinie, odwiedza Bohatera po drodze z pielgrzymki.

Scenografia Damiana Styrny jest niemal przezroczysta. W centralnym punkcie sceny ulokowano olbrzymie łóżko, w tyle znajduje się biały fotel i równie biała lampa. Ścianę pokrywają wizualizacje przedstawiające puste ramy po zdjęciach. Tym razem scenografia okazuje się zupełnie niepotrzebna. Wystarczyłaby ascetyczna, pusta scena, a wydźwięk byłby ten sam. Owszem, dekoracje to estetyczne dopełnienie całości, ale cały ciężar spoczywa w Kartotece na aktorach. Spektakl rozgrywa się na scenie i jednocześnie w głowach widzów. Zespół gliwickiego teatru po raz kolejny udowodnił, że jest zgranym kolektywem. Nikt nie gra na siebie. Wszystko jest spójne i zespołowe.

Wypada powiedzieć słowo także o muzyce. Szczególnie udanym zabiegiem jest wprowadzenie motywu muzycznego towarzyszącego przyśpiewkom Chóru Starców. Całość przypomina dżingle z programów satyrycznych sprzed wielu dekad.

Gliwicki teatr galopuje od premiery do premiery. Repertuar pęka w szwach od nowych spektakli, a wszystkie – równie dopieszczone.

Kartoteka Różewicza stanowi przykład teatru absurdu. To kolaż nakładających się obrazów, mozaika stworzona z urywków wspomnień. To jedno z tych dzieł, które w pełni można zrozumieć dopiero, gdy ma się za sobą kilka stacji własnej drogi krzyżowej. Przekraczając teatralną bramę, logikę należy pozostawić za drzwiami. Widz przenosi się do świata, w którym porządek dyktuje groteska i parodia. Różewicz, znany z bacznej obserwacji, w swoim dramacie nakreślił wiele mikrobiogramów, portretując społeczeństwo. Tragizm przeplata się tutaj z komizmem, realizm z surrealizmem. A wszystko okraszone metateatralnym komentarzem. Absurd goni absurd. Tylko puenta, która przebrzmiewa pomiędzy pustymi rozmowami, jest gorzka. „Jak się żyje, to trzeba jeszcze grać. Trzeba prowadzić kartotekę” – mówi Bohater. Notujmy zatem każdą chwilę!

Źródło:

https://teatrologia.pl/recenzje/magdalena-mikrut-majeranek-kazdy-z-nas-prowadzi-swoja-kartoteke/

Pobierz recenzję .pdf

"Kartoteka"

Ale, na miłość Boską, co Pan tam robi w tych Gliwicach..., Dorota Dziuba
Dziennik Teatralny
Na łóżku spowitym mgłą śpi mężczyzna. Z tyłu przechadzają się różne postacie.

Lubię chodzić na sztuki, których nie znam. Chociaż zdanie to brzmi banalnie, to kryje się w nim głębszy sens, bo gdzieś na etapie szkolnym spotkaliśmy się z różnymi dramatami i ich adaptacjami, a co za tym idzie, pozostał w naszej pamięci pewien obraz, powidok tego, co przeczytaliśmy. Sama literatura ma to do siebie, że jest bardzo plastyczna dla wyobraźni, nie ogranicza się obrazem, nawet jeżeli autor z najdrobniejszymi szczegółami opisze daną scenerię.

W filmie lub w sztuce teatralnej takiej plastyczności nie ma. Reżyser narzuca nam pewne odczytanie, ale dzięki temu daje więcej przestrzeni na interpretację. Akcja, rodzi reakcję. Dlatego lubię chodzić na sztuki, których wcześniej nie znałam. Nowe wrażenia. Carte blanche. Podsycenie ciekawości do odkrycia różnic i ingerencji reżyserskiej w tekst.
Paweł Szkotak – reżyser „Kartoteki” Tadeusza Różewicza, to absolwent psychologii klinicznej w Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wyreżyserował wiele wspaniałych produkcji, między innymi „Martwą królewnę” wielokrotnie nagradzaną (Grand Prix na festiwalu „Kontrapunkt” w 2002 roku, także nagroda publiczności i wiele innych), w 2005 roku otrzymał Paszport Polityki, natomiast w 2014 odznaczono go Złotym Krzyżem Zasługi. Lista spektakli i odznaczeń jest imponująca, dlatego zatrzymam się na tych kilku.

„Kartoteka” to spektakl wyjątkowy, dziwny i uwierający widza. Nie pozwala się zignorować i udawać obojętność. Nazywany „antydramatem” przywołuje całą masę odniesień i aluzji do poetyki romantycznej, wojennej, koresponduje z traumą i silnie wykorzystuje absurd i groteskę. Bohater jest dziwny, nie można określić jego wieku, czasem jest dzieckiem, czasem dojrzałym mężczyzną. Wszystko, co dzieje się wokół niego, postacie, miejsca przenikają się, są płynne i trudne do określenia. Znakomita scenografia Damiana Styrny złożona z łóżka, kliku mebli i projekcji/animacji (Damian Styrna, Eliasz Styrna ) – oszczędna, ale pomysłowa – pomaga osiągnąć efekt oniryzmu i eklektyzmu. Kostiumy Natalii Kołodziej uwydatniają cechy charakterystyczne miałkich bohaterów, a całość efektu wizualnego dopełnia gra świateł, za którą odpowiadał Bogumił Palewicz. Zarówno kostiumy, jak i gra aktorska nadają postaciom wyjątkową cechę i pomagają rozróżnić je w tłumie. Na wyjątkową uwagę zasługuje postać głównego bohatera, którą bardzo dobrze przedstawił Przemysław Chojęta. Jego Bohater był w odpowiednim stopniu spójny ze sceną, jak i oderwany od rzeczywistości. Z brawurą przebija czwartą ścianę, jest emocjonalny i rozchwiany, przez co bardzo ludzki, uwiarygadnia traumy i rozterki. Jak wcześniej wspomniałam, inni bohaterowie nie są tak wyraziści, a raczej spełniają pewien schemat. Zespół aktorski w składzie: Karolina Olga Burek, Mariusz Galilejczyk; Cezary Jabłoński; Łukasz Kucharzewski; Jolanta Olszewska; Krzysztof Prałat; Aleksandra Wojtysiak, Błażej Wójcik robi świetną robotę, a im bardziej przerysowana postać, tym trudniej nie przesadzić.

Reżyser przedstawienia Paweł Szkotak wypowiedział się na temat genezy spektaklu i jego idei wystawienia go akurat w Gliwickim spektaklu. Tadeusz Różewicz wielu znany jako poeta, niesłusznie spychany na margines, ustępujący miejsca takim sławom jak Miłosz. Po wojnie zamieszkał w Gliwicach, tam tworzył, poznał swoją żonę, wychował dzieci, jednak nie wiodło mu się, tym bardziej wystawienie sztuki w miejscu jej powstania jest wydarzeniem wyjątkowym. Twórcy starali się z wielką uwagą podejść do tekstu i to się sprawdziło. Otrzymaliśmy spektakl interesujący, emocjonalnie rozchwiany, ale spójny i frapujący.

Na pewno jest to propozycja godna uwagi i polecenia, jednak wymagająca otwarcia głowy na absurd i paradoks, jak przystało na współczesny antydramat.

Źródło:

http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/ale-na-milosc-boska-co-pan-tam-robi-w-tych-gliwicach.html

Pobierz recenzję .pdf

Organizatorzy / Partnerzy / Patroni

Teatr Miejski w Gliwicach